Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PlayStation 3. Pokaż wszystkie posty

Ninja Gaiden Black, gra platformowa z krwi i kości z mocnym naciskiem na cięcie przeciwników w wyrafinowany sposób. Jest to ekskluzywny ...


Ninja Gaiden Black, gra platformowa z krwi i kości z mocnym naciskiem na cięcie przeciwników w wyrafinowany sposób. Jest to ekskluzywny tytuł wydany na konsole Xbox (nie na One ani 360, tylko na poczciwego staruszka). Swego czasu, gdy byłem świeżym posiadaczem PS3, pobrałem sobie demko Ninja Gaiden Sigma. Kto by pomyślał, że jest to bezpośredni port z Xboxa. Niestety, gra kompletnie mi nie podeszła, nie wiedziałem zbytnio gdzie mam iść, a sterowanie było jakieś takie dziwne. No nic, chciałem w coś pograć na Xboksie więc czemu by nie dać szansy.


Nasza przygoda rozpoczyna się od fajnie wplecionego w fabułę samouczka. Od samego początku poruszamy progres gry jednocześnie ucząc się sztuki ninjutsu. Ryu Hayabusa to młody wojownik z klanu Hayabusa, któremu pod ochronę został powierzony rodzinny skarb - smoczy miecz. Na świecie istnieją tylko dwa takie miecze, jeden dobry, a drugi zły (zgadnij, który posiadam?). Niestety, podczas naszego treningu nieopodal w rodzinnej wiosce dzieje się coś strasznego. Zły wojownik z drugim smoczym mieczem wybija naszych pobratymców i odchodzi. Naszym celem jest znalezienie i pokonanie go, proste prawda? Oj gdyby tylko to było takie jak historia w tej grze.

Ryu jest świetnie wyszkolony, widać, że od małego budzili go o 4 nad ranem i kazali biegać z kataną w zębach. Chociaż broń samurajów nie jest jedyną do naszej dyspozycji. Nunchaku, włócznia, łuk czy nawet kij to tylko kilka, które możemy używać. Każda z nich różni się stylem walki, a dodatkowo może być ulepszana dając jej nowe kombinacje i zwiększenie obrażeń. Mało? No to do naszego arsenału oddano jeszcze wszelkie bomby dymne, eksplodujące sztylety do rzucania itd. Wciąż nie dość? To co wy na to, że Ryu potrafi też korzystać z Jutsu. Ta dziwna nazwa pozwala nam władać różnymi żywiołami. Ogień, wiatr, błyskawice czy lód wszystko to dzięki formowaniu specjalnych znaków z użyciem dłoni. Z tak wypasionym orężem można ruszać na przygodę.


Będziemy przemierzać różne lokacje często inspirowane Chinami i Japonią. Na miejsca nie mogę narzekać, jak na tamte czasy gra ładnie się postarzała. Gorzej jest za to z przeciwnikami. Rozumiem, ninja, zwykłych mieczników czy demony. Nawet nieumarli i inne dziwadła mi nie przeszkadzały,  a wręcz wtapiały się w scenerię gry. Syf dopiero się zaczął gdy trafiłem do militarnej jednostki. Na miejscu powinienem spodziewać się jakichś wyszkolonych samurajów lub kogoś innego, ale nie... Kolesie z karabinami, rakietnicami w czołgach czy helikopterach. Trochę niedorzeczne w porównaniu do poprzednio napotkanych przeciwników. A więc, ja z bronią białą, kontra zastępy żołnierzy z kałachami walące do mnie bez zawahania. To było tak denerwujące, ciągłe skakanie i unikanie pocisków; gdy dostałem się do jednego z wrogów, drugi bez problemu nadziewał mnie na swój karabin (bagnetem) od tyłu i odpalał jakiś granat w moim zadzie. Ten etap to istna męka i nie było w tym nic fajnego. Z rzeczy, które były do dupy na pewno trzeba dodać pływanie, a konkretnie sterowanie podczas nurkowania oraz pracę kamery. Kamera nigdzie sobie nie radziła - w wodzie, pod wodą, na lądzie czy gdzie tam jeszcze to było możliwe. Niestety, jak na tak dynamiczną platformówkę widoczność kuleje, niedomaga i lipa po całości.


Nie lubię w grach backtracking'u, musi być naprawdę przemyślany, aby odbiorca nie odczuwał, że się wraca lub porusza po określonym terenie. Ninja Gaiden Black średnio sobie z tym radzi. Chyba głównie przez sporą ilość przejść, które są teraz niedostępne, ale potem powinny już być otwarte! Niby nic w tym złego, ale takich "drzwi" zbiera się nam do kupki całkiem pokaźna ilość, a spamiętać je wszystkie raczej nie da rady. Chociaż to, to jeszcze małe piwo. Nie narzekam nawet na  respawn "odradzających się przeciwników" - backtracking przeważnie tak ma, gorzej z prędkością lub miejscem ich powrotu do gry. Przykład: po udanej rzeźni postanowiłem zapisać grę. Wszyscy dookoła są martwi, więc czemu by nie? Po udanej aktualizacji stanu gry, wychodzę z panelu, a przed moimi oczami stoją żołnierze, którzy nawet nie czekają tylko pakują zawartość magazynków w moją stronę i ginę. Może to jakiś błąd, wczytałem grę i znowu to samo - idealnie... Innym razem, wyczyściłem małe przejście z demonów, zrobiłem krok do nowego pomieszczenia, ale zdecydowałem się na ponowne sprawdzenie tego "czystego". Na wejściu już czekają, brakowało tylko tortu. Jak to, przecież nawet nie wyszedłem stamtąd do końca. Kawałek mojej nogi lub miecz został w tamtej sali, a oni już zdążyli wrócić? Przez takie zagrywki często musiałem używać starożytnych technik latającego wróbla (skakanie nad mendami i unikanie wszystkiego byle do przodu!). Jednym z niewielu plusów jest to, że przeciwnicy są przypisani do sali i nie kwapią się z gonieniem nas poza nią.


Podsumowując, Ninja Gaiden Black to solidna platformówka, która momentami potrafi napsuć krwi, jednak stare Chińskie przysłowie mówi "git gud" czyli po naszemu: pozdro poćwicz, a wszystko się jakoś ułoży. Choć bossowie czy fabuła nie jest zbyt pamiętna czy porywająca, tak zabawa w ninję, skakanie po ścianach, i finezyjne zabijanie przeciwników na 101 sposobów daje dużo frajdy. Dla ludzi, którzy lubią w grach wyzwanie polecam, a dla całej reszty nie koniecznie.

Witam wszystkich, którzy szukają czegoś w co można pograć we dwoje i spędzić miło czas. Tym razem padło na strzelankę z trybem kooperac...


Witam wszystkich, którzy szukają czegoś w co można pograć we dwoje i spędzić miło czas. Tym razem padło na strzelankę z trybem kooperacji dla dwojga. Oczywiście mowa o Resident Evil V Gold Edition. Gra dosyć stara, ale tu nie o to chodzi. Koniecznym wymogiem do gry dla dwóch osób (przynajmniej dla mnie) jest możliwość ogrania wspólnie z partnerem całej kampanii/przygody itd. Nie lubię pół środków typu specjalne misje dla dwojga, albo zestaw wyzwań, które po chwili zaczynają być powtarzalne i nudne. Capcom zaszalał i dał swój survival horror na dwoje. No bo co może być przyjemniejszego od zabijania zombie? Dobra dobra, wróćmy do początku. Ogólnie, nie jestem fanem strzelanin, a tym bardziej na podzielonym ekranie. Może dlatego, że mam mały telewizor (tylko 32" wstyd!), a może po prostu ciężko znaleźć shootera, który faktycznie stawia mocno na fabułę zamiast typowe "pif paf" i do przodu? Przekonajmy się, zapraszam was do moich wrażeń z Resident Evil V Gold Edition, w którego graliśmy wspólnie z narzeczoną.


Czym właściwie jest Resident Evil? Tego chyba nie muszę tłumaczyć. Jest to jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek w świecie gier, a dodatkowo dorobiła się kilku filmów! Wstyd przyznać, ale był to nasz pierwszy Resident, więc jeżeli chodzi o fabułę to byliśmy zieloni. Coś tam wiedziałem, ale nigdy nie wnikałem (jakiś wirus zaraża ludzi i robią się zombiaki - typowe). Co do samego wydania Residenta V w wersji Gold, poniżej główne różnice w porównaniu do podstawowej edycji:
- dwa dodatkowe scenariusze
- nowy tryb trudności
- nowe grywalne postacie
- nowe kostiumy dla głównych bohaterów
- tryb versus
- wsparcie kontrolerów move

Najbardziej w tym wydaniu podoba mi się pudełko i książeczka, która jest naprawdę napakowana. Nie oszukujmy się w tych czasach puste opakowanie (dają jeszcze płytę!) jest standardem, więc taka instrukcja naprawdę poprawia humor. Na dodatki zbytnio nie zwracałem uwagi przy wyborze wersji; gra jest dosyć stara i można ją wyrwać za małe pieniądze. 
Aż 31 stron do czytania!

OK, pora powiedzieć coś o samym tytule. Resident Evil V dzieje się, w Afryce, więc szykujcie się na piaszczyste tereny i betonowe zabudowy. Wcielamy się w dwójkę agentów - Chrisa oraz Shevę, którzy mają za zadanie skontaktować się z pewnym informatorem. Do reszty sami sobie dojdziecie. Na samym początku można dostać niezłego szoku. Podczas pierwszego uruchomienia, myślałem, że coś jest zepsute, albo ja nie potrafię zmienić ustawień. Gdy wybierzemy tryb kooperacji, gra dzieli ekran horyzontalnie. Niby w tym nic dziwnego, ale co mnie mocno zaskoczyło to w jak sposób to robi. Zamiast zwyczajnie "podzielić" ten skubaniec wpycha po dwóch stronach czarne tło. Oprócz mniejszego ekranu przez podział horyzontalny, mamy więc super mały ekran przez te cholerne paski. Nie da się ich wyłączyć. Będą tam na stałe - jak twierdzą twórcy to daje bardziej kinowy efekt. Spoko, tylko przy moim telewizorku, musieliśmy siedzieć jak za czasów Pegasusa - na podłodze z nosami w telewizorze.
O to te dziadostwo, po co to komu?!

Jeszcze dorzucę do pieca. Sterowanie i poziom trudności. Nie zniechęcajcie się, ale jeżeli to wasz pierwszy Resident to polecam wybrać najłatwiejszy poziom Spokojnie, gra da wam w kość i to nie raz. Strzelać też trzeba się nauczyć, chociaż tutaj to bardziej kwestia przyzwyczajenia do pada (grasz dużo to sobie poradzisz). Fabuła fabuła, czy tam jakaś była? No była, niby nic nie wiedzieliśmy o poprzednich częściach i ich bohaterach, ale bez problemu rozumieliśmy co się dzieje. Mnie tak naprawdę interesowały inne rzeczy...



Strzelanie! Powtarzam się - choć sterowanie było na początku toporne, to potem nie miałem żadnego problemu z wyczuciem gnata. Co do giwer trochę ich dali do wyboru. Od zwykłych pistoletów, dubeltówek, karabinów maszynowych, aż po rakietnice i granatniki. Bardzo fajną opcją jest ulepszanie broni. Za zdobyte skarby i odnalezione nowe pukawki, mogliśmy zmieniać statystyki naszych broni lub kupować nowe. Dużym minusem dla mnie był brak możliwości kupowania amunicji. Hej, ale przecież to survival horror, trzeba oszczędzać naboje! Ja rozumiem, ale jeżeli tak jest to czemu mogę w sklepie kupić broń, potem ją sprzedać, a oprócz kasy dostaję jeszcze trochę amunicji? Nie lepiej było dać opcję zakupu pocisków i pozwolić człowiekowi nacieszyć się tym całym strzelaniem? Przez to bardzo często kończyłem lub zaczynałem misję z pustym magazynkiem. Na szczęście mój partner był bardziej "oszczędny" i nie pakował tyle ołowiu w każdego umarlaka. A ja? No nie mogłem odpuścić, to było bardzo satysfakcjonujące. Odpieranie kolejnych fali tych umarlaków, chociaż momentami szły bez końca - rozum podpowiadał żeby uciekać, ale serce kazało ciągnąć za spust! 


W grze mamy drobne zagadki, które momentami sztucznie wydłużały długość danego etapu. Na szczęście nie było ich dużo i jak szybko się pojawiały, tak szybko znikały. Czasem trzeba było gdzieś podsadzić swego partnera, aby mógł on użyć wcześniej niedostępnego przełącznika. Zaskoczę was, jeżeli powiem, że przeważnie po takim motywie pojawiali się wrogowie? Niestety, pod tym względem Resident nie był mocno "zaskakujący", jednak to pozwalało na lepsze przygotowanie się do walki. Wciąż zdarzało nam się ginąć. Po każdym ukończonym etapie, gra wyświetlała nasze statystyki: ile razy zginęliśmy, ile zombie zabiliśmy, naszą skuteczność/celność i takie tam. Nie powiem, miło widzieć jak nasz postęp idzie w górę w porównaniu do poprzedniego rozdziału. 


Podsumowując, Resident Evil V Gold Edition to całkiem fajna przygoda na wiele wieczorów. Chociaż sterowanie czy poziom trudności mogą sprawiać problem, to całościowy klimat Afryki, wściekłych zombie czy ulepszania ekwipunku potrafi cholernie wciągnąć. Zapomniałbym dodać, każda z postaci ma też białą broń do samoobrony. Nadaje się ona tylko do rozwalania skrzynek z amunicją. Nawet nie marnujcie sobie czasu żeby kogoś nią zabijać. Gra w żadnym wypadku nie jest straszna, ale jako survival horror z zombie trzyma się nieźle. Nie dajcie się zniechęcić przez ten cholerny podział ekranu! Moja narzeczona w ogóle nie była przekonana do tej gry, ale dała jej szansę i po jej ukończeniu bardziej chwaliła niż ja! Wszystkim, którzy chcą tak jak ja postrzelać do czarn.. znaczy zombie, lubią ulepszać bronie i współpracować ze swoim partnerem - polecam!

Na początku były gry. Nie, chyba przed grami były płyty demo. Aj, sam już nie wiem. Na pewno były dawno, a posiadanie ich należało do r...


Na początku były gry. Nie, chyba przed grami były płyty demo. Aj, sam już nie wiem. Na pewno były dawno, a posiadanie ich należało do rzadkości (przynajmniej w moim wypadku). Czym była płyta demo? Najprościej mówiąc - jest to "darmowo" rozprowadzany fragment nadchodzącej lub niedawno wydanej gry wideo. Wszystko po to, aby zachęcić konsumenta do wypróbowanie kawałka kodu zanim zdecyduje się on na zakup pełnej zawartości. Brzmi fajnie, więc co się z nimi stało?
Pierwszy raz natknąłem się na płytę demonstracyjną przypadkiem. Zrobiłem interes życia wymieniając pełną grę na zbiór demówek. Wtedy nie interesowało mnie skąd takie coś się bierze, zawartość była ważniejsza. Mijały lata, a ja wciąż w jakiś sposób miałem styczność z tymi płytami. Mówię oczywiście o Demo Disc Playstation. Przeważnie któryś z kolegów posiadał takie płyty i dzielił się nimi. Nigdy jednak nie zadałem sobie pytania, skąd je mieli? Czy mogłem też je zdobyć, a może mieli jakieś specjalne dojścia. Wreszcie zostałem uświadomiony! Istniało coś takiego jak Playstation Magazine (PSM) (Playstation Magazyn w Polsce). To w tej gazetce Sony dodawało te całe Demo Disc! Mam oczywiście wymówkę na swoją niewiedzę, po prostu nie czytałem takich gazet. W tamtym czasie znałem tylko Click i CD Action (darmowe gry i akcesoria yeah). Zagadka z dzieciństwa rozwiązana!
Płyty demo nie były czymś ekskluzywnym dla konsol. Sam dobrze pamiętam płytkę z demo zawartością Heroes of Might and Magic III. Do zabawy oddano nam tylko 1 zamek, Zamek i miesiąc zabawy. Oczywiście, nie prawdziwy miesiąc tylko miesiąc czasu w grze. Wydaje się krótko, ale ile człowiek miał frajdy. Rozbudowa, walki czy eksploracja mapy. Wspaniałe uczucie, lecz dni upływały szybko i witał nas ekran z datą premiery pełnej zawartości. Co robiłem wtedy? Click, click i zaczynamy od nowa. Tak mało potrzeba do szczęścia. Powiem tylko jedno, gdy wreszcie położyłem swoje łapy na pełnej zawartości myślałem, że zniosę jajko! Wersja demo zbudowała we mnie taki hajp... Pełna wersja była gralem wśród gier na który czekałem jak dziecko oczekujące świątecznych prezentów od Mikołaja. W moim życiu było kilka demówek, które rozpaliły we mnie ogień pożądania pełnych wersji. Jak to jest teraz z tymi demami?
Nie ma co się oszukiwać, rozwój internetu miał ogromny nacisk na rynek czasopism związanych z grami. Informacje były łatwiej dostępne, a zebranie ich do kupy i wydanie w formie papierowej generowało koszta. Nie musiałeś już trzymać sterty płyt z demkami, wystarczyło tylko wpisać interesujący cię tytuł i mogłeś znaleźć masę informacji na jego temat. Idąc dalej tym tokiem, wersje demonstracyjne zaczęły być umieszczane w internecie do pobrania dla każdego. Szybko jednak rozwijało się też cyfrowe piractwo - udostępnianie pełnych gier! Po co w takim razie były już dema? Oczywiście, gdy internet stawał się powszechnie dostępny, redaktorzy czasopism nie zwijali się natychmiast. Wszystko trwało pewien okres, z rozwojem internetu padały kolejne czasopisma wypychane przez sieciowy dostęp do informacji. Niektóre magazyny potrafiły się dostosować i przetrwać po dziś dzień, chociaż ich obroty pewnie spadły.
Nie każdy posiadał komputer i potrafił "spiracić" jakąś grę (no hej). Więc, jak tutaj sprawdzić coś przed zakupem? Wróćmy do konsol - jako świetny przykład podam Capcom. Do pełnych gier dorzucali gratisowo demo innej gry (oczywiście nie każdej). Ja to widzę tak: zakupiłem od dawna pożądany tytuł, który chciałem ograć. Po ukończonej grze jestem zadowolony i daję kredyt zaufania Capcom'owi. Odkładam płytę do pudełka, a tam jeszcze demo innej gry! Rozumiecie do czego zmierzam? Oczywiście to moja mała teoria (na którą przed chwilą wpadłem), ale zrobiła swoje! Ah ten marketing.
Jak to się dalej rozwinęło. Żyjemy w czasach, gdzie wszelkie informacje są dostępne na wyciągnięcie ręki, a raczej na wpisanie w wyszukiwarce. Wieści o grach potrafią wyciec zanim twórcy cokolwiek powiedzą, na Youtube możemy obejrzeć wstępny gameplay lub całą grę! Czasem boję się kliknąć w jakiś artykuł w obawie, że zobaczę jakiegoś bosa lub wątek fabularny, który wolał bym odkryć sam. Gdy stałem się posiadaczem Playstation 3, gry były dla mnie bardzo drogie, a po zakupie Sonica (o matko może, kiedyś napiszę o tym) nie chciałem ryzykować. Playstation Store funkcjonowało w jakiś sposób, a w zakładce demo hulał wiatr. Znalazłem tam kilka dem, ograłem i potrafiłem podjąć decyzje odnośnie zakupu pełnych wersji. Nie wiem jak wy, ale dla mnie obejrzenie gry na Youtubie, a wzięcie samemu pada do ręki to ogromna różnica. Czego oni tak żałują tych demówek?!
Niestety, gry demo przeszły ogromną transformację i w dzisiejszych czasach są czymś dziwnym nieprzypominającym swoich poprzedników. Popularne stają się dema tymczasowe, dostępne przez krótki okres (czasem kilka godzin) przeważnie w wyznaczonym przez twórców terminie. Dema z wbudowanym licznikiem umożliwiające uruchomić grę kilkukrotnie po czym blokują się automatycznie i nie da się ich ponownie pobrać. Dema na wyłączność, zrobiłeś preorder? No to masz nasze demko, bo i tak już nie oddamy Ci kasy. Trafiłem nawet na dema czasowe, masz godzinę i graj! Po uruchomieniu zegar tyka, nieważne czy wyłączyłeś konsolę, godzina to godzina potem blokujemy. Jak ja mam się w tym wszystkim odnaleźć? Może wybrzydzam, jestem staroświecki i nie potrafię się dostosować do standardów jakie oferują dzisiejsi twórcy. Czy może to my przyzwoliliśmy na to? Preordery, early access, day one patch, embargo na recenzje przed premierą... Dobra, bo zaraz wyjdzie tu nam jakaś teoria spiskowa, a mnie znajdą i zastrzelepsdalaspdafsd,zc z'   z

Witam wszystkich w nowym cyklu "Niedoceniane / Ograne" w którym będę prezentować gry mniej znane, starsze lub takie, których ...


Witam wszystkich w nowym cyklu "Niedoceniane / Ograne" w którym będę prezentować gry mniej znane, starsze lub takie, których premiera przeszła bez echa. Ze względu na nieprzychylne oceny bądź słaby marketing, wiele z tych pozycji mogło przejść wam pod nosem. W tym cyklu postaram się przekonać was, że to co mniej znane może być równie fajne, a nawet tak dobre jak gry z najwyższej półki. No to zaczynamy!



Pierwszym tytułem w cyklu Niedoceniane / Ograne będzie DarkSiders. Gra stworzona przez studio Vigil Games, należące do nieistniejącego już Developera THQ. Vigil Games, które nie było zbyt znane, w 2010 roku stworzyło całkowicie nowy produkt. Darksiders jest połączeniem Hack & Slash oraz Action RPG, zainspirowany religią chrześcijańską i motywami biblijnej apokalipsy. W grze wcielamy się w jednego z czterech jeźdźców apokalipsy, który walczy z hordami demonów. W dniu premiery grę wydano na konsole Playstation 3 i Xbox 360. Później liczba platform powiększyła się o PC, Wii U oraz OnLive.



Od zarania dziejów panowały dwa królestwa - Niebo i Piekło, które toczyły miedzy sobą zawzięty bój. Konflikt trwałby pewnie bez końca, gdyby nie pojawienie się swego rodzaju mediatorów - The Charred Council. To oni stworzyli Jeźdźców Apokalipsy - War, Death, Strife i Fury, którzy trzymali piecze nad balansem między dwoma królestwami. Z całego zgliszcza niezgody wyłoniła się ludzkość. The Charred Council przewidziało, że w przyszłości ludzie będą kluczowym elementem do zakończenia odwiecznie trwającego konfliktu. Z tego powodu, mediatorzy zawarli pakt z królestwem nieba i piekła. Wykuto siedem pieczęci, które zostaną zerwane dopiero, gdy ludzkość będzie gotowa na ostateczna bitwę.



Przygoda rozpoczyna się od końca, dokładniej mówiąc od końca świata. Na ziemie zstępują legiony ohydnych bestii, które bez skrupułów mordują niewinnych. Policja jak i wojsko nie dają sobie rady z potworami skutecznie eliminującymi napotkanych na swojej drodze ludzi. Planetę szybko zaczyna ogarniać chaos, a w samym jego sercu pojawia się Jeździec Apokalipsy. Wojna, bo o nim mowa, to humanoidalna postać przypominająca z wyglądu człowieka. Przyodziany w wielką czerwoną zbroję, gigantyczną żelazna rękawicę i potężny miecz o imieniu Chaoseater. Główny bohater bez zastanowienia dobywa broni i ubija wszelkie bestie, które ośmielają się stanąć na jego drodze. Szybko jednak orientuje się, że coś jest nie tak. Gdzie są inni Jeźdźcy Apokalipsy? Przecież nastąpił koniec świata! Wojna szybko zauważa, że coś tu nie gra. Po niezwłocznym rekonesansie napotykamy na naszej drodze archanioła Abaddon'a. Okazuje się, że żaden inny Jeździec nie przybył na ziemie, a siódma ostateczna pieczęć nie została zerwana. W tym całym zamieszaniu pojawia się demon o imieniu Straga, który z zaskoczenia zabija Abaddon'a. War podejmuje walkę z potworem lecz również zostaje pokonany. Kiedy demon zamierza zadać ostateczny cios naszemu bohaterowi, ten zostaje uratowany przez The Charred Council. Mediatorzy osądzają Wojne o zdradę i spółkowanie z królestwem piekła w celu unicestwienia ludzkości. Według nich to właśnie on zerwał ostatnią pieczęć i rozpoczął apokalipsę zanim królestwo człowieka było na nią przygotowane. Jeźdźca nie zgadza się z zarzutami i żąda od rady, aby ta dała mu szansę na znalezienie tego kto to zrobił. The Charred Council wyraża zgodę, ale stawia dwa warunki:
  
1. Wojna straci swoje dotychczasowe moce.
2. Zostanie uwiązany do strażnika "The Watcher", który będzie go obserwować, a jeśli uzna, że wojna chce zdradzić Mediatorów - będzie miał prawo go zabić.

I w ten sposób rozpoczyna się nasza misja w poszukiwaniu tego, który doprowadził do wybicia rodzaju ludzkiego. Spokojnie, to dopiero początek i wprowadzenie do właściwej rozgrywki. 




Darksiders oddano dla graczy w 2010 roku, minęło 6 lat od premiery, jednak oprawa wizualna prezentuje się nadal dobrze. Modele postaci i animacje zostały wykonane dokładnie. Zbroja Wojny jest dopasowana idealnie i można zaobserwować drobne szczegóły. Poruszanie się tkanin podczas ruchu czy falujące włosy. Głowna broń też została ozdobiona wyróżniającymi się detalami i ornamentami, a z dodatkowym postępem zauważamy jak się zmienia.



Przeciwnicy są zróżnicowani, od prostych potworów przypominających zombie przez anioły, aż po ogromne demony - behemoty. Niestety, po dłuższej rozgrywce możemy zaobserwować, że twórcom skończyły się pomysły na kolejnych adwersarzy. Powiew nowości szybko przemija, a zmiany są kosmetyczne; zwiększona ilość życia i kolor, aby odróżnić podstawowe potwory od tych elitarnych.



W grze przemierzamy najrozmaitsze lokacje. Mamy do dyspozycji miasta, dżungle, pustynie, góry i jaskinie. Tereny nie są wykonane z wielką dbałością, jednak ogromne zróżnicowanie lokacji zachęca nas do eksploracji. W niektórych miejscach czuć czasem pustkę, lecz kiedy przypomnimy sobie, że nastąpił koniec świata łatwo można to sobie jakoś wytłumaczyć.




Całą siła napędową Darksiders i powodem dlaczego warto dać jej szanse jest rozgrywka. Twórcy zabrali i zaimplementowali w swój tytuł najfajniejsze rzeczy z innych znanych serii gier. Świat Darksiders to tak naprawdę średniego rozmiaru sandbox. Szkoda, że nie wszędzie dostaniemy się od razu. Niektóre przejścia będą wymagać od nas nowych umiejętności lub specjalnych przedmiotów. Wszystkie będziemy mogli zdobyć wraz z posuwaniem się wątku fabularnego. Kraina Darksiders jest nasycona ukrytymi skrzyniami i ciekawymi zagadkami. Lokacje potrafią być spore i jeżeli bacznie nie obserwujemy naszego otoczenia możemy szybko się zgubić. Postacie napotkane na drodze, wyróżniają się nie tylko ciekawym wyglądem lecz i charakterem.

Wojna, to postać uniwersalna, posługująca się wszelkiego rodzaju bronią. Nasz podstawowy miecz to jeden z wielu śmiercionośnych przedmiotów dostępnych w uniwersum. Każdą z nich będziemy mogli ulepszać po przez zdobyte doświadczenie. Usprawnienie oręża otworzy przed nami nowe, bardziej zabójcze ruchy. Podczas walk urozmaici to zabawę, a możliwość łączenia ataków w potężne combo zrobi na każdym wrażenie.

Sama gra jest dość brutalna. PEGI zaklasyfikowało ją na 18, czyli dla dorosłych. Wojna nie patyczkuje się z przeciwnikami; odcinanie kończyn, dekapitacja czy miażdżenie jest na porządku dziennym. Walki z bossami są naprawdę wielkie i to w każdym tego znaczeniu. Seria quick time eventów została tu płynnie zaimplementowana i nie odczujemy, że została dodana nachalnie czy na siłę.

Darksidsers to połączenie najlepszych motywów z innych znanych serii. Umiejscowienie akcji w motywie Apokalipsy okazało się strzałem w dziesiątkę:

  • Otwarty świat jak w The Legend of Zelda - jest
  • Odlotowe i długie kombinacje ciosów rodem z Devil May Cry - jest
  • Epickie walki z gigantycznymi bossami, Kratos God of War? - jest

Niejedno studio próbowało zebrać i wykorzystać sprawdzone motywy w swoich grach. Szkoda, że nie każdemu to się udało. Studio Vigil Games zaryzykowało, ale mimo wysokich ocen oscylujących na poziomie 83% DarkSiders nie okazał się głośnym hitem. Gra sprzedała się w nakładzie ponad 1 miliona egzemplarzy na całym świecie. Rzadko jestem skłonny do zbierania i odkrywania wszystkiego do końca. Przy Darksiders bawiłem się wyśmienicie i nie patrzyłem na zegarek. Powracanie do poprzednich lokacji by zdobyć tą jedną z wielu skrzyń, sprawiało mi dużo przyjemności. Trudno w tych czasach wybić się i stworzyć coś pamiętnego. Chociaż Darksiders jest naprawdę solidnym kawałkiem kodu wciąż wielu osobom nie było dane go sprawdzić. Wszystkim, którzy się wahali lub nie wiedzieli o istnieniu tej gry, serdecznie polecam!

Detroit rok 2027, miasto jest przesiąknięte brudem i smutkiem. Postęp technologiczny, a w szczególności medycyna rozwinęła się niewyo...



Detroit rok 2027, miasto jest przesiąknięte brudem i smutkiem. Postęp technologiczny, a w szczególności medycyna rozwinęła się niewyobrażalnie w przeciągu ostatnich 20 lat. Ludzie po ciężkich wypadkach  nie muszą kończyć jako niepełnosprawni. Nowoczesne protezy, zdolne połączyć się z naszym układem nerwowym działają jak brakujące części ciała. Te substytuty nazywane są potocznie augmentacją. Zabieg nie należy do tanich,  jednak wiele osób podejmuje taką decyzje by stać się czymś więcej niż człowiekiem. Nadludzka siła, zwiększona odporność na ból czy możliwość wpływania na innych. Brzmi niesamowicie, prawda?

W życiu każdego gracza przychodzi ten moment, że chciałby podzielić się swoją pasją z drugą połówką. Masz dziewczynę, żonę, czy k...






W życiu każdego gracza przychodzi ten moment, że chciałby podzielić się swoją pasją z drugą połówką. Masz dziewczynę, żonę, czy kochankę tfu koleżankę która Ci się podoba i nie wiesz od czego zacząć? Kto wie, może okaże się, że będzie łoić twój tyłek w Quake’a, albo spuści srogie bęcki w Tekkena. 

Spider-Man postać znana chyba każdemu. Początkowo zaczynał w komiksach, później filmach animowanych i kinowych aż w końcu doczekał ...




Spider-Man postać znana chyba każdemu. Początkowo zaczynał w komiksach, później filmach animowanych i kinowych aż w końcu doczekał się swoich gier. Zawsze uwielbiałem tego gościa i dlatego wszystko co z nim związane chciałem mieć. Od prostych zabawek, poprzez akcesoria i na grach kończąc. Moje pierwsze zetknięcie się z grą o przygodach Spider-Mana miało miejsce w podstawówce. W latach 90tych posiadałem swoją własną „podróbkę Pegazusa”. Śmiesznie to brzmi ale tak było... Kiedyś  było dostępne wiele wersji podróbek, które były podróbkami innych podróbek. Moja była imitacją Segi Genesis Model 2. Ale kogo to obchodziło? Wtedy liczyło się wetknięcie kartridża i to co się działo na ekranie. Gier na konsolę tego rodzaju było wiele, a przynajmnie tak się wydawało przy uruchamianiu 999999 in 1. Jednak czasem zdarzało się zdobyć kartridża perełkę z konkretną, rozbudowaną grą. I tak oto zaczęła się moja przygoda ze Spider-Manem.

Od dłuższego czasu chodziłem z zamiarem wymiany dysku na większy. Moja pierwsza Playstation 3 Fat, slangiem „chlebak” miała...



Od dłuższego czasu chodziłem z zamiarem wymiany dysku na większy. Moja pierwsza Playstation 3 Fat, slangiem „chlebak” miała pojemność 40GB więc taka Slim ze 120GB dyskiem wydawała się ogromna. Niestety tylko do czasu. Wszystko zaczęło się kiedy zainwestowałem w Playstation Plus. Tak, zrobiłem to świadomie dla gier i nikt mi nie wmówi, że to jest dla multi czy czego tam innego. Nie żałuję. Sony było wtedy na fali i co miesiąc waliło takimi tytułami, że nie nadążałem z ich przechodzeniem. No tak, a co miał powiedzieć mój skromny 120GB dysk?

Jakiś czas temu dostałem cudowny prezent, Dark Souls II Schoolar of the First Sin na Playstation 3 . Oczywiście mam świadomość,...





Jakiś czas temu dostałem cudowny prezent, Dark Souls II Schoolar of the First Sin na Playstation 3. Oczywiście mam świadomość, że od premiery minęło sporo czasu, a jako wielki fan powinienem kupić zaraz po jej wyjściu. Lecz bardziej od fajnych gier cenie pełne wydania! Teraz chciałbym podzielić się moim doświadczeniem co do drugiej części tej wyjątkowej serii. Zrobiłem sobie małą przerwę specjalnie dla was, aby zdać relację z frontu. Nie, żartuję poziom trudności jest tak wymagający, że ostatnio muszę podchodzić do niej bardzo powoli i w małych ilościach.

Jako, że mamy 14 Styczeń, a pierwszy tydzień już za nami (drugi tak naprawdę). Chciałbym nadrobić zaległości i pokazać swoją nutę ...





Jako, że mamy 14 Styczeń, a pierwszy tydzień już za nami (drugi tak naprawdę). Chciałbym nadrobić zaległości i pokazać swoją nutę tygodnia. Utwór od ekipy Anamanaguchi - Sushi Box pochodzi z gry typu Beat 'em up. Scott Pilgrim vs The World The Game, proszę nie mylić z filmem! Świetny humor, zróżnicowani przeciwnicy i poziomy. Gorąco polecam wszystkim; )





Ear Force Stealth 400 Wireless Gaming Headset to pierwszy produkt firmy Turtle Beach z jakim miałem do czynienia. Jesteście ciekawi jak sł...

Ear Force Stealth 400 Wireless Gaming Headset to pierwszy produkt firmy Turtle Beach z jakim miałem do czynienia. Jesteście ciekawi jak słuchawki opatrzone logiem charakterystycznej palmy sprawdzą się w graniu na PlayStation 4?


1. Specyfikacja:

Waga: około 250 gram

Pasmo przenoszenia dźwięku: 20 Hz - 20 kHz 

Częstotliwość: 2,4 Ghz 

Głośniki: 50mm z magnesami neodymowymi

Impedancja głośników: 32 omy 
 
Bateria: litowo-polimerowa

Czas pracy akumulatora: do 15 godzin

Mikrofon: odłączany, wielokierunkowy

Zasięg: około 9 metrów


 2. Wrażenia ogólne

Jak już wspomniałem przy okazji unboxing'u - słuchawki po wyjęciu z pudełka robią pozytywne wrażenie. Pierwsza myśl - ładny design, widać że mamy do czynienia z produktem dla graczy. W dotyku plastik, z którego zostały wykonane może nie jest mistrzostwem świata, ale nie sprawia też wrażenia że headset może się łatwo połamać.


Sposób podłączenia do PlayStation 4 jest bardzo prosty. Wpinamy transmiter do portu USB naszej konsoli i podłączamy do niego kabel optyczny. Drugą jego część podpinamy z tyłu PS4. Teraz wystarczy przytrzymać przycisk (logo palmy) na zewnątrz prawej słuchawki naszego headset'u i wszystko śmiga. Po udanym połączeniu zarówno transmiter jak i logo na słuchawkach świecą niebieskim światłem.


3. Wygoda i ergonomia

Największą zaletą Ear Force Stealth 400 jest oczywiście bezprzewodowa wolność. Zasięg 9 metrów spokojnie wystarcza, aby pójść do kuchni i zrobić sobie kawę nie tracąc przy tym nic z dźwięku czy prowadzonych rozmów. Słuchawki dobrze leżą na głowie i nie uciskają. Ich wielkość możemy dostosować pałąkiem, a także obrócić każdy z głośników o 90 stopni. Niestety mam zastrzeżenia co do pianki zastosowanej w nausznikach. Wygląda dość solidnie, choć nie idzie to w parze z komfortem. W zasadzie po niecałej godzinie grania moje spocone uszy zaczęły domagać się chociaż kilku minut przerwy.


Wielokierunkowy mikrofon możemy dowolnie wyginać, tak aby było nam wygodnie komunikować się z innymi graczami. Pozytywnie zaskoczyło mnie pierwsze ładowanie akumulatora (logo pulsuje wtedy na czerwono), które trwało zaledwie 25 minut. Naładowany headset wystarcza na 15 godzin i kilka minut ciągłego grania. Wynik w zupełności satysfakcjonujący, nawet przekraczający nieco wartość podawaną przez producenta. Niestety nie da się ładować akumulatora w trybie uśpienia konsoli. Warto dodać, że jeśli w słuchawkach nie jest odtwarzany żaden dźwięk to po około 15 minutach samoczynnie się one wyłączą w celu oszczędzenia energii.


Centrum dowodzenia na prawej słuchawce z pewnością wymaga trochę czasu na przyzwyczajenie się. Jak dla mnie trochę tych guzików i pokręteł za dużo w jednym miejscu. Włączenie słuchawek, ładowanie czy zmiana trybu pracy są zawsze potwierdzane głosowym komunikatem.


4. Jakość dźwięku

Ear Force Stealth 400 pokazuje pazur jak tylko odpalimy jakąś grę na PlayStation 4. Byłem zachwycony dźwiękiem wybuchów i spadających na ziemię łusek w Battlefield Hardline, szczękiem stali i jękiem ginących nieszczęśników w Diablo III: Ultimate Evil Edition, czy wreszcie rykiem silników samochodów w Project Cars. Odgłosy dobiegające z 50mm głośników są krystalicznie czyste i dobrze nasycone basem. Możemy też pobawić się wbudowanym equalizerem, który posiada cztery tryby pracy. Nawet jak podkręcimy dźwięk na maksymalny poziom nie ma mowy o żadnych trzaskach. O ile oczywiście wytrzymamy to my i nasze otoczenie. Ear Force Stealth 400 dobrze izoluje dźwięki dobiegające z zewnątrz, natomiast przy wysokim poziomie głośności może mieć negatywny wpływ na naszych domowników. Niestety dźwięki nie pozostają stłumione w słuchawkach i w pokoju robi się po prostu głośno.


Komunikacja z użyciem dołączonego mikrofonu przebiega bezproblemowo. Bardzo dobrze słychać zarówno nas jak i naszych rozmówców. Trzeba jednak zaznaczyć, że sprzęt oprócz naszych słów zbiera także wszystkie odgłosy dobiegające z naszego pokoju. W razie potrzeby mikrofon możemy wyłączyć naciśnięciem jednego przycisku umieszczonego na prawej słuchawce.


To tyle jeśli chodzi o dźwięki z gier. A jak na Ear Force Stealth 400 brzmi muzyka z odtwarzacza? Po połączeniu słuchawek z Iphonem 5s za pomocą dołączonego kabla (3,5mm jack-jack) odpaliłem Spotify i przesłuchałem kilkanaście różnych utworów. Pierwsze co zauważyłem - nie działają pokrętła regulacji głośności ani equalizer. W trybie "mobile" wszystko kontrolujemy z poziomu odtwarzacza, w tym przypadku telefonu komórkowego. Odsłuch muzyki zakończył się pozytywnym zaskoczeniem. Nie da się ukryć, że niższe tony i bas zdecydowanie górują nad pozostałymi elementami sceny. Jeśli lubicie muzykę elektroniczną, rocka czy cięższe brzmienia to Ear Force Stealth 400 w tych klimatach zdaje egzamin. Cała reszta brzmi po prostu poprawnie, ale to w końcu słuchawki dedykowane do grania, prawda?

5. Podsumowanie 

Ear Force Stealth 400 Wireless Gaming Headset firmy Turtle Beach to dobry produkt. Niestety posiada dwie znaczące wady. Pierwsza to pianka z której wykonane są nauszniki, powodująca że uszy są spocone już po niecałej godzinie grania. Druga to słaba izolacja emisji dźwięków do otoczenia przez co możemy zapomnieć o słuchaniu muzyki na maksa przy reszcie domowników. No chyba, że są bardzo tolerancyjni. Pozostanę neutralny w kwestii migającego na niebiesko logo producenta. Jest dość wyraźne i pulsując z sekundową częstotliwością skupia uwagę. Zależnie od punktu widzenia może to być wadą lub zaletą - szkoda że nie można go po prostu wyłączyć.


A za co można pochwalić Turtle Beach? Headset Ear Force Stealth 400 jest wykonany z niezłej jakości plastiku i dobrze trzyma się na głowie. Słuchawki gwarantują świetne doznania dźwiękowe w grach (bezprzewodowo) i da się też na nich z przyjemnością posłuchać muzyki z przenośnego odtwarzacza czy telefonu komórkowego (przewodowo). W obu trybach wszystko doskonale brzmi, bezproblemowo przebiega również komunikacja głosowa. Akumulator wystarcza na ponad 15 godzin beztroskiej zabawy. Ear Force Stealth 400 Wireless Gaming Headset można obecnie znaleźć w sklepach za niecałe 300 złotych. Za tą cenę otrzymujemy dobre, solidne, bezprzewodowe słuchawki dla gracza. Jeśli posiadacie PlayStation 4 - jest to wybór naprawdę warty przemyślenia.


OCENA 
7/10 

Zalety:
+ wygląd i jakość wykonania
+ bardzo dobre brzmienie w grach na PlayStation 4
+ dobra jakość dźwięku w odtwarzaczach przenośnych
+ wydajność akumulatora
+  odłączany, wielokierunkowy mikrofon

Wady:
- pianka z której wykonane jest wnętrze nauszników powoduje, że uszy szybko się nagrzewają
- przy wysokim poziomie głośności hałas zaczyna przeszkadzać reszcie domowników
- mikrofon wychwytuje nie tylko to co mówi gracz, ale także dźwięki najbliższego otoczenia 


Turtle Beach Ear Force Stealth 400 Wireless Gaming Headset testowałem między innymi w grach: Battlefield Hardline, Diablo III: Ultimate Evil Edition i Project Cars na PlayStation 4. Muzyki (jakości 320kbps) słuchałem w programie Spotify na Iphonie 5s.

Ear Force Stealth 400 Wireless Gaming Headset to pierwszy produkt firmy Turtle Beach z jakim miałem do czynienia. Jesteście ciekawi jak sł...

Ear Force Stealth 400 Wireless Gaming Headset to pierwszy produkt firmy Turtle Beach z jakim miałem do czynienia. Jesteście ciekawi jak słuchawki opatrzone logiem charakterystycznej palmy sprawdzą się w graniu na PlayStation 4?


1. Specyfikacja:

Waga: około 250 gram

Pasmo przenoszenia dźwięku: 20 Hz - 20 kHz 

Częstotliwość: 2,4 Ghz 

Głośniki: 50mm z magnesami neodymowymi

Impedancja głośników: 32 omy 
 
Bateria: litowo-polimerowa

Czas pracy akumulatora: do 15 godzin

Mikrofon: odłączany, wielokierunkowy

Zasięg: około 9 metrów


 2. Wrażenia ogólne

Jak już wspomniałem przy okazji unboxing'u - słuchawki po wyjęciu z pudełka robią pozytywne wrażenie. Pierwsza myśl - ładny design, widać że mamy do czynienia z produktem dla graczy. W dotyku plastik, z którego zostały wykonane może nie jest mistrzostwem świata, ale nie sprawia też wrażenia że headset może się łatwo połamać.


Sposób podłączenia do PlayStation 4 jest bardzo prosty. Wpinamy transmiter do portu USB naszej konsoli i podłączamy do niego kabel optyczny. Drugą jego część podpinamy z tyłu PS4. Teraz wystarczy przytrzymać przycisk (logo palmy) na zewnątrz prawej słuchawki naszego headset'u i wszystko śmiga. Po udanym połączeniu zarówno transmiter jak i logo na słuchawkach świecą niebieskim światłem.


3. Wygoda i ergonomia

Największą zaletą Ear Force Stealth 400 jest oczywiście bezprzewodowa wolność. Zasięg 9 metrów spokojnie wystarcza, aby pójść do kuchni i zrobić sobie kawę nie tracąc przy tym nic z dźwięku czy prowadzonych rozmów. Słuchawki dobrze leżą na głowie i nie uciskają. Ich wielkość możemy dostosować pałąkiem, a także obrócić każdy z głośników o 90 stopni. Niestety mam zastrzeżenia co do pianki zastosowanej w nausznikach. Wygląda dość solidnie, choć nie idzie to w parze z komfortem. W zasadzie po niecałej godzinie grania moje spocone uszy zaczęły domagać się chociaż kilku minut przerwy.


Wielokierunkowy mikrofon możemy dowolnie wyginać, tak aby było nam wygodnie komunikować się z innymi graczami. Pozytywnie zaskoczyło mnie pierwsze ładowanie akumulatora (logo pulsuje wtedy na czerwono), które trwało zaledwie 25 minut. Naładowany headset wystarcza na 15 godzin i kilka minut ciągłego grania. Wynik w zupełności satysfakcjonujący, nawet przekraczający nieco wartość podawaną przez producenta. Niestety nie da się ładować akumulatora w trybie uśpienia konsoli. Warto dodać, że jeśli w słuchawkach nie jest odtwarzany żaden dźwięk to po około 15 minutach samoczynnie się one wyłączą w celu oszczędzenia energii.


Centrum dowodzenia na prawej słuchawce z pewnością wymaga trochę czasu na przyzwyczajenie się. Jak dla mnie trochę tych guzików i pokręteł za dużo w jednym miejscu. Włączenie słuchawek, ładowanie czy zmiana trybu pracy są zawsze potwierdzane głosowym komunikatem.


4. Jakość dźwięku

Ear Force Stealth 400 pokazuje pazur jak tylko odpalimy jakąś grę na PlayStation 4. Byłem zachwycony dźwiękiem wybuchów i spadających na ziemię łusek w Battlefield Hardline, szczękiem stali i jękiem ginących nieszczęśników w Diablo III: Ultimate Evil Edition, czy wreszcie rykiem silników samochodów w Project Cars. Odgłosy dobiegające z 50mm głośników są krystalicznie czyste i dobrze nasycone basem. Możemy też pobawić się wbudowanym equalizerem, który posiada cztery tryby pracy. Nawet jak podkręcimy dźwięk na maksymalny poziom nie ma mowy o żadnych trzaskach. O ile oczywiście wytrzymamy to my i nasze otoczenie. Ear Force Stealth 400 dobrze izoluje dźwięki dobiegające z zewnątrz, natomiast przy wysokim poziomie głośności może mieć negatywny wpływ na naszych domowników. Niestety dźwięki nie pozostają stłumione w słuchawkach i w pokoju robi się po prostu głośno.


Komunikacja z użyciem dołączonego mikrofonu przebiega bezproblemowo. Bardzo dobrze słychać zarówno nas jak i naszych rozmówców. Trzeba jednak zaznaczyć, że sprzęt oprócz naszych słów zbiera także wszystkie odgłosy dobiegające z naszego pokoju. W razie potrzeby mikrofon możemy wyłączyć naciśnięciem jednego przycisku umieszczonego na prawej słuchawce.


To tyle jeśli chodzi o dźwięki z gier. A jak na Ear Force Stealth 400 brzmi muzyka z odtwarzacza? Po połączeniu słuchawek z Iphonem 5s za pomocą dołączonego kabla (3,5mm jack-jack) odpaliłem Spotify i przesłuchałem kilkanaście różnych utworów. Pierwsze co zauważyłem - nie działają pokrętła regulacji głośności ani equalizer. W trybie "mobile" wszystko kontrolujemy z poziomu odtwarzacza, w tym przypadku telefonu komórkowego. Odsłuch muzyki zakończył się pozytywnym zaskoczeniem. Nie da się ukryć, że niższe tony i bas zdecydowanie górują nad pozostałymi elementami sceny. Jeśli lubicie muzykę elektroniczną, rocka czy cięższe brzmienia to Ear Force Stealth 400 w tych klimatach zdaje egzamin. Cała reszta brzmi po prostu poprawnie, ale to w końcu słuchawki dedykowane do grania, prawda?

5. Podsumowanie 

Ear Force Stealth 400 Wireless Gaming Headset firmy Turtle Beach to dobry produkt. Niestety posiada dwie znaczące wady. Pierwsza to pianka z której wykonane są nauszniki, powodująca że uszy są spocone już po niecałej godzinie grania. Druga to słaba izolacja emisji dźwięków do otoczenia przez co możemy zapomnieć o słuchaniu muzyki na maksa przy reszcie domowników. No chyba, że są bardzo tolerancyjni. Pozostanę neutralny w kwestii migającego na niebiesko logo producenta. Jest dość wyraźne i pulsując z sekundową częstotliwością skupia uwagę. Zależnie od punktu widzenia może to być wadą lub zaletą - szkoda że nie można go po prostu wyłączyć.


A za co można pochwalić Turtle Beach? Headset Ear Force Stealth 400 jest wykonany z niezłej jakości plastiku i dobrze trzyma się na głowie. Słuchawki gwarantują świetne doznania dźwiękowe w grach (bezprzewodowo) i da się też na nich z przyjemnością posłuchać muzyki z przenośnego odtwarzacza czy telefonu komórkowego (przewodowo). W obu trybach wszystko doskonale brzmi, bezproblemowo przebiega również komunikacja głosowa. Akumulator wystarcza na ponad 15 godzin beztroskiej zabawy. Ear Force Stealth 400 Wireless Gaming Headset można obecnie znaleźć w sklepach za niecałe 300 złotych. Za tą cenę otrzymujemy dobre, solidne, bezprzewodowe słuchawki dla gracza. Jeśli posiadacie PlayStation 4 - jest to wybór naprawdę warty przemyślenia.


OCENA 
7/10 

Zalety:
+ wygląd i jakość wykonania
+ bardzo dobre brzmienie w grach na PlayStation 4
+ dobra jakość dźwięku w odtwarzaczach przenośnych
+ wydajność akumulatora
+  odłączany, wielokierunkowy mikrofon

Wady:
- pianka z której wykonane jest wnętrze nauszników powoduje, że uszy szybko się nagrzewają
- przy wysokim poziomie głośności hałas zaczyna przeszkadzać reszcie domowników
- mikrofon wychwytuje nie tylko to co mówi gracz, ale także dźwięki najbliższego otoczenia 


Turtle Beach Ear Force Stealth 400 Wireless Gaming Headset testowałem między innymi w grach: Battlefield Hardline, Diablo III: Ultimate Evil Edition i Project Cars na PlayStation 4. Muzyki (jakości 320kbps) słuchałem w programie Spotify na Iphonie 5s.