Ninja Gaiden Black, gra platformowa z krwi i kości z mocnym naciskiem na cięcie przeciwników w wyrafinowany sposób. Jest to ekskluzywny ...


Ninja Gaiden Black, gra platformowa z krwi i kości z mocnym naciskiem na cięcie przeciwników w wyrafinowany sposób. Jest to ekskluzywny tytuł wydany na konsole Xbox (nie na One ani 360, tylko na poczciwego staruszka). Swego czasu, gdy byłem świeżym posiadaczem PS3, pobrałem sobie demko Ninja Gaiden Sigma. Kto by pomyślał, że jest to bezpośredni port z Xboxa. Niestety, gra kompletnie mi nie podeszła, nie wiedziałem zbytnio gdzie mam iść, a sterowanie było jakieś takie dziwne. No nic, chciałem w coś pograć na Xboksie więc czemu by nie dać szansy.


Nasza przygoda rozpoczyna się od fajnie wplecionego w fabułę samouczka. Od samego początku poruszamy progres gry jednocześnie ucząc się sztuki ninjutsu. Ryu Hayabusa to młody wojownik z klanu Hayabusa, któremu pod ochronę został powierzony rodzinny skarb - smoczy miecz. Na świecie istnieją tylko dwa takie miecze, jeden dobry, a drugi zły (zgadnij, który posiadam?). Niestety, podczas naszego treningu nieopodal w rodzinnej wiosce dzieje się coś strasznego. Zły wojownik z drugim smoczym mieczem wybija naszych pobratymców i odchodzi. Naszym celem jest znalezienie i pokonanie go, proste prawda? Oj gdyby tylko to było takie jak historia w tej grze.

Ryu jest świetnie wyszkolony, widać, że od małego budzili go o 4 nad ranem i kazali biegać z kataną w zębach. Chociaż broń samurajów nie jest jedyną do naszej dyspozycji. Nunchaku, włócznia, łuk czy nawet kij to tylko kilka, które możemy używać. Każda z nich różni się stylem walki, a dodatkowo może być ulepszana dając jej nowe kombinacje i zwiększenie obrażeń. Mało? No to do naszego arsenału oddano jeszcze wszelkie bomby dymne, eksplodujące sztylety do rzucania itd. Wciąż nie dość? To co wy na to, że Ryu potrafi też korzystać z Jutsu. Ta dziwna nazwa pozwala nam władać różnymi żywiołami. Ogień, wiatr, błyskawice czy lód wszystko to dzięki formowaniu specjalnych znaków z użyciem dłoni. Z tak wypasionym orężem można ruszać na przygodę.


Będziemy przemierzać różne lokacje często inspirowane Chinami i Japonią. Na miejsca nie mogę narzekać, jak na tamte czasy gra ładnie się postarzała. Gorzej jest za to z przeciwnikami. Rozumiem, ninja, zwykłych mieczników czy demony. Nawet nieumarli i inne dziwadła mi nie przeszkadzały,  a wręcz wtapiały się w scenerię gry. Syf dopiero się zaczął gdy trafiłem do militarnej jednostki. Na miejscu powinienem spodziewać się jakichś wyszkolonych samurajów lub kogoś innego, ale nie... Kolesie z karabinami, rakietnicami w czołgach czy helikopterach. Trochę niedorzeczne w porównaniu do poprzednio napotkanych przeciwników. A więc, ja z bronią białą, kontra zastępy żołnierzy z kałachami walące do mnie bez zawahania. To było tak denerwujące, ciągłe skakanie i unikanie pocisków; gdy dostałem się do jednego z wrogów, drugi bez problemu nadziewał mnie na swój karabin (bagnetem) od tyłu i odpalał jakiś granat w moim zadzie. Ten etap to istna męka i nie było w tym nic fajnego. Z rzeczy, które były do dupy na pewno trzeba dodać pływanie, a konkretnie sterowanie podczas nurkowania oraz pracę kamery. Kamera nigdzie sobie nie radziła - w wodzie, pod wodą, na lądzie czy gdzie tam jeszcze to było możliwe. Niestety, jak na tak dynamiczną platformówkę widoczność kuleje, niedomaga i lipa po całości.


Nie lubię w grach backtracking'u, musi być naprawdę przemyślany, aby odbiorca nie odczuwał, że się wraca lub porusza po określonym terenie. Ninja Gaiden Black średnio sobie z tym radzi. Chyba głównie przez sporą ilość przejść, które są teraz niedostępne, ale potem powinny już być otwarte! Niby nic w tym złego, ale takich "drzwi" zbiera się nam do kupki całkiem pokaźna ilość, a spamiętać je wszystkie raczej nie da rady. Chociaż to, to jeszcze małe piwo. Nie narzekam nawet na  respawn "odradzających się przeciwników" - backtracking przeważnie tak ma, gorzej z prędkością lub miejscem ich powrotu do gry. Przykład: po udanej rzeźni postanowiłem zapisać grę. Wszyscy dookoła są martwi, więc czemu by nie? Po udanej aktualizacji stanu gry, wychodzę z panelu, a przed moimi oczami stoją żołnierze, którzy nawet nie czekają tylko pakują zawartość magazynków w moją stronę i ginę. Może to jakiś błąd, wczytałem grę i znowu to samo - idealnie... Innym razem, wyczyściłem małe przejście z demonów, zrobiłem krok do nowego pomieszczenia, ale zdecydowałem się na ponowne sprawdzenie tego "czystego". Na wejściu już czekają, brakowało tylko tortu. Jak to, przecież nawet nie wyszedłem stamtąd do końca. Kawałek mojej nogi lub miecz został w tamtej sali, a oni już zdążyli wrócić? Przez takie zagrywki często musiałem używać starożytnych technik latającego wróbla (skakanie nad mendami i unikanie wszystkiego byle do przodu!). Jednym z niewielu plusów jest to, że przeciwnicy są przypisani do sali i nie kwapią się z gonieniem nas poza nią.


Podsumowując, Ninja Gaiden Black to solidna platformówka, która momentami potrafi napsuć krwi, jednak stare Chińskie przysłowie mówi "git gud" czyli po naszemu: pozdro poćwicz, a wszystko się jakoś ułoży. Choć bossowie czy fabuła nie jest zbyt pamiętna czy porywająca, tak zabawa w ninję, skakanie po ścianach, i finezyjne zabijanie przeciwników na 101 sposobów daje dużo frajdy. Dla ludzi, którzy lubią w grach wyzwanie polecam, a dla całej reszty nie koniecznie.

Tym razem przeskakujemy do innego uniwersum, dużo starszego - mającego swe korzenie jeszcze na Japońskim Famicomie. Jednak nie będę pi...


Tym razem przeskakujemy do innego uniwersum, dużo starszego - mającego swe korzenie jeszcze na Japońskim Famicomie. Jednak nie będę pisać o takim staruszku. Tytuł który ukończyłem został wydany na Playstation i Sega Saturn. Oto Castlevania: Symphony of the Night - gra, która często pojawia się na  podium top gier (PSX) wszech czasów. No nie da się przejść obojętnie obok takiego klasyka.

Fabuła rzuca nas cztery lata w tył do poprzedniej części gry Castlevania Rondo of Blood lub The Dracula X Chronicles. Za pomocą małej retrospekcji wcielamy się w Richtera Belmonta. On jak i jego poprzednicy to znani łowcy wampirów, którzy z pokolenia na pokolenie mierzą się z Drakulą i siłami zła (zawsze odnosząc sukces). Tym razem nie jest inaczej, gra pozwala nam stoczyć finałowy pojedynek z królem wampirów. Następnie rozpoczyna się właściwa historia, w której nie gramy jako członek rodziny Belmontów. Do zamku Drakuli przybywa Alucard. Tutaj też wyjaśnię - zamek Drakuli to "żyjąca istota", która pojawia się co jakiś czas (najczęściej raz na 100 lat). Tym razem minęło zaledwie 5, a Richter - odpowiedzialny za wygnanie wampira przepadł. Tak szybkie ukazanie się pałacu nie wróży nic dobrego. Technicznie biorąc, to nie zabijamy Drakuli, ale wykopujemy go z tego świata na jakiś czas? Ten wątek musiał zostać zrobiony z myślą o tworzeniu kolejnych części. I tak w skrócie to tyle. Reszta fabuły to eksploracja zamku, poznawanie jego sekretów, rozwiązywanie zagadek i walki z wszelkiej maści potworami.

Let's go out this evening for pleasure. The night is still young...

Te słowa będziecie często widzieć na swoim ekranie... Co do słów, to może kilka o naszym bohaterze. Alucard - pół człowiek, pół wampir (Dhampir). Przystojny młodzieniec o bladej skórze i białych lśniących włosach. Odziany w piękną zbroję przyozdobioną emblematami i herbem - prawdziwy szlachcic i łowca bestii! Co do samej rozgrywki na pierwszy rzut może wydawać się banalna i trochę toporna: skok, atak wybraną ręką czy unik/slajd do tyłu w stylu moonwalk'a Jacksona. Cała mechanika i zabawa jest ukryte głębiej, a gra wymaga od nas dojścia do tego samemu. Podczas naszej przygody będziemy często zmieniać ekwipunek. Nowe bronie, zbroje, płaszcze, hełmy czy błyskotki. Wiele z nich ma unikatowe umiejętności, które w połączeniu z tym co potrafimy mogą rozbudować całą zabawę. Oprócz tego sam Alucard zdobywa doświadczenie i zwiększa swój poziom. Dodatkowo, takie czynniki jak obrażenia od lodu, ognia czy błyskawic będą miały różne oddziaływanie na wybranych przeciwników.


Jednak co jest tak dobrego w tej grze, że znalazła się tutaj? Na pewno nie dubbing, bo jest okropny. Na szczęście Alucard jest małomówny i rzadko nadarza się okazja do rozmowy z kimś. Za to system walki jest dopracowany, jak już wyżej pisałem, obrażenia od żywiołów, rodzaj używanej broni czy atak w wybraną część ciała (o ile to możliwe) daje różne efekty. Dzięki implementacji takich detali w grze, nie tylko będziemy żonglować bronią, ale podczas walki przeciwnicy zmuszą nas do ciągłej zmiany taktyki. Choć brzmi skomplikowanie to tak nie jest. Wszystko jest kwestią czasu, aż przyzwyczaimy się do sterowania i możliwości naszego Dhampira. Kolejnym plusem zdecydowanie są lokacje, a raczej jedna. No bo zamek Drakuli to całość, która została przemyślanie stworzona i podzielona na różne segmenty. Przyjdzie nam zwiedzać klasyczne korytarze, lochy, sale balowe, bibliotekę, podziemia i jeszcze wiele więcej! Posiadłość jest olbrzymia, a etapy jak i przeciwnicy znajdujący się w nich mocno różnią się. Nie wszędzie też będziemy mogli pójść od razu. Nie pozwolą nam na to silni adwersarze, a także zablokowane przejścia wymagające specjalnych przedmiotów do ich odblokowania. Czasem lepszym wyborem będzie powrót do starych lokacji i lekkiemu wzmocnieniu się niż brnięcie na siłę. Nie bójcie się, typowego grindingu jest tutaj mało, a przemieszczając się z punktu A do B ( i tłuczeniu wszystkiego na swojej drodze) będziemy szybko podnosić poziom naszej postaci. Same potwory zostały też zrobione z głową, bossowie są charakterystyczni i od razu rozpoznamy ich pomiędzy zwykłymi bestiami. Każdy z nich ma swój unikalny zestaw ruchów do którego będziemy musieli obrać odpowiednią taktykę. Podstawowych przeciwników jest ponad 120 i gwarantuję, że nie różnią się tylko zmienionymi kolorami - jest w czym wybierać.


Najlepsze zostawiłem na koniec, a mianowicie muzykę! Jest idealna. Już? No już, tego nie da się opisać, trzeba uruchomić grę, wejść do wybranego pomieszczenia i przy wspaniałym akompaniamencie zacząć zabijać wszelkie maszkary. Twórcą tej niesamowitej ścieżki jest Pani Michiru Yamane, która odwaliła kawał dobrej roboty tworząc jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych do gier, jakie dane było mi usłyszeć. Pisałem ten tekst słuchając soundtracku z tej gry. Niżej wrzucam link do ścieżki:


Castlevania: Symphony of the Night sprzedało się w nakładzie 1,27 miliona kopii. Jest to zarazem najlepiej sprzedająca się część Castlevani jaka kiedykolwiek wyszła, a także najdroższa o ile chcieli byście ją nabyć teraz. Za egzemplarze marnej jakości musicie przygotować od 400 zł w górę. Jak macie szczęście to możecie trafić na dopakowane wydanie z pełną ścieżką dźwiękową i małym artbookiem. Ja byłem cwany i kupiłem swoją kopię przez Playstation store. Jak wspomniałem na początku, wyszła też wersja na Sega Saturn, niestety tylko w Japonii. Nie ma co płakać, okazuje się, że w grze Castlevania na PSP jest dodatkowo ukryta pełna wersja Symphony of the Night!

Podsumowując, nie ma się co oszukiwać gra nie należy do łatwych. Momentami myślałem, że wybrane sekwencje są niemożliwe do ukończenia. Na szczęście moja upartość i narastający gniew pomogły mi w ciężkich chwilach. Symphony of the Night to klasyczna platformówka/przygodówka 2D dająca możliwość wcielenia się w nietypowego bohatera i przeżyciu wyjątkowej historii. Tym razem role się odwracają, oprócz posiadania mrocznych mocy, polujemy na wampiry. Sama muzyka to 5 wampirzych ząbków na 5 możliwych, a pozostałe aspekty gry po prostu polecam!

XCOM Enemy Within - to najbogatsza wersja gry o zarządzaniu bazą i strzelaniu do ufoków. Płyta dość długo zalegała na moim regale, a zna...


XCOM Enemy Within - to najbogatsza wersja gry o zarządzaniu bazą i strzelaniu do ufoków. Płyta dość długo zalegała na moim regale, a znajomy wychwalając ją ku niebiosom kusił moją ciekawość. Dobra, pakujemy do napędu i sprawdzimy czy te całe rozpieprzanie kosmitów jest takie dobre.

DŁUUUGI POCZĄTEK

Choć gra rozkręca się powoli to nie ma co narzekać. Nasz porucznik przedstawia nam krok po kroku zadania, sposób rozbudowy bazy i szkolenia wojaków. Wszystko przebiega płynnie, a pierwsze misje potrafią wciągnąć tak mocno, że przestawałem patrzeć na zegarek. A to jeszcze przeskanuję planetę, a to poczekam, aż się wybuduje kolejny budynek czy ukończy nowe badanie. Budowanie "domków" czy produkcja nowej broni potrafi uzależnić. W trakcie czekania, Ziemia jest narażona na ataki przybyszów z nieznanej planety. Tutaj do dyspozycji mamy specjalne statki bojowe, które zestrzelą nieznane pojazdy, a nasz oddział specjalny poleci na miejsce by dobić ocalałych pasażerów. Większość misji polega na tym samym - z drobnymi zmianami. Czasem trzeba uratować cywili z pola walki, a innym razem przetransportować VIP-a z punktu A do B, niemniej ostatnim celem każdej misji jest wybicie każdego napotkanego kosmity.

NAGLE POŻAR W BAZIE!

Xcom wydaje się grą mocno rozbudowaną i skomplikowaną przez swoje zróżnicowanie. Oprócz składania bazy, rozwijania nowych technologii, szkolenia rekrutów, zostajemy posyłani na pole bitwy. To właśnie na polu walki gra pokazuje swój potencjał. Taktyczne podejmowanie decyzji jest tutaj kluczowe! Ustawianie naszych żołdaków i właściwy wybór kolejnego celu może zaważyć na życiu naszych podwładnych. Dodatkowo, nasi żołnierze również się rozwijają (wszystko się tutaj rozwija). Xcom to żywy organizm! Wszystko wydaje się fajne, i miło być komandorem, aż tu nagle wybucha chaos. Dostajemy masę nowych budynków, pojazdów, badań itd. Jedynie czego brakuje to kasy i czasu - czyli wszystkiego! Ufoki też nie próżnują, jak nie spróbują rozpieprzyć sieci naszych nadajników, to będą porywać cywili. Bardzo często zostaniemy zmuszeni do podjęcia decyzji, dokąd wysłać ekipę ratunkową. Niestety, tam gdzie nie zostaną posłani zrobi się jeszcze większy syf.


SPOKÓJ I NUUUUDA

Do Xcoma podchodziłem dwa razy. Pierwszy był skokiem w głęboką wodę - coś tam kolega opowiadał, a ja leciałem po swojemu. Po kilku dniach wpadł do mnie owy znajomy (ekspert w tę grę) i dał mi kilka rad, co robię źle itd. Najlepsze jest to, że jeszcze przyniósł ze sobą drugą kopię (tak, tą bogatszą wersję, bo za pierwszym razem grałem w podstawkę). No nic, za pierwszym razem szło mi średnio + straciłem zapis z gry w związku z tym rozpocząłem wszystko od nowa. Jedna partia potrafiła trwać 30 minut. Po jakimś czasie walka, mapy czy zadania zrobiły się powtarzalne. Kluczowy cel był nadal taki sam, wybij wszystko co zobaczysz. Nie ukrywam, kilka razy miałem ochotę zostawić Xcoma - grałem już trzeci dzień, a rozwój fabularny stał w miejscu. Kilka telefonów do "znajomego eksperta" i jakoś podniósł mnie na duchu. Dobra, próbujemy dalej... jestem tak daleko to trzeba to dociągnąć do końca.

CZEKAMY CZEKAMY

Pod koniec gry już naprawdę nie wkładałem żadnych starań. W głowie miałem tylko jedno pytanie - kiedy to się kończy? Skanowanie Ziemi w celu wyszukania tego ostatecznego bossa ciągnęło się, a ja nie mając nic innego do roboty gapiłem się w ekran z powiadomieniami. W tym czasie miałem już wszystko wybudowane, a ostateczne budynki i ulepszenia przez swoją późną dostępność w grze (prawie sam koniec) nie robiły na mnie wrażenia. To już było tylko klikanie i akceptowanie byle szybciej przejść do finałowego zadania. Wreszcie, kluczowy cel był przede mną. Misja, taka jak zawsze - zabić! Gdy stanąłem oko w oko z ostatecznym bossem, gra jak na złość zawiesiła się. Na dobitkę musiałem powtarzać całe zadanie od nowa, dodatkowa godzina w plecy... Po ukończeniu gry, dostałem krótki przerywnik, w którym jeden z moich żołnierzy odgrywa kluczową rolę (niestety, nie zżyłem się z żadnym z nich), a ja nic nie poczułem.

MELDUNEK

Po ukończeniu Xcom poczułem ulgę - nie dlatego że pokonałem złego kosmitę, ale temu, że mogłem odłożyć grę na bok. Nie oszukujmy się, tytuł ma swoje plusy i minusy. Największą wadą jest ilość czasu jaki trzeba poświęcić na jej ukończenie. Przez swoją monotonność, ograniczoną ilość zadań, map i obcych Xcom robi się nudny (może nie od razu, ale litości 30 godzin i więcej?). Nie mniej, gra potrafi też wciągnąć. Budowanie "domków", wysyłanie ludzi na misje, walka z obcymi i całe te planowanie działa jak czarna dziura - wsysa i nie puszcza! Jak masz dużo wolnego czasu to polecam, a dla całej reszty - tylko na własną odpowiedzialność.

Jak w tytule, UFO PORNO!




Kingdom Hearts na PS2, gra, którą uważałem za przeklętą, kolejny raz pojawiła się w moim życiu. Przypadek? Raczej coś, co od dawna za m...


Kingdom Hearts na PS2, gra, którą uważałem za przeklętą, kolejny raz pojawiła się w moim życiu. Przypadek? Raczej coś, co od dawna za mną chodziło. Pierwszy raz zetknąłem się z Kingdom Hearts przed telewizorem w trakcie oglądania kultowego Hypera. Pamiętam to jak przez mgłę... Donald, Goofy i jakiś chłopak przebrani za upiory, syreny i inne dziwne rzeczy. Playstation 2 przez swoją cenę nie miało szans stać w moim pokoju. Niemniej, znani bohaterowie i inne postacie prosto z uniwersum Disneya wydawały mi się całkiem dobrym pomysłem. Wtedy czułem tylko przelotne zainteresowanie... jak szybko przyszło tak też odeszło. A może nie?

I've been having these weird thoughts lately... Like, is any of this for real... or not? 

Wreszcie, nadeszła ta chwila i stałem się oficjalnym posiadaczem Playstation 2. Ojciec zgodził się na kupno dwóch gierek dla mnie. Pojechaliśmy do Empiku (nie ogarniałem zbytnio gdzie można kupować gry). Wybór nie powalał, a lekka sugestia ze strony ojca, żebym skupił się na sekcji Platinum (cena 50 zł sztuka) była nie do podważenia. Przesuwając palcem po nazwach różnych pozycji, szybko trafiłem na Tekken 5. Bez namysłu wyciągnąłem i zacząłem przeglądać dalej. Zatrzymałem się na dużym napisie Kingdom Hearts. Wyciągnąłem z półki i zacząłem oglądać opakowanie z każdej strony. Okładka z postaciami wyglądała fajnie, był na niej Donald, Goofy i ten chłopak z wielkim kluczem. Nie wiem co mną kierowało, ale odłożyłem pudełko z powrotem na regał, i sięgnąłem po jakieś F1. Tak blisko, a jednak tak daleko...

Lata mijały, a ja znów zapomniałem o Kingdom Hearts. Do chwili gdy poznałem moją dziewczynę. Tak jak ja, posiadała Playstation 2 i tonę "kopii zapasowych gier". Po kolejnych rozmowach pojawił się temat Kingdom Hearts. Moja dziewczyna miała już dawno za sobą tą, jak i kolejne części. Bardzo chwaliła tą serię i gorąco mi polecała. Któregoś razu dałem się przekonać i zasiadłem przed konsolą. W tej chwili rozpoczęła się i zaraz zakończyła moja przygoda.


Falling... Falling... Into darkness.

Moja podróż z Kingdom Hearts zaczęła się na drobnej wyspie położonej gdzieś na środku oceanu, która wyglądała  na małą, jednak bardzo szybko mnie przygniotła i pokonała swoim ogromem. Sora, jest głównym bohaterem, w którego miałem okazję się wcielić. Trochę naiwnie wyglądający chłopak ze źle dobranymi butami (bardzo mnie to drażniło), razem ze swoim kolegą Riku i koleżanką Kairi żyli sobie na tym tropikalnym kawałku ziemi. Początek gry, to także samouczek, w którym mogłem przyzwyczaić się do sterowania postacią jak i kamerą. Pod względem fabuły czułem lekkie zażenowanie. Sora i Kairi to dzieciaki w wieku 14 lat, a ich przyjaciel Riku jest starszy (łaaaał cały rok różnicy). Nie mniej, w ich oczach był to swego rodzaju lider czy wódz, którego słowo liczyło się najmocniej. Oczywiście Sora widział w nim też swego rywala o pozycję w stadzie jak i serce Kairi. Sparing by sprawdzić kto jest silniejszy, czy wyścig dookoła wyspy w którym nagrodą jest wyznanie swych uczuć koleżance były dla mnie zbyt typowe i zniechęcające. Gwoździem do trumny okazało się zbieranie materiałów potrzebnych do zbudowania tratwy. Tutaj poległem i porzuciłem Kingdom Hearts czując wielki niesmak i zdziwienie, że ktoś uważał to za dobrą grę.


Oh, yeah? Well, you'll see. I'm gonna get out and learn what's out there!

Razem z moją dziewczyną często wracaliśmy do tematu Kingdom Hearts. Dlaczego go zostawiłem, nie dając okazji pokazania swej zawartości. Miałem różne wymówki, a to telewizor stary i słabo na nim widać, a to te buty Sory, które komentowałem na każdym kroku, albo nie najlepsze sterowanie czy praca kamery. Nie chcesz grać w gry, które ja Ci polecam. Często miałem to w uszach i nie wiedzieć czemu, strasznie się przed tym broniłem. Cóż, trzeba wziąć pada i mieć to za sobą. Niestety, kolejny raz gra mnie pokonała... Choć zrobiłem mały postęp i udało mi się wydostać z tej przeklętej wyspy. W nowej lokacji, Kingdom Hearts mnie wymęczył. To dla mnie zbyt wiele, te całe plątanie się w kółko, nie zrozumiałe cele, losowo pojawiający się przeciwnicy i uganiania się za nie wiadomo czym. Koniec, mam tego dość! Wyłączyłem konsolę z przekonaniem, że to nie jest tytuł dla mnie i nigdy więcej nie chce do niego wracać.


That's the power of the Keyblade!

Minęło kilka lat. Ukończyłem wiele pozycji, jednak moja dziewczyna miała do mnie zawsze mały żal, że nie dałem się przekonać do Kingdom Hearts. Momentami nie chciałem o tym rozmawiać, bo od razu przed oczami miałem tą przeklętą wyspę i ogromne buty głównego bohatera. Choć nie ukończyłem Kingdom Hearts, a widziałem, że wydają kolejne części to cały czas szyderczo drwiłem i komentowałem głupotę i wyzysk jaki zrobili z tego uniwersum. To była prawdziwa maszynka do dojenia kasy, co raz wypuszczano nową zremasterowaną edycję, w których zmiany okazywały się szczątkowe. Takie coś tylko podsycało moje negatywne nastawienie do tej serii. Wszystko jednak zmieniło się na tegorocznych mikołajkach...

Mam paru znajomych, którzy tak jak ja lubią grać. Od czasu do czasu robimy sobie takie małe spotkania w wiadomym celu. W tym roku zorganizowaliśmy sobie skromną mikołajkową zabawę z losowaniem gier. Kumpel przede mną rozpakował swój prezent, Resident Evil 4 w cudownym steel booku, czułem zazdrość. Niemniej, to dało też nadzieję, że i ja zaraz wyciągnę taką petardę. W celu zwiększenia szansy na wylosowanie lepszej gry, poprosiłem o pomoc swoją dziewczynę. Tak, wyciągnęła ze stosu nic innego tylko przeklęte Kingdom Hearts, i to jeszcze w wersji Platinum! Ona była wzruszona i pełna nadziei, że z takim argumentem nie wygram i teraz na pewno zagram. Cóż mogę powiedzieć, po prostu idealnie...
Przeznaczenie?
Zabawa minęła, a zaczęły się prawdziwe święta. Dłuższa przerwa od pracy to idealny czas, żeby poświęcić cały lub kilka dni na granie. Miałem ochotę na coś z PS2. Oczywiście moja dziewczyna od razu podrzuciła Kingdom Hearts. No cóż, byłem w trakcie przechodzenia Ninja Gaiden Back i próbowałem swych sił z Hamtaro, więc może wcisnę tego kingdoma gdzieś tam pomiędzy. Od ostatniej próby minęło dobre 5 lat, a w mojej pamięci utknęła tylko przeklęta wyspa i za duże buty. No nic, zaczynamy...


W trakcie oglądania pierwszego filmiku z gry poczułem jakby jakiś szaman Orków z Heroes 3 rzucił na mnie battle boosta motywującego do skoku w świat Kingdom Hearts. Niestety, poza genialnym openingiem i utworem, który do tej pory powoduje ciarki na mojej skórze, znowu wróciłem na tą wyspę. Nie chciałem tak łatwo się poddać. Obok mnie zasiadła moja dziewczyna, która służyła radą w ciężkich chwilach. Dzięki niej, wiedziałem kto jest kim i skąd pochodzi. Głównie chodziło o postacie z serii Final Fantasy, które przewijają się przez całą grę. Po ciągłym krytykowaniu Sory, jego butów i kompanów, wydostałem się z wyspy i rozpocząłem swoją przygodę. Wiem, że gadam w kółko o tym samym, ale podróżowanie między lokacjami męczyło mnie. Nie ma tu żadnej mapy, a kolejne plansze wyglądają bardzo podobnie. Często gubiłem się i nie wiedziałem dokąd iść. Na dobitkę cały czas pojawiali się przeciwnicy, którzy swoją żywotnością niepotrzebnie wydłużali moje męczarnie. Chwilami myślałem, że to jakieś błędy, które uniemożliwiały mi dalszy postęp.


Wreszcie, wyrwałem się z tej lokacji i zobaczyłem co mnie czeka. Gra, to zbiór malutkich planetek z różnych bajek Disneya, na których będziemy "pracować". Pierwsze skojarzenie? Spyro! Tarzan, Herkules, Aladyn czy Alicja z krainy czarów to tylko garstka postaci jakie spotkałem na swojej drodze. Oczywiście, jak wyżej wspomniałem są tu też bohaterowie z Final Fantasy. Cloud, Leon czy Aeris. O nich nie wiedziałem nic. Kolejny raz moja dziewczyna okazała się niezastąpiona dzieląc się swoją wiedzą. O samej fabule nie ma się co rozpisywać. Jesteśmy posiadaczem Keyblade - klucz i broń w jednym. Poszukujemy naszych zaginionych przyjaciół Kairi i Riku. Fabuła - kiczowata i przewidywalna. Przemiany bohaterów czy naiwne gadanie o mocy przyjaźni robiło mi się niedobrze...(może przez mój wiek?). Sora pod względem walki nie jest najlepszy. Śmierć przychodziła często i to podczas zwykłych starć. To tylko podsycało we mnie chęć krytykowania jego nieudolności. Kiedy czułem, że wreszcie zaczynam to ogarniać i czerpać przyjemność z gry, zaraz coś mnie gasiło. A to jakiś labirynt, wracanie się po kilka razy do tej samej lokacji czy walka z tym samym bossem. Lekko piętnaście godzin w grze, a nadal eksplodowałem z nerwów bo nie mogę pokonać podstawowego bossa. Wyłączałem konsolę mieszając grę z błotem, a następnego dnia wracałem jakby nigdy nic. Satysfakcja z dokopania mendzie z poprzedniego dnia jest cudowna. Zaraz pojawiał się kolejny dupek i cała zabawa zataczała koło. W kluczowych scenach nie potrafiłem zachować powagi. Drwiłem z akcji dziejących się na ekranie. Wreszcie po 30 godzinach udało mi się ją ukończyć! Pokonałem ostatecznego Bossa, który musiał transformować się dwadzieścia razy zanim padł trupem. Walka choć długa, dała mi wiele frajdy. Dobicie tej gnidy i radość z ukończenia przeklętego Kingdom Hearts spowodowała uśmiech na mojej twarzy. Wreszcie mogłem rzucić to na bok i nigdy do tego nie wracać!


The heart may be weak. And sometimes it may even give in. But I've learned that deep down, there's a light that never goes out!

Na ekranie pojawiła się kolejna custscenka, na której spotykamy kluczowe postacie, a potem...


Oglądając ostatni filmik poczułem szczęście, niespowodowane ukończeniem gry, a na myśl o przygodzie którą właśnie odbyłem. Podróż choć pełna nerwów i gorzkiego smaku okazała się taka tylko na powierzchni. Przebijając się głębiej trafiłem do samego środka, do Kingdom Hearts. W tym momencie nie widziałem już głupich labiryntów, powtarzalnych przeciwników czy złej pracy kamery. Miałem przed sobą niesamowitą historię, w której połączono dwa uniwersa. Napotkane na mej drodze planety, gdzie miałem możliwość uczestniczyć w historiach z Disney-owskich bajek to strzał w dziesiątkę. Ewolucja trójki bohaterów, którzy w trakcie swej podróży z bandy kłótliwych i niezgranych kompanów stworzyli silną przyjaźń - choć banalna to poruszyła moje serce. Disney znów to zrobił. Mimo znanej i przewidywalnej formuły oczarował mnie.

Kingdom Hearts okazał się dla mnie nie lada wyzwaniem. Przestarzała mechanika gry czy praca kamery jest czymś z czym nie miałem dawno do czynienia. Trochę zardzewiałem i zapomniałem jak to się grało kiedyś, gdzie nie wszystko podano pod nos, a gra nie prowadziła mnie za rękę. Nie powiem, rozgryzienie "jak w to grać" trochę mi zajęło, ale teraz mam ochotę wziąć pada do ręki i tam wrócić. Czy polecam? Chyba tak, moja przygoda z Kingdom Hearts trwała dobre 10 lat, ale jestem naprawdę szczęśliwy, że wreszcie spróbowałem. Kolejny raz tylko żałuję, że wcześniej nie poddałem się radom mojej dziewczyny, aby dać szanse tej grze. Więc, chciałbym podziękować jej za to, że mimo mojej upartości, wytrwała w tym i przekonała mnie do kolejnego tytułu, który polecała mi od dawna. Dzięki niej znowu miałem okazję zagrać w jedną z najlepszych gier w moim życiu. Dziękuję Ci Żaneta!



Witam wszystkich świeżo po świętach! Prezenty rozdane, stół wigilijny wyczyszczony z jedzenia, więc jak najbardziej wypada w coś pograć...


Witam wszystkich świeżo po świętach! Prezenty rozdane, stół wigilijny wyczyszczony z jedzenia, więc jak najbardziej wypada w coś pograć. Ten okres w roku doceniam najbardziej, głównie przez ilość wolnego czasu jaki mogę spożytkować na swoje ulubione hobby. Od razu pisze, gram w kilka tytułów na raz, a ten jest jednym z nich.


Hamtaro: Ham-Ham Heartbreak, co to do cholery w ogóle jest? No to w skrócie: Hamtaro to chomik z Japońskich kreskówek, który doczekał się również kilku gier. W Japonii jest to bardzo znana postać, głównie przez swój uroczy wygląd i troszkę dziwne podejście do życia. Gryzoń jest na tyle rozpoznawalny, że w pewnym momencie przebił pod względem popularności samego Pikatchu! Jeżeli chodzi o grę. Została ona stworzona i wydana przez Nintendo, więc o jakość produkcji nie powinniście się obawiać.


Gra dostępna tylko na Nintendo Gameboy Advance (legalnie). Inni mogą zagrać na smartfonie czy przerobionym psp. Dobra, wskakujemy! Po przejściu przez panel wyboru języka i nazwaniu naszego chomika i jego partnerki rozpoczyna się gra. Widzimy szarego chomika w przebraniu diabełka, który swoim trójzębem przebija serduszka zakochanych chomików (Jezu, stary w co ty grasz?). Cicho cicho jest dobrze zobaczycie. Wracając, zauroczone sobą chomiki po spotkaniu z widłami "diabełka" są na siebie obrażone i rozchodzą się. Po krótkiej chwili przed szarym gryzoniem stajemy my, czyli Hamtaro. Niestety, nie możemy nic zrobić, a zły chomik wręcz taranuje nas. Na szczęście wszystko to okazało się snem! Do naszego łóżka przybiega większy chomik o imieniu Boss, który nas wybudził z tego koszmaru. Każe nam szybko się ogarnąć i zejść na dół. Na górze nie ma za bardzo nic do roboty więc podążamy za naszym szefem. Niestety, Hamtaro potyka się na schodach i przewraca wiadro z wodą na chomikowy słownik. Tak, nasz bohater jest troszkę roztrzepany i gapowaty. Boss lekko załamany tłumaczy nam, że przez naszą nieuwagę będziemy musieli od nowa uczyć się "języka chomików". Pierwsze cztery słowa przekazuje nam osobiście, a resztę będziemy odkrywać podczas naszej podróży. Zanim jednak, zaczniemy działać, musimy odnaleźć Bijou, naszą chomikową partnerkę. Po wykonaniu wszystkich zadań w odpowiedniej kolejności udaje nam się ją odszukać. Szczęśliwi wracamy do domu, aż nagle pojawia się on! Ten diabeł chomik. Po krótkiej rozmowie dowiadujemy się, że to on stoi za rozwalaniem związków i czerpie z tego dużą przyjemność. (no nie domyśliłbym się) A jego imię to...
SPAT
I to z grubsza tyle jeżeli chodzi o fabułę. Nasza przygoda będzie polegać na pomaganiu innym chomikom, uczeniu się nowych słów, które ułatwią nam podróż i eksplorację nowych miejsc. Gra jest typową przygodówką, w której będziemy często się wracać z "pomieszczenia do pomieszczenia". Zdobądź potrzebny przedmiot, daj go innemu chomikowi, który w zamian przekaże nam inną kluczową rzecz. Niby nic specjalnego, więc co jest tak ciekawego, że aż chciałem ujawnić się z graniem w jakaś grę dla małych dziewczynek? No cóż, tutaj chyba naprawdę Nintendo zadziałało swoimi zaklęciami. Gra, jest po prostu śliczna! Plansze są naprawdę fajnie wykonane i różnorodne. Ogromna ilość słownictwa, którą się uczymy będzie nam pomagać na każdym kroku, a urocze chomiki są po prostu niesamowite. No i mój najważniejszy argument. Sprite'y, z których zostały wykonane wszystkie gryzonie, to jest majstersztyk! Ilość pracy włożonej w ich stworzenie, detale i całą różnorodność. Nie potrafię oderwać od nich oczu. Ktoś w Nintendo naprawdę się postarał, bo gra choć wyszła na słabym sprzęcie to wykorzystano jego możliwości w stu procentach. 


Co mogę powiedzieć... gra dla małych dziewczynek, którą polecam! Fajna i luźna przygoda z lekkim humorem i nietypowymi rozwiązaniami. Idealna, na niezobowiązujące granie z doskoku pomiędzy dużymi tytułami. 

Przyznaję, trochę się tu zakurzyło. Przed oczami mam dziki zachód i te toczące się sianko, ale mniejsza o to! Nie ma co się tłumaczyć, ...


Przyznaję, trochę się tu zakurzyło. Przed oczami mam dziki zachód i te toczące się sianko, ale mniejsza o to! Nie ma co się tłumaczyć, jesteśmy przecież dorośli - chyba. No cóż, oprócz skakania z jednej części Monster Huntera na drugą, nie miałem zbytnio czasu na nic innego. Znalazłem nowe hobby, o tym kiedy indziej. Swego czasu zacząłem grać w Batman Begins na PS2, które otrzymałem jako prezent od mojego dobrego przyjaciela. Po wielu podejściach udało mi się go ukończyć i przyszedłem się tutaj pochwalić. Żeby nie było, te kilka przystąpień nie było spowodowanych tym, że gra jest nudna, po prostu brakowało czasu.


Batman Begins - w mocnym skrócie to gra z 2005 roku wydana przez EA ze starym sloganem "Challenge Everything" oparta na filmie o tym samym tytule. Wcielamy się w tytułowego człowieka nietoperza i śledzimy jego poczynania, aby stać się w końcu tytułowym Batmanem. Gra to typowa platformówka z elementami bijatyki, skradanki i znajdziemy tu też proste zagadki logiczne. Jednak, żeby nie było zbyt nudno mamy też okazję zasiąść za kółkiem Tumblera czyli pierwszego Batmobila!
To tutaj będziemy napajać strachem naszych przeciwników przez różnego rodzaju sztuczki w celu osłabienia ich morale. Tak, ten sam system został potem rozwinięty w serii Arkham. Wyciąganie kluczowych informacji z pobitych ochroniarzy, wykorzystywanie najnowszych gadżetów do hakowania kamer lub otwierania drzwi. To i wiele więcej znajdziecie tutaj.


Ogromnym plusem jest tutaj dubbing. Dzięki licencji filmowej, wszystkie postacie w grze mają swoje oryginalne głosy. Michael Cain, Christian Bale, Liam Neeson, Gary Oldman czy Morgan Freeman - cała ekipa na pokładzie! Dodatkowo, gra rzuca w nas przerywniki pomiędzy rozdziałami w postaci, krótkich filmików wyciętych prosto z filmu. Przez taki zabieg możemy bardziej wczuć się w klimat gry. O samej fabule nie ma co mówić, jeżeli oglądało się film to nic nas nie zaskoczy. Jedyna różnica jest taka, że tym razem to my ustalamy komu skopiemy najpierw tyłek, zamiast tylko biernie patrzeć z boku na całą akcje. 


Nie ukrywam, gra jest już trochę stara - 12 lat! Nie mniej, nie zestarzała się zbytnio i bawiłem się przy niej wyśmienicie. Słysząc co raz głos, któregoś z aktorów byłem pod wielkim wrażeniem włożonej pracy. Muzyka i przerywniki budziły we mnie miłe wspomnienia związane z filmem, a fakt, że mogę go sobie odświeżyć w taki sposób jest naprawdę dużym plusem. Podsumowując, Batman Begins moim zdaniem to jedna z najlepszych gier opartych na licencji filmowej (niby żadne osiągnięcie). Dobrze poprowadzony scenariusz żywcem wyciągnięty z filmu bez jakichś udziwnień uważam za dobry ruch. Gra nie jest jakaś super długa, a ostatni boss jest naprawdę zaskakujący. Co mnie zdziwiło to brak kolejnych części gier, przecież Batman wyszedł w formie trylogii! Wszystkim fanom nietoperza z ręką na sercu polecam.

Pierwszy wpis o Saturnie nie był przypadkowy, idąc więc za ciosem rozpakuję dzisiaj dla Was mój wymarzony zestaw z konsolą! Będzie to typo...

Pierwszy wpis o Saturnie nie był przypadkowy, idąc więc za ciosem rozpakuję dzisiaj dla Was mój wymarzony zestaw z konsolą! Będzie to typowa uczta dla oczu, bo wrażenia z użytkowania to temat na oddzielną notkę. Nie przedłużając, zapraszam do obejrzenia chyba największego skarbu (pod względem sentymentalnym) z mojej kolekcji.


Na froncie kartonu znajduje się oczywiście wizualizacja konsoli Sega Saturn, model MK II wraz z oryginalnym padem, podobnie też na spodzie i bokach. Na górze znajdziemy mozaikę najlepszych tytułów oraz listę opcjonalnych, licencjonowanych akcesoriów, które można dokupić oddzielnie. W odróżnieniu od opakowania PlayStation 1, tutaj nie ma nigdzie listy co właściwie powinno znajdować się w pudełku. Na spodzie umieszczono za to szczegółową specyfikację techniczną konsoli w kilku językach.

Czas wyjąć wszystko z pudła...







Oryginalny kontroler drugiej generacji MK-80313



Na pierwszy rzut oka pad wygląda jak zabawka, ale przy bliższym kontakcie robi pozytywne wrażenie. Przede wszystkim bardzo dobrze leży w dłoniach. Kontroler został wykonany z dobrej jakości plastiku, chociaż (zwłaszcza jego błyszcząca, przednia część) wykazuje spore tendencje do palcowania. Przyciski wydają się naprawdę solidne, zobaczymy więc jak sprawdzi się przy dłuższym giercowaniu.

Papierologia



- broszurka informacyjna, głównie o tym jak szybko podłączyć konsolę z użyciem różnych kabli

- instrukcja w kilku językach zawierająca sporo istotnych informacji (np. jak wymienić baterię podtrzymującą pamięć)

- karta gwarancyjna 

- ankieta dotycząca ulubionych gier itp.

- inne papierki informujące o zmianie adresu firmy czy obecności kabla antenowego w zestawie

Okablowanie


W opakowaniu znajdują się dwa oryginalne kable: antenowy (RFU MK-80306) i zasilający. Ciekawe, że nawet przewód sieciowy ma wytłoczone logo i napis SEGA SATURN.

Konsola SEGA SATURN drugiej generacji (MK-80200A-50)




U góry nad czytnikiem wbudowany jest slot, w którym niestety nie możemy odtwarzać kartridży z Mega Drive'a ;) Możemy umieścić tam za to kartę pamięci, a także rozszerzyć pamięć RAM konsoli. Z tego drugiego rozwiązania korzysta praktycznie tylko kilka tytułów wydanych wyłącznie w Japonii. Z tyłu mamy wyjście A/V, zasilanie oraz port do połączenia ze sobą dwóch konsol. Pod zaślepką ukryta jest bateria podtrzymująca zegar oraz zapisane stany gier. Ponadto jest tam miejsce na kartę VIDEO CD.



Zawsze gdy oglądałem Saturna na zdjęciach wydawał mi się naprawdę spory. W rzeczywistości konsolka wygląda świetnie; jest dość zgrabna, odrobinę cięższa i wyższa od np. konkretnie odchudzonego, ostatniego modelu klasycznego PlayStation 1 - SCPH-9002. Obudowa konsoli została wykonana z  matowego plastiku, który choć przyciąga odciski palców tak samo jak pad to przynajmniej nie rysuje się od byle przetarcia szmatką.


Egzemplarz, który mi się trafił jest dość zadbany (na zdjęciu nie było tego wyraźnie widać) i mam nadzieję, że będzie jeszcze długo służył. Jestem zachwycony też kompletnością całego zestawu, nawet pudełko mimo upływu lat wyglada całkiem nieźle. Ach, już nie mogę się doczekać aż ogram wszystkie te gry, które zawsze chciałem mieć! Serdecznie dziękuję wszystkim oglądającym, mam nadzieję że mimo słabego światła da się coś na tych fotkach zobaczyć. Wrażenia z użytkowania już wkrótce. Do przeczytania!

W drugiej połowie lat 90 cała Polska oszalała na punkcie pierwszego Playstation. W naszej rodzinie (zarówno mojej jak i ciotecznej siostry...

W drugiej połowie lat 90 cała Polska oszalała na punkcie pierwszego Playstation. W naszej rodzinie (zarówno mojej jak i ciotecznej siostry) ostateczną decyzję o kupnie sprzętu podejmowali ojcowie. Zresztą kto by słuchał wywodów dzieciaka, który wiekowo dobija raptem do połowy podstawówki? Argumentów finansowych również brakowało, bo z kieszonkowego po paru miesiącach wyrzeczeń ledwo dało się odłożyć na oryginalną grę na PC, a co dopiero na nową konsolę. Wspomniana wcześniej siostra cioteczna prosiła swojego tatę, aby przywiózł jej z USA Nintendo 64 wraz z Mario. Ku jej rozczarowaniu, a naszej radości wujek przywiózł konsolę, ale było to PlayStation 1 wraz z Tekkenem 2. Pocztą pantoflową rozniosła się wieść jaki to genialny sprzęt, więc kiedy ja wyprosiłem swoją grową maszynkę jedynym słusznym wyborem wydawała się konsola Sony. Mnie jednak w międzyczasie zainteresował inny sprzęt o którym czytałem w czasopiśmie Secret Service. "Tato, a może byśmy kupili Segę Saturn?" - zaproponowałem. W odpowiedzi usłyszałem mniej więcej "Przestań, jakiś badziew, gry drogie etc." Tak, ojciec już wiedział, że PlayStation 1 da się przerobić i w ten sposób klamka zapadła - albo ta konsola, albo żadna...

Nie mówię, że ostatecznie wyszło źle. Wrost przeciwnie, jestem ogromnie wdzięczny zarówno dla wujka jak i taty, że tak się potoczyła sprawa z moją pierwszą konsolą z prawdziwego zdarzenia (pożyczonego Commodore i własnego Pegasusa nie liczę). Mnóstwo pięknych wspomnień i absolutnie genialnych gier to właśnie PlayStation 1. Choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdyby nie było piratów pewnie człowiek jeszcze bardziej doceniałby poszczególne tytuły. Mimo uwielbienia dla konsoli Sony, gdzieś w tle zawsze towarzyszyła mi Sega Saturn.


Z grami na Saturna zetknąłem się na wielu innych platformach za sprawą konwersji i niestety nigdy nie było mi dane zobaczyć oryginałów w akcji. Czy można czerpać przyjemność z grania w Virtua Fighter 2, którego komputerowa wersja wymagała do płynnego działania Pentium 166 z akceleratorem 3D na wysłużonym Pentium 133 bez akceleratora? Można próbować; mimo słabych tekstur czy animacji oscylującej w okolicach 10-15 klatek bardzo mi się ta gra podobała i tylko wyobrażałem sobie jak to musi hulać na konsoli Segi. 


Innym razem zobaczyłem Ultimate Mortal Kombat 3 na automatach i byłem po prostu oczarowany tą wersją. Pamiętałem, że wychodzi też na Saturna. Moja spiracona, zwykła trójka na PC nijak się miała do tego co zobaczyłem i usłyszałem. W UMK 3 miód po prostu wylewał się z ekranu. Świetna muzyka, ulubieni bohaterowie (których brakowało w MK 3) i w dodatku nowe, piękne tła! Nawet Mortal Kombat Trilogy, które wyszło później praktycznie na każdą platformę i posiadało znacznie więcej postaci, nie potrafiło zatrzeć tego doskonałego obrazu w głowie. 

Jak przez mgłę pamiętam jeszcze Virtua Cop oraz Sega Rally, w które również grało mi się znakomicie, chociaż już nie wiem w jakich okolicznościach - na pewno nie na konsoli. Zdaję sobie sprawę, że te tytuły które wymieniłem nie są może jakieś szczególnie wyrafinowane ale jak byłem dzieckiem to właśnie takie gry interesowały mnie najbardziej.


Intensywnie czytałem konsolową rubrykę Secret Service, gdzie Gulash umiał konkretnie podkręcić zainteresowanie różnymi tytułami. Publikowane były także specyfikacje techniczne i porównania poszczególnych konsol. Jednocześnie nie wydawały się one pod żadnym względem stronnicze - mój konsolowy guru potrafił obiektywnie przedstawić każdą platformę punktując jej wady i zalety. Byłem pewien, że Saturn choć mało obecny w Polsce doskonale radzi sobie za to na bardziej rozwiniętych, światowych rynkach. Prawda okazała się dużo bardziej bolesna, co nie zmienia faktu że Sega Saturn miała bardzo wiele oryginalnych, interesujących gier w które nie miałem jak zagrać. Niestety nikt ze znajomych nie posiadał tej maszynki, dookoła były same PlayStation 1. Cóż mi pozostało... 


Oglądałem więc na Polonii 1 magazyn Escape, a tam co rusz pojawiały się gry na konsolę Segi. Innym razem Tomasz Knapik opowiadał jak jakiś szczęściarz wygrał na Gambleriadzie turniej w Virtua Fighter 2 i tym sposobem zgarnął Saturna. Pamiętam komentarz w stylu "Ciekawe ile trzeba ćwiczyć, aby mieć tak sprawne palce". Chłonąłem to wszystko jak gąbka i ogromnie zazdrościłem. Kątem oka zawsze śledziłem co ciekawego wychodzi na Segę Saturn, a na wyobraźnię konkretnie działały publikowane w gazetach reklamy. Najbardziej sugestywna była ta z ostatniego skanu. Wydawała mi się tak bliska jakby autentycznie pisał ją jakiś nastolatek podjarany nową konsolą. Dosłownie taki kolega z klatki obok. Gdyby tylko był podany adres na pewno byłbym tam natychmiast.


Kiedy jakieś 3 lata temu zacząłem budować od zera swoją kolekcję PlayStation 1, byłem pełen wątpliwości. Nie chciałem kolekcjonować gier dla samego zbieractwa. Chciałem po prostu w nie grać i odkrywać kolejne. Jak się okazało był to świetny ruch, bo mimo upływu czasu te tytuły potrafią mnie przykuć do konsoli o wiele skuteczniej niż współczesne produkcje. A gdyby tak sprawić sobie Segę Saturn i spełnić jedno z ważniejszych konsolowych marzeń... tyle że jakieś 20 lat później?

Witam wszystkich, którzy szukają czegoś w co można pograć we dwoje i spędzić miło czas. Tym razem padło na strzelankę z trybem kooperac...


Witam wszystkich, którzy szukają czegoś w co można pograć we dwoje i spędzić miło czas. Tym razem padło na strzelankę z trybem kooperacji dla dwojga. Oczywiście mowa o Resident Evil V Gold Edition. Gra dosyć stara, ale tu nie o to chodzi. Koniecznym wymogiem do gry dla dwóch osób (przynajmniej dla mnie) jest możliwość ogrania wspólnie z partnerem całej kampanii/przygody itd. Nie lubię pół środków typu specjalne misje dla dwojga, albo zestaw wyzwań, które po chwili zaczynają być powtarzalne i nudne. Capcom zaszalał i dał swój survival horror na dwoje. No bo co może być przyjemniejszego od zabijania zombie? Dobra dobra, wróćmy do początku. Ogólnie, nie jestem fanem strzelanin, a tym bardziej na podzielonym ekranie. Może dlatego, że mam mały telewizor (tylko 32" wstyd!), a może po prostu ciężko znaleźć shootera, który faktycznie stawia mocno na fabułę zamiast typowe "pif paf" i do przodu? Przekonajmy się, zapraszam was do moich wrażeń z Resident Evil V Gold Edition, w którego graliśmy wspólnie z narzeczoną.


Czym właściwie jest Resident Evil? Tego chyba nie muszę tłumaczyć. Jest to jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek w świecie gier, a dodatkowo dorobiła się kilku filmów! Wstyd przyznać, ale był to nasz pierwszy Resident, więc jeżeli chodzi o fabułę to byliśmy zieloni. Coś tam wiedziałem, ale nigdy nie wnikałem (jakiś wirus zaraża ludzi i robią się zombiaki - typowe). Co do samego wydania Residenta V w wersji Gold, poniżej główne różnice w porównaniu do podstawowej edycji:
- dwa dodatkowe scenariusze
- nowy tryb trudności
- nowe grywalne postacie
- nowe kostiumy dla głównych bohaterów
- tryb versus
- wsparcie kontrolerów move

Najbardziej w tym wydaniu podoba mi się pudełko i książeczka, która jest naprawdę napakowana. Nie oszukujmy się w tych czasach puste opakowanie (dają jeszcze płytę!) jest standardem, więc taka instrukcja naprawdę poprawia humor. Na dodatki zbytnio nie zwracałem uwagi przy wyborze wersji; gra jest dosyć stara i można ją wyrwać za małe pieniądze. 
Aż 31 stron do czytania!

OK, pora powiedzieć coś o samym tytule. Resident Evil V dzieje się, w Afryce, więc szykujcie się na piaszczyste tereny i betonowe zabudowy. Wcielamy się w dwójkę agentów - Chrisa oraz Shevę, którzy mają za zadanie skontaktować się z pewnym informatorem. Do reszty sami sobie dojdziecie. Na samym początku można dostać niezłego szoku. Podczas pierwszego uruchomienia, myślałem, że coś jest zepsute, albo ja nie potrafię zmienić ustawień. Gdy wybierzemy tryb kooperacji, gra dzieli ekran horyzontalnie. Niby w tym nic dziwnego, ale co mnie mocno zaskoczyło to w jak sposób to robi. Zamiast zwyczajnie "podzielić" ten skubaniec wpycha po dwóch stronach czarne tło. Oprócz mniejszego ekranu przez podział horyzontalny, mamy więc super mały ekran przez te cholerne paski. Nie da się ich wyłączyć. Będą tam na stałe - jak twierdzą twórcy to daje bardziej kinowy efekt. Spoko, tylko przy moim telewizorku, musieliśmy siedzieć jak za czasów Pegasusa - na podłodze z nosami w telewizorze.
O to te dziadostwo, po co to komu?!

Jeszcze dorzucę do pieca. Sterowanie i poziom trudności. Nie zniechęcajcie się, ale jeżeli to wasz pierwszy Resident to polecam wybrać najłatwiejszy poziom Spokojnie, gra da wam w kość i to nie raz. Strzelać też trzeba się nauczyć, chociaż tutaj to bardziej kwestia przyzwyczajenia do pada (grasz dużo to sobie poradzisz). Fabuła fabuła, czy tam jakaś była? No była, niby nic nie wiedzieliśmy o poprzednich częściach i ich bohaterach, ale bez problemu rozumieliśmy co się dzieje. Mnie tak naprawdę interesowały inne rzeczy...



Strzelanie! Powtarzam się - choć sterowanie było na początku toporne, to potem nie miałem żadnego problemu z wyczuciem gnata. Co do giwer trochę ich dali do wyboru. Od zwykłych pistoletów, dubeltówek, karabinów maszynowych, aż po rakietnice i granatniki. Bardzo fajną opcją jest ulepszanie broni. Za zdobyte skarby i odnalezione nowe pukawki, mogliśmy zmieniać statystyki naszych broni lub kupować nowe. Dużym minusem dla mnie był brak możliwości kupowania amunicji. Hej, ale przecież to survival horror, trzeba oszczędzać naboje! Ja rozumiem, ale jeżeli tak jest to czemu mogę w sklepie kupić broń, potem ją sprzedać, a oprócz kasy dostaję jeszcze trochę amunicji? Nie lepiej było dać opcję zakupu pocisków i pozwolić człowiekowi nacieszyć się tym całym strzelaniem? Przez to bardzo często kończyłem lub zaczynałem misję z pustym magazynkiem. Na szczęście mój partner był bardziej "oszczędny" i nie pakował tyle ołowiu w każdego umarlaka. A ja? No nie mogłem odpuścić, to było bardzo satysfakcjonujące. Odpieranie kolejnych fali tych umarlaków, chociaż momentami szły bez końca - rozum podpowiadał żeby uciekać, ale serce kazało ciągnąć za spust! 


W grze mamy drobne zagadki, które momentami sztucznie wydłużały długość danego etapu. Na szczęście nie było ich dużo i jak szybko się pojawiały, tak szybko znikały. Czasem trzeba było gdzieś podsadzić swego partnera, aby mógł on użyć wcześniej niedostępnego przełącznika. Zaskoczę was, jeżeli powiem, że przeważnie po takim motywie pojawiali się wrogowie? Niestety, pod tym względem Resident nie był mocno "zaskakujący", jednak to pozwalało na lepsze przygotowanie się do walki. Wciąż zdarzało nam się ginąć. Po każdym ukończonym etapie, gra wyświetlała nasze statystyki: ile razy zginęliśmy, ile zombie zabiliśmy, naszą skuteczność/celność i takie tam. Nie powiem, miło widzieć jak nasz postęp idzie w górę w porównaniu do poprzedniego rozdziału. 


Podsumowując, Resident Evil V Gold Edition to całkiem fajna przygoda na wiele wieczorów. Chociaż sterowanie czy poziom trudności mogą sprawiać problem, to całościowy klimat Afryki, wściekłych zombie czy ulepszania ekwipunku potrafi cholernie wciągnąć. Zapomniałbym dodać, każda z postaci ma też białą broń do samoobrony. Nadaje się ona tylko do rozwalania skrzynek z amunicją. Nawet nie marnujcie sobie czasu żeby kogoś nią zabijać. Gra w żadnym wypadku nie jest straszna, ale jako survival horror z zombie trzyma się nieźle. Nie dajcie się zniechęcić przez ten cholerny podział ekranu! Moja narzeczona w ogóle nie była przekonana do tej gry, ale dała jej szansę i po jej ukończeniu bardziej chwaliła niż ja! Wszystkim, którzy chcą tak jak ja postrzelać do czarn.. znaczy zombie, lubią ulepszać bronie i współpracować ze swoim partnerem - polecam!