Diablo III to relatywnie dobry tytuł. Mimo, że spędziłem przy tej grze dobre kilkaset godzin to jednak nie spełniła ona moich oczekiwań. Mo...

Diablo III to relatywnie dobry tytuł. Mimo, że spędziłem przy tej grze dobre kilkaset godzin to jednak nie spełniła ona moich oczekiwań. Może od czasu kiedy triumfy święciło Diablo II wraz z dodatkiem Lord of Destruction po prostu dorosłem? Może już nie potrafię siekać całych rzeszy stworków bez opamiętania, a samo uniwersum nie wzbudza już we mnie tak wielkich emocji jak kiedyś? 


Na początku 2013 roku z pozycją głównego projektanta pożegnał się Jay Wilson, a jego miejsce zajął Josh Mosqueira. Świeża krew bardzo się przydała, bo już w sierpniu Blizzard zapowiedział na Gamescomie pierwszy oficjalny dodatek do Diablo III o podtytule Reaper of Souls. Rozpalił on na nowo nadzieje w sercach fanów, że gra nareszcie może być właśnie taką jaką sobie wymarzyli. Przecież Diablo II przed wydaniem dodatku też dalekie było od ideału. Doskonale to pamiętam.


Kiedy 25 marca zegar wybił godzinę dwunastą nieustraszeni Nefalemowie ponownie wkroczyli do Świata Sanktuarium, aby ratować ludzkość przed niechybną zagładą. Mimo, że mój bohater wydawał się świetnie przygotowany, brutalna rzeczywistość szybko zweryfikowała jego słabe punkty. A ja zamiast obniżyć poziom trudności, z każdą kolejną śmiercią mojej postaci uśmiechałem się i na przekór wszystkiemu brnąłem do przodu. W kilka chwil przekonałem się, że jednak nie wydoroślałem, a Diablo III: Reaper of Souls totalnie mnie wessało! Ocknąłem się dobre kilka dni później, zmęczony... co ja mówię, wypompowany ale za to bardzo szczęśliwy.

Prolog
 

Na wstępie chciałbym pochwalić Blizzarda za przygotowanie serwerów do premiery Reaper of Souls. Doskonale dały sobie radę z natłokiem spragnionych rzezi i legendarnych przedmiotów graczy, którzy już od północy szturmowali Zachodnią Marchię. Nie ma nic gorszego kiedy czekamy z przyjaciółmi o godzinie zero; jest gorąca pizza i schłodzone piwko, a gra nie działa. Firma wyciągnęła wnioski ze swoich poprzednich premier, w tym także podstawki Diablo III i tym razem wszystko przebiegło bez przeszkód. Mało tego, podczas premierowej nocy nie uświadczyłem ani jednego laga.


Fabułę dodatku da się właściwie streścić w jednym zdaniu. Kamień Dusz został skradziony przez Anioła Śmierci - Maltaela który jak przystało na tego prawdziwego złego - chce doprowadzić do zagłady ludzkości. Naszym zadaniem jest temu zapobiec co nie będzie łatwym zadaniem. W miarę postępów odkryjemy, że nawet w obliczu zagłady ludzie nie potrafią się zjednoczyć a Zachodnie Królestwo trawią wewnętrzne wojny i konflikty. Zadania poboczne w Reaper of Souls tworzą mroczną atmosferę w większości przypadków pokazując bezsilność mieszkańców wobec wszechogarniającego świat zła. Jest ich naprawdę wiele, a szczególnie podobało mi się, że Blizzard rozbudował je w stosunku do oryginału. Zaledwie kilka dialogów więcej między postaciami zdecydowanie wpływa budująco na klimat gry.

Gramy!


Nie jest tajemnicą, że Reaper of Souls jest dużo trudniejsze od podstawki. W każdym razie dla nas już nie było, kiedy okazało się że nasze wykoksane postacie giną na każdym kroku dziurawione przez szkieletowych łuczników i masakrowane przez służebnice śmierci. Byłbym zapomniał, w międzyczasie egzekutorzy wyssali nasze dusze. Przesunięcie suwaka poziomu trudności z Udręki II na Udrękę I zaowocowało poprawą, choć nadal gra była wymagająca. 


Potęgę i niszczycielską moc Maltaela widać na każdym kroku. Nieraz przyjdzie nam patrzeć na tragedie mieszkańców Zachodniej Marchii, a także ratować tych których się da z opresji. Warto zwiedzać wszystkie miejscówki, nawet te nie związane z głównym wątkiem. Prawie każda z nich ma swoją historię do opowiedzenia poprzez znalezione księgi czy też dialogi z napotkanymi postaciami. Płonące wille, nawiedzone magazyny, splądrowane mieszkania czy wypełnione zwłokami tunele robią naprawdę duże wrażenie.


Potwory, które spotkamy na swojej drodze tylko czekają, aby pozbawić życia nasze ukochane postacie. Są przy tym bardziej inteligentne. Szkielety nauczyły się robić krok w tył, w celu uniknięcia ciosu natomiast nowi przeciwnicy chętnie atakują w grupach wzmacniając umiejętności swoich pobratymców. Bestiariusz Zachodniej Marchii jest bogaty i nie sposób odmówić ekipie Blizzarda pomysłowości. Walki z największymi złymi są wymagające, a pokonanie takiego Uzraela - nawet za dziesiątym razem sprawia wielką satysfakcję. Nie jest to oczywiście poziom bossów rodem z World of Warcraft, ale i tak sieją oni zniszczenie wśród Nefalemów. Trzeba kilka razy zginąć, aby nauczyć się poszczególnych walk. Można oczywiście obniżyć poziom trudności, ale czy jest to czyn godny prawdziwych bohaterów?

Najświetniejszy z najświętszych


Nie pytajcie mnie czym się różni Krzyżowiec od Paladyna. Może tym, że jest bardziej niż ktokolwiek związany ze swoją tarczą? To znaczy, może się z nią rozstać, ale stracimy w ten sposób wiele profitów zapewnianych przez umiejętności. Bez wątpienia jest to świetna postać, jak dla mnie znacznie bardziej dynamiczna niż Mnich czy Barbarzyńca. I choć nie ma 30% redukcji obrażeń to z pewnością może robić zarówno za prawdziwego "tanka" jak i zadawać konkretne obrażenia. Drzewko jego umiejętności jest bardzo różnorodne; znajdziemy tam wiele umiejętności: od skupiających potwory na naszej postaci, poprzez inkantacje - wpływające na naszych sojuszników, a skończywszy na prawdziwie niszczycielskich mocach. 


Krzyżowiec jest też jedyną postacią która może nosić dwuręczną broń i tarczę. Okupione jest to jedynie nieco wolniejszym poruszaniem się, ale ten brak można skutecznie uzupełnić przedmiotami czy punktami mistrzowskimi. Możemy też przywołać rumaka, dzięki któremu możemy przez te kilka sekund poruszać się znacznie szybciej. Jeśli komuś brakowało Paladyna z Diablo II; tęsknicie za latającymi świętymi młotami i gromami z niebios - z otwartymi ramionami powitacie Krzyżowca. To naprawdę diabelnie skuteczna i przy tym bardzo widowiskowa postać.


A co z naszymi dawnymi bohaterami? W związku z tym, że w Reaper of Souls możemy awansować na 70 poziom doświadczenia każda z klas otrzymała jedną nową umiejętność aktywną oraz trzy pasywne. Ooo tak, mój Szaman uwielbia topić wrogów w stawie z piraniami! 

Wieszczka i pozostali rzemieślnicy

Wprowadzenie wieszczki o wdzięcznym imieniu Myriam to absolutnie strzał w dziesiątkę. Zdarzało Wam się, że wypadł praktycznie idealny przedmiot gdyby tylko nie jeden mały feler? Teraz w każdej rzeczy można przerobić jeden, niechciany bonus - ogranicza Was tylko ilość esencji i zasobność portfela. Jest oczywiście kilka haczyków; nie każdą właściwość można wylosować i każda kolejna przeróbka tego samego przedmiotu kosztuje coraz więcej złota. Skorzystanie z tej zdolności powoduje także przypisanie rzadkiego przedmiotu do konta naszej postaci. 


Dzięki Myriam możemy także zafundować naszym przedmiotom wizualny lifting. Na pewno znaleźliście kiedyś świetny przedmiot, ale jednocześnie wyglądający tak paskudnie że szkoda było nim szpecić postać. Wieszczka może zmienić wygląd danej rzeczy na dowolny zwykły lub nawet określonej legendarki (jeśli posiadamy takowe w naszej kolekcji). Sami więc widzicie, że Myriam to bardzo przemyślana i przydatna postać, na pewno nie dodana na siłę. 


Osobny akapit warto poświęcić naszym dawnym, wysłużonym rzemieślnikom - kowalowi i złotnikowi. Otrzymali oni mnóstwo nowych, potężnych przepisów wymagających specjalnych materiałów. Zarówno receptury jak i składniki można znaleźć polując na określone kreatury ze Świata Sanktuarium. Zanim ubierzemy w te unikatowe zestawy naszą postać upłynie z pewnością wiele czasu. Nie wiem jak Wy, ale ja z pewnością przetrząsnę każdą szczelinę w poszukiwaniu potrzebnych składników!

Tryb przygodowy czyli Zlecenia i Szczeliny Nefalemów


Tryb przygodowy jest tym czymś, czego zdecydowanie brakowało podstawce Diablo III. Dostępny po ukończeniu kampanii, prawdziwy pożeracz czasu i jednocześnie sowicie wynagradzający nas za trudy podejmowanych wyzwań. Po pojawieniu się na mapie możemy wykonać szereg zadań, po 5 na każdy akt. Może to być ubicie określonego potwora, oczyszczenie określonego poziomu ze sługusów zła czy też obrona konkretnej miejscówki. Zleceń jest całe mnóstwo i są one za każdym razem generowane losowo. Za ich wykonanie jesteśmy nagradzani, złotem, krwawymi odłamkami, fragmentami klucza szczeliny i doświadczeniem, a jeśli uda nam się zrobić je wszystkie - Tyrael dorzuci nam skrzynię ze skarbem. Mogą się w niej znajdować klejnoty, przedmioty rzadkie, a nawet legendarne. 


Kiedy uzbieramy wystarczająco dużo fragmentów kluczy możemy stworzyć szczelinę, w której czeka na nas mnóstwo wymagających potworów i czempionów umiejscowionych praktycznie jeden na drugim! W walce z nimi pomagają nam nietypowe kapliczki dające chwilową nieśmiertelność czy zwiększające obrażenia naszych bohaterów o 400%. Po wybiciu określonej ilości maszkar pojawia się ostateczny boss, który rzuca mnóstwo ciekawych rzeczy, a także krwawe odłamki. Najważniejsze, że nie ma już sytuacji kiedy gramy pięć godzin i nie wypada żaden przedmiot legendarny. Teraz siadając nawet na godzinkę mamy duże szanse znaleźć coś interesującego.


Krwawe odłamki możemy natomiast wykorzystać do kupna przedmiotów u Kadali. Posiada ona sprzęt, którego właściwości nie znamy dopóki nie zdecydujemy się na zakup. Trafiają się głównie przedmioty rzadkie i ponoć legendarki, choć dotychczas nie miałem tyle szczęścia. Tym sposobem historia zatacza koło i hazard wraca do gry.

Grafika i udźwiękowienie


Diablo III nigdy nie było nastawione na graficzne fajerwerki i ogólnie rzecz biorąc w dodatku niewiele się zmieniło. W piątym akcie dominuje mroczna, gotycka stylistyka. Oprócz skąpanego w ogniu miasta, zwiedzimy także spowite mgłą krwawe moczary, krypty, okoliczne pustkowia i Fortecę Pandemonium. Poza różnorodnymi sceneriami cieszą oko także przepiękne tła. Warto się czasem na chwilę zatrzymać by się im dokładniej przyjrzeć. Gra śmiga płynnie poza jedną lokacją - Przejściem Rakkisa w III akcie. Już w podstawce było kiepsko, a w Reaper of Souls momentami animacja spada w tym miejscu do 5 klatek. Staram się omijać to miejsce szerokim łukiem, bo nie wierzę że Blizzard jeszcze coś zdziała w tej kwestii. Oni sami chyba nie wiedzą w czym tkwi problem. 


O dźwiękach nie będę się rozpisywał, bo wszystko jest tutaj na swoim miejscu. Chrzęst stali i jęki nieszczęśników złowrogo płyną z głośników potęgując pozytywne wrażenia z rozgrywki. Polski dubbing jak to w produkcjach Blizzarda wypada bardzo dobrze i gra nic a nic nie traci przez to na swoim klimacie. Tym razem to muzyka zwróciła bardziej moją uwagę. W Reaper of Souls poszczególne instrumenty są dużo bardziej wyeksponowane. Wyraźnie słychać skrzypce czy instrumenty dęte, które stopniują narastające napięcie po to by w kulminacyjnym momencie przejść w delikatny, chóralny śpiew kojący naszą duszę. Pięknie zostały też wkomponowane dzwony, a uderzenia w gong nieraz powodowały u mnie ciarki na całym ciele. Ścieżka dźwiękowa jest absolutnie genialna, jedna z najlepszych jakie słyszałem przez ostatnie kilka lat w grach video.

Werdykt



Na właśnie takie Diablo III czekałem!!! Jeśli jeszcze choć przez chwilę zastanawiacie się czy warto wydać stówę na ten dodatek to nie róbcie tego ani chwili dłużej. Reaper of Souls to lekarstwo na wszystkie bolączki podstawki, jest dokładnie to czym było Lord of Destruction dla Diablo II. Mało która gra przykuła mnie do monitora na tak długi czas, przerywany jedynie litrami kawy i kilkoma godzinami snu. Przejście V aktu Szamanem zajęło mi około 10 godzin, ale zaznaczam że starałem się zwiedzić wszystko co się dało i delektowałem się każdym jego aspektem. Krzyżowiec, mnóstwo ciekawych przedmiotów legendarnych, Zlecenia i Szczeliny Nefalemów to natomiast kolejne powody aby nie odchodzić od gry przez kolejne kilkadziesiąt (kilkaset?!) godzin. Blizzard tym razem praktycznie w każdym aspekcie pokazał klasę i przywrócił mi wiarę w to wspaniałe uniwersum. A czy Wasi bohaterowie są gotowi zmierzyć się ze śmiercią? Jeśli tak to dobrze Wam radzę, przed zainstalowaniem Diablo III: Reaper of Souls weźcie kilka dni urlopu.

OCENA 
10/10

Zalety:
- piękny, mroczny i nostalgiczny akt V
- wiele zadań pobocznych
- mistrzowska muzyka
- polski dubbing
- krzyżowiec i wieszczka
- nowe umiejętności dla pozostałych klas postaci
- wysoce konfigurowalny poziom trudności  
- zróżnicowane, bardziej inteligentne monstra 
- mnóstwo nowych zestawów, przedmiotów legendarnych i ich wyjątkowych właściwości 
- usprawniony "drop"
- tryb przygodowy; Zlecenia i Szczeliny Nefalemów

Wady:
- animacja lubi chrupnąć w Przejściu Rakkisa 
- poza filmem wprowadzającym słabsze przerywniki niż w podstawce

Grałem na:

Intel Core i7 3770K 3,5GHz @ 4,2GHz

Asus GeForce GTX 670 2048MB DDR5/256bit

Corsair Vengeance 2x4GB DIMM 1600MHz DDR3

25 marca to dzień premiery jakże wyczekiwanego dodatku do Diablo III , niestety póki co jedynie w wersji na blaszaki. Zaledwie przed chwilą ...

25 marca to dzień premiery jakże wyczekiwanego dodatku do Diablo III, niestety póki co jedynie w wersji na blaszaki. Zaledwie przed chwilą odebrałem "jeszcze ciepłą" Edycję Kolekcjonerską Reaper of Souls i z wielką chęcią ją dla Was rozpakuję. 

Diablo III: Reaper of Souls - prezentacja Edycji Kolekcjonerskiej (unboxing)


Opakowanie dodatku jest prawie takiej samej wielkości co kolekcjonerka podstawowej wersji gry. Pudło od Reaper of Souls jest zaledwie 1cm wyższe. Będzie się świetnie prezentowało na półce.



 A co się kryje w środku?


Płyta CD z pełną ścieżką dźwiękową Diablo III: Reaper of Souls. Miałem już okazję usłyszeć próbkę i wierzcie mi - muzyka zawarta w grze jest warta przesłuchania nie tylko jako dodatek podczas siekania kolejnych hord potworów. 



Kulisy produkcji na DVD i Blu-Ray, czyli masa ciekawostek w postaci różnorakich nagrań oraz wywiadów z twórcami. 


Pudełko, płytka dvd z grą, instrukcja, a także 3 ulotki z kluczami. Dla mnie najbardziej warte uwagi są trzy darmowe paczki kart do Blizzardowskiej karcianki - Hearthstone, które na pewno wykorzystam.


Wielokrotnie chwaliłem Blizzarda za niesamowite artbooki i zrobię to także w tym przypadku. Skoro firma ma w swoich szeregach tak niesamowicie utalentowanych ludzi to dlaczego by nie pochwalić się ich pracami? W dodatku w tak pięknej oprawie...




Podkładka pod mysz z wizerunkiem Anioła Śmierci, Maltaela. Nadal nie jest to produkt z najwyższej półki, ale śmiem twierdzić że jego jakość poprawiła się od czasów Starcraftowej kolekcjonerki rozpakowanej jakiś czas temu na blogu. Nadruk wygląda znacznie lepiej w stosunku do nieco bladego poprzednika.


Dodatki cyfrowe:

- widmowy ogar, towarzysz do Diablo III

- trzy wyjątkowe skórki hełmów, które możemy wykorzystać w transmogryfikacji,


- unikatowe skórki do oręża, dzięki którym możemy upodobnić się do Maltaela,

- goblin skarbnik, towarzysz do World of Warcraft,

- kilka portretów oraz zdobień do Starcrafta II

Na deser Edycja Kolekcjonerska Diablo III: Reaper of Souls w całej okazałości 
 

Mimo, że Blizzard nie dorzucił do zestawu żadnych zbieraczy kurzu w postaci figurek to i tak jestem tą kolekcjonerką bardzo usatysfakcjonowany. Jesteście ciekawi jak prezentuje się w akcji sam dodatek i jakie wprowadza zmiany? Recenzja już wkrótce. Teraz wybaczcie, idę ratować świat przez Aniołem Śmierci!

Trzecia część moich wrażeń z użytkowania konsoli praktycznie w całości poświęcona jest kamerze do PlayStation 4 . Urządzenie kosztuje ponad...

Trzecia część moich wrażeń z użytkowania konsoli praktycznie w całości poświęcona jest kamerze do PlayStation 4. Urządzenie kosztuje ponad 250 złotych i pewnie wielu z Was zastanawia się czy warto już teraz wydać na nią ciężko zarobione pieniądze.


Nie będę się rozwodził nad specyfikacją techniczną, którą możecie znaleźć w tym miejscu. Design zmienił się dość znacznie od czasów poprzedniej generacji. Nareszcie otrzymaliśmy gadżet, który można bez obaw postawić w salonie i którego nie trzeba chować po skończonej zabawie bo wygląda jakby był z poprzedniej epoki. Nowa kamerka to elegancki, wąski prostokąt który świetnie komponuje się z PlayStation 4, padami czy nawet resztą naszego kina domowego. 

 Raz, dwa... Czy mnie słyszysz, PlayStation 4?


Po podłączeniu kamery do dedykowanego portu AUX w konsoli zyskujemy dwie nowe funkcjonalności. Pierwsza z nich to możliwość cyknięcia sobie fotki (właściwie kilku) i automatycznego logowania określonego profilu na podstawie rozpoznanej twarzy. Mimo, że ostrość tych zdjęć przy słabym oświetleniu pozostawia trochę do życzenia to sama opcja działa bez zastrzeżeń. W skrócie: odpalamy konsolkę, ładnie się uśmiechamy i już jesteśmy zalogowani. 


Druga ciekawa rzecz to możliwość wydawania niektórych poleceń głosowych (tylko w języku angielskim). Oprócz standardowych komend odpowiadających za wyłączenie konsoli, czy powrót do ekranu startowego możemy wybrać sobie tytuł, w który chcemy w danej chwili zagrać. O ile ze standardowymi poleceniami kamera PlayStation 4 radzi sobie znakomicie to z grami zdarzają się drobne wpadki. Powiedziałem Outlast, a konsola uparcie w to miejsce wybierała Contrast, natomiast na dźwięk słów Tomb Raider pozostawała zupełnie obojętna. Kto wie, może nie przepada za Larą Croft, albo co bardziej prawdopodobne - trzeba poczekać na kolejną aktualizację oprogramowania. 

PlayRoom, czyli inwazja robotów w naszym salonie


PlayRoom to darmowa aplikacja dostępna jedynie dla posiadaczy PlayStation 4. Jest ona bez wątpienia ciekawą demonstracją, która w zabawny sposób pokazuje możliwości zarówno kamery jak i Dual Shocka 4. Możemy wybierać spośród trzech mini gier. Pierwsza z nich pozwala zasypać (dosłownie) nasz salon sympatycznymi przybyszami z innej planety. Marsjanie (?) są oczywiście interaktywni; reagują na nasze ruchy, przyglądają się nam, uciekają itp.


Druga opcja pozwala pobawić się z jednym, ale za to bardziej uzdolnionym robotem - Asobi'm i wierzcie mi... lepiej nie próbujcie go wkurzać ;) Trzecia mini gra to tenis w stylu starego dobrego ponga, tyle że z użyciem pada możemy nieco "naginać" planszę do swoich potrzeb. Kto wygra 7 meczów może otworzyć szampana i w euforii zalać cały stadion... znaczy salon. Efekciarskie, przynajmniej za pierwszym razem.

Hey! You Wanna Dance?

W tej chwili nie ma zbyt wielu gier obsługujących kamerę PlayStation 4. Dosadniej mówiąc jest jedna, Just Dance 2014. Mimo dość leniwego, dzisiejszego nastroju, zatańczyłem (w każdym razie można tak powiedzieć) całe trzy utwory. 


Gra zawiera 47 radiowych hitów w rytm, których możemy gubić kalorie, zmagać się z coraz trudniejszymi układami czy rzucić wyzwanie taneczne komuś z drugiego końca świata. Muszę przyznać, że kamera całkiem sprawnie wykrywa ruch i rejestruje nasze wygibasy. Myślę, że spokojnie dorównuje pod tym względem do Xbox'owi 360 i jego Kinectowi. Tańczyłem solo, więc nie wiem niestety jak sprzęt radzi sobie z choreografią dla kilku osób (niektóre kawałki taką zawierają). W przypadku imprez, niuanse przestają mieć znaczenie, a wasi goście na pewno docenią wolność gry bez potrzeby wspierania się PlayStation Move. Myślałem że padnę ze śmiechu wyginając się przy kawałku z Ghostbusters. Ooo tak, w Just Dance 2014 układy taneczne są bez wątpienia zrobione z jajem!

Kupować czy się wstrzymać?

Kamerę jeszcze bardziej niż samo PlayStation 4 trapi jedna bolączka - mały wybór gier, a właściwie jego brak. Nie zrozumcie mnie źle... sprzęt naprawdę ma swoje zalety, a jego możliwości zapowiadają się obiecująco. Moim zdaniem warto jednak jeszcze zaczekać, a kasę można śmiało zainwestować w drugiego pada, albo w jakieś ciekawe tytuły. Lada dzień pojawią się przecież Infamous: Second Son i prolog do Metal Gear Solid V: Ground Zeroes.


Tym sposobem napisałem Wam już wszystko co przychodziło mi do głowy w kwestii PlayStation 4 i akcesoriów. Czas więc na końcową konkluzję. Czy jestem zadowolony, że kupiłem konsolę w dniu premiery? Oczywiście, że tak! Miałem sporo czasu, żeby dogłębnie poznać sprzęt, dostrzec jego wady i zalety, a także porównać wydajność w wydanych już tytułach z PC. Przed nami wiele znakomitych gier i jestem pewien, że wysyp perełek zacznie się już w tym roku. 

PlayStation 4 delikatnie mówiąc nie rozpieszcza fanów czterech kółek. Polyphony Digital nieśmiało przebąkuje o Gran Turismo 7 , Project Ca...

PlayStation 4 delikatnie mówiąc nie rozpieszcza fanów czterech kółek. Polyphony Digital nieśmiało przebąkuje o Gran Turismo 7, Project Cars wjedzie na nasze salony najszybciej pod koniec roku, a prace nad znakomicie zapowiadającym się DriveClub'em - zgodnie z wczorajszymi doniesieniami wróciły do punktu wyjścia. Póki co szybkimi furami możemy więc pośmigać jedynie w Need For Speed: Rivals

Korzystając z okazji, że gra wpadła w moje ręce napiszę dla Was kilka słów na jej temat. Czy ta eksploatowana do granic możliwości marka może czymkolwiek pozytywnym nas zaskoczyć? Okazuje się, że jak najbardziej tak!


Rozgrywka

Need For Speed: Rivals to kolejna wariacja w temacie kierowców wyścigowych i stróżów prawa, tym razem od Ghost Games. Studio oddało do naszej dyspozycji malownicze miasto Redview County, a w nim kilkadziesiąt wydarzeń w których możemy wziąć udział. Gra umożliwia zabawę zarówno z żywymi jak i komputerowymi przeciwnikami. Dzięki systemowi AllDrive nic nie stoi na przeszkodzie aby płynnie przeskakiwać między rozgrywką sieciową, a tą dla pojedynczego gracza. W zasadzie od razu po odpaleniu gry, kiedy mamy wszystko skonfigurowane jesteśmy wrzucani na mapę miasta po której poruszają się już inni kierowcy.



Dwie ścieżki karier... Nie będę ściemniał, lepiej mi idzie ucieczka niż ściganie piratów drogowych opiszę więc rozgrywkę właśnie z tej perspektywy. Możemy wybierać między klasycznym wyścigiem, ściganiem się z policją na karku, zwykłą czasówką czy też trybem w którym musimy po prostu jak najszybciej zwiać z przed nosa gliniarzom. Pomyślne ukończenie danej imprezy nie wiąże się z sukcesem, bo zebraną kasę trzeba jeszcze dowieźć do kryjówki. Dopiero wtedy możemy ją wykorzystać na zakup nowego autka, poprawienie jego osiągów, tuning wizualny i ulepszenia bardzo przydatne w starciu z policją czy też pozostałymi graczami.


Fabuła nie ma tu większego znaczenia, a właściwie sprowadza się ona do kilku przerywników filmowych. Aby awansować na kolejny poziom musimy wykonać jedno z trzech zadań, zależnie od trybu rozgrywki jaki preferujemy. Może to być przykładowo drift, eliminacja przeciwników czy użycie określonej ilości wspomagaczy na drodze. Wyższy poziom daje nam możliwość zakupu nowych samochodów i wzięcia udziału w kolejnych imprezach.


Do pomiaru czasów z poszczególnych wyścigów zdążyliśmy się już przyzwyczaić. A co powiecie na to że nawet rozstawione na mapie fotoradary klepią nam fotki i porównują prędkość z naszymi znajomymi? Bezapelacyjnie te wszystkie elementy motywują do dalszej gry, przekraczania kolejnych granic i bicia kolejnych rekordów. 

Hey Porsche!

Oprawa wizualna może nie jest jeszcze tym czego oczekuję od nowej generacji, ale prezentuje ona więcej niż przyzwoity poziom. W autkach zadbano o detale i każda zmiana felg, malowania karoserii czy nawet rodzaju lakieru wpływa  pozytywnie na ich unikalność. 

 
Warto zaznaczyć, że po 11 latach nieobecności do Need For Speed'a wróciła marka Ferrari. Uszkodzenia samochodów choć wizualnie są niezłe to jednak nie wpływają one zbytnio na model jazdy. Poszczególne wyścigi oczywiście różnią się od siebie krajobrazami; mkniemy przez lasy, bezdroża, kaniony i małe miasteczka. Wszystko to okraszone zmiennymi warunkami atmosferycznymi, które wyglądają dość okazale, ale podobnie jak uszkodzenia - minimalnie wpływają na rozgrywkę. Co nie zmienia faktu, że frajda z jazdy i pokonywania kolejnych kilometrów jest ogromna. Czuć przede wszystkim prędkość i moc jaka drzemie w poszczególnych furach. Sama gra działa płynnie i nawet jeśli na ekranie pojawiało się więcej aut to nie zanotowałem znaczących spadków animacji.


Muzyka obecna w grze to właściwie kompilacja najnowszych hitów do których Electronic Arts zdążyło już nas przyzwyczaić. W każdym razie słysząc znajome dźwięki z przyjemnością dociskałem pedał gazu w moim żółtym Porsche 911. Policyjne gadki, ryk silników, odgłosy zderzeń i giętej blachy trzymają wysoki poziom i niewiele jest tutaj do poprawki. 

 Szybcy i wściekli

Tacy właśnie są... gliniarze z Redview County. Z jednej strony dobrze, bo stanowią wyzwanie, ale z drugiej strony po ciężkim dniu pracy przydałaby się czasem opcja ich wyłączenia. Nie jest to może wyraźna wada gry, ale po którymś z kolei, nieudanym dowiezieniu kasy do kryjówki przechodzi ochota na dalszą zabawę.


Do gry w Need For Speed: Rivals dobrze jest mieć zgraną paczkę znajomych. A to dlatego, że wszyscy gracze aby rozegrać wspólny wyścig muszą pojawić się na mapie i dojechać do określonego punktu. Wiadomo, że w publicznej rozgrywce zawsze znajdą się jacyś niezdyscyplinowani osobnicy których trudno namówić do wspólnych zmagań. Nawet z pomocą wbudowanego, głosowego czata. Mimo wszystkich zalet AllDrive, brakuje po prostu opcji włączenia wyścigu, do którego gra wrzuci automatycznie wszystkich uczestników sesji.

Dla niektórych wadą może też być model jazdy, który jest typowo zręcznościowy. Warunki atmosferyczne i uszkodzenia mają jakiś tam minimalny wpływ na komfort prowadzenia naszego pojazdu, ale graniczy to w zasadzie z czystą kosmetyką. 

Warto?



Jeżeli szukacie wyścigów z realistycznym modelem jazdy, idealnie odwzorowanymi uszkodzeniami i warunkami atmosferycznymi dynamicznie oddziałującymi na prowadzony samochód to Need for Speed: Rivals Was rozczaruje. To nie jest kolejna Forza czy Gran Turismo. Jeśli natomiast lubicie ścigałki o charakterze bardziej zręcznościowym, z domieszką losowości i nutką adrenaliny to gorąco zachęcam abyście dali szansę właśnie tytułowi Ghost Games. Skrzyknijcie znajomych, rozsiądźcie wygodnie na swoich kanapach, podkręćcie dźwięk i czerpcie przyjemność z osiągania niebotycznych prędkości, wygranych pojedynków i pościgów. Ja ostatni raz bawiłem się tak dobrze przy Need For Speed: Hot Pursuit.

Druga odsłona powinna właściwie nazywać się "wrażeniami z użytkowania akcesoriów" jako, że tym razem chciałem podzielić się z Wami...

Druga odsłona powinna właściwie nazywać się "wrażeniami z użytkowania akcesoriów" jako, że tym razem chciałem podzielić się z Wami opiniami na temat peryferiów do PlayStation 4. Jak sprawuje się DualShock 4? Co jeszcze warto dokupić ze sprzętu dedykowanego konsoli Sony? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdziecie w poniższym tekście.


DualShock 4 

Moje dość wysokie oczekiwania wobec nowego kontrolera były uzasadnione. Nie ma się co dziwić, w końcu jest to rzecz z której korzystamy najczęściej i obok konsoli jest ona najbardziej eksploatowana. W końcu po wielu wielu latach Sony zdecydowało się na bardziej radykalne zmiany niż tylko czystą kosmetykę. Obiecywano wyższą ergonomię, ciekawe zastosowania wbudowanego głośniczka, panel dotykowy i wiele innych. Jak wyszło w praktyce?


DualShock 4 jest wygodny i nie ma co do tego wątpliwości. Pad jest wyraźnie cięższy i leży w dłoni znacznie lepiej niż jego poprzednik. W końcu przy graniu np. w wyścigi palec nie zsuwa się ze spustów. Także nowe analogi są bardzo precyzyjne co z kolei ułatwia życie w strzelankach. Układ przycisków jest niemal bliźniaczo podobny do tego jaki mieliśmy w DualShocku 3, także przesiadka na nowszy sprzęt nie wymaga wielu godzin treningu. Dobre wrażenie robi Touchpad, chociaż z drugiej strony szkoda że nie wszyscy producenci decudują się zaimplementować do swoich tytułów jego obsługę. Wierzę, że zarządzanie dronem w Killzone: Shadow Fall choć jest niezłe to nie jest szczytem możliwości tego dotykowego panelu. Jestem niezmiernie ciekaw jak ten patent wykorzysta Blizzard w swoim Diablo III. Przyjemne dla ucha są dźwięki wypluwane przez głośniczek Dual Shocka 4. Choć początkowo nie byłem pewien do czego ma to służyć to teraz z całym szacunkiem stwierdzam, że ten mały detal zdecydowanie lepiej pozwala się wczuć w atmosferę danego tytułu.


Jak widać większą część obietnic udało się zrealizować, niestety gdzieś po drodze Sony zawaliło kilka rzeczy. Po pierwsze bateria DualShocka 4 trzyma naprawdę krótko. Mimo, że nie gram ostatnio zbyt dużo to kiedy już przysiądę do konsoli nie mogę się oprzeć wrażeniu że pada muszę ładować praktycznie podczas każdej sesji. 4-5 godzin to stanowczo za mało chociażby w porównaniu do padów konsol poprzedniej generacji. Na kontrolerach od Xboxa 360 czy Dual Shocku 3 można było pograć dwa razy dłużej bez potrzeby podpinania ich do źródła zasilania. Druga rzecz to tandetnej jakości guma, którą obłożone są analogi. Trudno uwierzyć, że w padzie za 250 złotych po miesiącu użytkowania gałki wyglądają jakby ktoś dłubał w nich paznokciami.  


Zdarzają się też problemy z zacinającymi się przyciskami L1 i R1, jednak w większości przypadków daje się to naprawić w warunkach domowych. Oczywiście można i nawet trzeba takiego pada reklamować. Sony rzekomo nie robi problemów z wymianą. Jestem tylko ciekaw jak kalkulują się pozorne oszczędności w stosunku do obecnych kosztów ponoszonych przez firmę z tytułu gwarancji. Nie mówiąc już cennym czasie konsumentów. Wspomnę jeszcze o braku możliwości wyłączenia diody odbijającej się w telewizorze czy niewygodnym umiejscowieniu przycisku "Share", którego nie sposób nacisnąć bez rozpraszania uwagi. Tym sposobem kilka prób zrobienia dobrego zrzutu z ekranu gry skończyło się dla mojego bohatera tragicznie. 

Stacja ładująca do DualShocka 4


Jeśli nie chcemy za każdym razem podpinać pada do konsoli w celu ładowania możemy dokupić dedykowaną stację dokującą Sony. Kontrolery kładziemy wtedy na specjalnych widełkach wpinanych do portu znajdującego się obok wyjścia słuchawkowego. Bardzo użyteczne urządzenie, szkoda tylko że jednocześnie uszczupli nasz portfel o 150 złotych.

Podstawka do PlayStation 4


Na przekór malkontentom miałem ambitne plany wobec tej podstawki. Konsolka postawiona pionowo, wspaniale prezentująca się w salonie... czyż nie brzmi pięknie? Pomyślałem że skoro Sony życzy sobie za tę podstawkę około 100 złotych to na pewno jest solidna. Niestety moje PlayStation 4 w ogóle nie chciało się trzymać tego plastiku. Nawet po kilku próbach przekręcenia kółeczka mocującego od spodu widać było wyraźne luzy między konsolą, a tym pseudo piedestałem. Poprawa stabilności? Nie stwierdzono... Być może trafiłem na jakiś wadliwy egzemplarz, ale tego nie chciałem już ponownie sprawdzać. Zwróciłem podstawkę do sklepu.

Słuchawki Wireless Stereo Headset 2.0


Nowe, bezprzewodowe słuchawki Sony pojawią się w sklepach około 10 lutego. Zaoferują dźwięk 7.1 i kompatybilność przede wszystkim z PS4, a także z PS3, PS Vita i komputerami. Cena? Mniej więcej 90 euro. Ciężko powiedzieć czy warto je kupić, bo mamy także kilka alternatywnych rozwiązań. Od wczoraj dzięki łatce 1.60 możemy nareszcie korzystać z headsetów od PS3 również na PlayStation 4. Ponadto w DualShocku 4 mamy przecież port pozwalający podłączyć praktycznie każde słuchawki na kablu. 

Na tym kończymy część drugą, która wyszła nieco dłuższa niż planowałem. Jak słusznie zauważyliście zabrakło kamerki dla której jednak poświęcę oddzielny wpis... naturalnie jak tylko wydobędę ją z czeluści kartonowego pudełka i gruntownie przetestuję. Przyda się także małe podsumowanie. Do przeczytania wkrótce w części 3!