Odkładanie kasy w końcu dało pozytywny efekt i pewnego, pięknego dnia wręczyłem Ojcu całą uzbieraną sumkę. Było to około 140 złotych - kupa...

Odkładanie kasy w końcu dało pozytywny efekt i pewnego, pięknego dnia wręczyłem Ojcu całą uzbieraną sumkę. Było to około 140 złotych - kupa kasy jak dla małolata. Nie chciałem nawet przeliczać ile wyszłoby za to puszek pepsi, batonów, albo kredytów na automatach.

Cały dzień biłem się z myślami. Czy na pewno tata kupi oryginalną grę? Czy w ogóle będzie w sklepie? I czy się bezproblemowo zainstaluje? Na te wszystkie pytania miałem poznać odpowiedź już wkrótce, gdy w niedzielne popołudnie ojciec (po powrocie z Warszawy) wręczył mi duże, czarne pudło. Było ono okraszone piękną grafiką; przód zdobiła trójkolorowa tarcza z emblematem lwa, a na górze widniał wyryty złotymi literami napis: Heroes of Might and Magic II: The Succession Wars. Z tyłu były umieszczone obrazki z gry, uzupełnione jej zaletami i krótką historią. W dolnej części widniały wymagania sprzętowe, które mój ówczesny komputerek idealnie spełniał. Tata spisał się ma medal.


Okładka pudełka Heroes of Might and Magic II: The Succession Wars

A co było w środku? W pudle znajdowały się:  

- dwie płyty; jedna z właściwą grą i druga ze spolszczeniem wraz z dodatkowymi mapkami,

- gruba instrukcja zawierająca mnóstwo przydatnych informacji zarówno o tym jak grać jak i opisy struktur czy stworzeń napotykanych w grze,

- rozkładana ulotka z drzewkami rozwoju zamczysk i szczegółowe statystyki wszystkich jednostek wraz z ilustracjami,

- karta rejestracyjna.

  

Byłem wniebowzięty, bo nareszcie mogłem wszystko zrozumieć, a nie grać po omacku jak w pierwszą część herosów. Każdy pojedynczy element został przetłumaczony na język polski; w grze co prawda tylko napisy ale i tak był to ogromny progres w stosunku do gier z którymi miałem styczność wcześniej.

Instalacja przebiegła bez problemów i już chwilę później powitała mnie animacja słynnego miecza przebijającego globus z napisem "New World Computing". Intro opowiadało nastomiast krótką historię o śmierci Lorda Ironfista i konflikcie potencjalnych następców - Rolanda i Archibalda. W końcu zobaczyłem ekran znajomej uliczki z karczmą i nastąpił pierwszy szok. Cóż to za miód dla moich uszu płynący z głośników? Oczywiście muzyka, ale jakby stworzona zupełnie od nowa. Plumkanie w formacie midi znane z wersji demo zostało zastąpione soundtrackiem w jakości audio cd z pełnym instrumentarium a nawet chórkami! Niesamowite! W samej grze było jeszcze lepiej; każdy zamek miał swój świetnie dopasowany motyw muzyczny, podobnie jak i rodzaj terenu po którym się poruszaliśmy. Bitwy zaś były pełne bębnów, okrzyków i jęków konających żołdaków.

Ekran rozwoju miasta w Heroes of Might and Magic II

Nad grafiką nie będę się rozpływał, bo gra w zasadzie wyglądała tak samo pięknie jak w wersji demo. Przybyło oczywiście szczegółów, detali i obiektów na mapie świata. W kampanii można było wybrać po której stronie konfliktu się opowiemy, a po rozegraniu kilku misji wróg kusił nas do przejścia na jego stronę! Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Któregoś dnia klikając po menu gry odkryłem (ukrytą dosłownie za drzwiami karczmy) zapowiedź Might and Magic VI - ta grafika na obrazkach wydawała mi się niemal fotorealistyczna i jeszcze ta sugestywna, stopniująca napięcie muzyka powodowała ciary na plecach. 

Największe wrażenie zaraz po muzyce zrobił na mnie edytor map. Gdy znałem już większość pojedynczych scenariuszy zacząłem dłubać przy własnych mapach i zabawa rozpoczęła się właściwie od nowa. Można było zaprojektować właściwie wszystko, od krain, rozlokowania surowców, układu sił, aż po własne teksty w butelkach dryfujących po wodzie. Dobrze, że wszystkie oceny w szkole były już w zasadzie wystawione to i rodzice łaskawiej patrzyli na mój nowy nałóg i pozwolili trochę posymulować chorobę ;)

Ulotka z edycji premierowej Heroes of Might and Magic II: cz.1 - jednostki

Poziom trudności był bardzo dobrze wyważony, a dzięki polskiej instrukcji i napisom w grze było mi znacznie łatwiej stawiać kolejne kroki. Oczywiście, nadal zdarzały się porywy z motyką na słońce, tyle że już na znacznie mniejszą skalę niż w jedynce. A to jednym razem mój oddział został "wchłonięty" przez armię duchów, innym natomiast komputerowy przeciwnik za dobrze się rozwinął i po prostu zaspamował mnie żywiołakami przywoływanymi z zaklęć. Chyba najbardziej bolesną lekcją była zła odpowiedź udzielona na zagadkę sfinksa. Jak to? Mój heros zniknął? Z całą armią??? Tak po prostu?! Życie...

Ulotka z edycji premierowej Heroes of Might and Magic II cz.2 - drzewka rozwoju zamków
 
Niestety jeśli chodzi o zawartość mojego pierwszego oryginału to została mi jedynie ulotka z drzewkami rozwoju zamczysk oraz jednostkami. Z tego co się orientuję odkupienie całego dużego pudełka (polskie wydanie) wraz z zawartością dziś jest nie lada wyzwaniem. Nie tracę jednak nadziei, a na osłodę zawsze mogę pożyczyć od żony płytkę z Kolekcji Wszechczasów, a w razie potrzeby sięgnąć też do instrukcji. Niestety nie pamiętam już czy to jest oryginalny przedruk czy też treści powstały zupełnie od nowa.

Na koniec warto odpowiedzieć sobie na częste pytanie zadawane przez fanów serii. Która wobec tego część jest lepsza? Dwójka czy trójka? W Heroes of Might and Magic III zostały ulepszone w zasadzie wszystkie aspekty znane z części II i to w tych herosów zdarza mi się częściej grywać. Nie zmienia to jednak faktu, że Heroes of Might and Magic II: The Succession Wars zawsze będzie numerem jeden z moim sercu choćby z racji tego że było to moje pierwsze zakupione za własne pieniądze pudełko z grą.

Ratchet i Clank to seria znana nie od dzisiaj. Swoje początki miała na konsoli Playstation 2, jednak ja pierwszy raz miałem z nią stycz...



Ratchet i Clank to seria znana nie od dzisiaj. Swoje początki miała na konsoli Playstation 2, jednak ja pierwszy raz miałem z nią styczność dopiero na Playstation 3. Dzisiaj natomiast chciałbym wypowiedzieć się na temat wersji z Playstation 4 czyli po prostu Ratchet & Clank bez żadnych podtytułów. Choć cały zbiór epizodów o Lombax'ie i jego mechanicznym przyjacielu uważam za znakomite (ograłem wszystkie części), tak kolejna przygoda nie napawała mnie optymizmem. Moim zdaniem seria została w 100% wyeksploatowana i już nie wiem co by mogło Sony zrobić żeby tchnąć nowe życie w to uniwersum. Jednak Japończycy podeszli do tego całkiem sprytnie, najpierw wypuścili film pełnometrażowy o takim samym tytule po czym wydali grę. To wręcz idealny zabieg, aby zaprosić nowych (w szczególności młodszych) odbiorców do tego świata. Film oczywiście obejrzałem i uważam, że był w porządku. Kilka razy się uśmiechnąłem, a nawet zrobiłem lekkie heh. Więc jeżeli staremu koniowi się podobało to młodzi też powinni polubić. Tym bardziej, że po filmie szykowała się na horyzoncie pełnoprawna gra, a nie jakiś mały HD4K bzdurny kotlet. No to zaczynajmy.

Pierwsze i najważniejsze, Ratchet & Clank 2016 - tak go sobie nazwiemy, nie jest żadną kontynuacją. Jest to całkowity restart, reboot czy jak tam sobie chcecie go nazwać serii. Wszystko co było wcześniej nie wydarzyło się, a my zaczynamy całą zabawę od nowa. Czy to dobry pomysł? Tutaj akurat sami musicie się przekonać, ja wskakuję do gry. UWAGA! Ogólnie to polecam najpierw obejrzeć film, a potem zagrać - będzie kilka smaczków przez, które co chwilę miałem banana na twarzy.


Co przykuło moją uwagę w pierwszej chwili POLSKI DUBBING! Ło jezu, prawie zwymiotowałem. Weź wyłącz to i daj zmienić język. Cholera, nie da się... Spokojnie, zrób to co ja. Wyłącz grę, wejdź w ustawienia systemu konsoli i zmień język na Angielski po czym ponownie uruchom grę. Ekhem, no to jeszcze raz. Co przykuło moją uwagę w pierwszej chwili- GRAFIKA! Matko z córką, grałem w naprawdę różne pozycje (w tym najnowsze), więc pod względem oprawy wizualnej widziałem już to i owo. Jednak po pierwszych minutach z padem w dłoni byłem przekonany, że oglądam film, a nie biorę udział w grze. Insomniac odwalił kawał dobrej roboty, animacje postaci w żadnym stopniu nie odbiegają od wersji kinowej, ba mógłbym nawet stwierdzić, że jest jeszcze lepiej! Od pięknych krajobrazów, pomysłowo zaprojektowanych przeciwników po najdrobniejsze szczegóły jak uszy głównego bohatera, które bujają się w każdą stronę.
Polski dubbing, jak ja cie nienawidzę!

Postanowiłem zagrać na najwyższym poziomie. Pomyślałem, że podnosząc poprzeczkę wydłużę sobie zabawę. Niestety, ten najtrudniejszy poziom nie był tak ciężki jak myślałem. Przyznam się bez bicia, że zginąłem kilka razy, ale były to raczej małe błędy, a nie przebiegłość i wysoka inteligencja przeciwników. Szczerze, to ten poziom chyba tylko zmienia prędkość z jakim zdobywamy doświadczenie i "rozwijamy naszą postać". Tak zgadza się, Ratchet nadal ewoluuje (w poprzednich grach tak robił) jak również i jego bronie - ale o nich za chwilę. Co do samego Lombaxa to wraz z pokonanymi przeciwnikami zdobywamy troszkę doświadczenia. Po uzyskaniu odpowiedniej liczby wzrasta pasek naszego życia. Tak, dokładnie i nic poza tym. Nie skaczemy wyżej, nie zdobywamy nowych umiejętności. To nie oznacza, że zabawa jest monotonna. Ratchet na swojej drodze znajduje co raz to nowe śmiercionośne bronie jak i gadżety, które pomogą mu w jego podróży.


Bronie - to moim zdaniem jest znak całej serii. I kolejny raz twórcy nie zawiedli, znalazłem pośród nich moje ulubione klasyki w tym predatora czy disco granat. Zapytacie co to jest to drugie, o kurczę, trzeba mieć naprawdę głowę żeby wymyślić coś takiego. Granat, który zmienia się w kulę dyskotekową, a przeciwnicy zaczynają tańczyć w jej zasięgu. Co najlepsze, nie ma mowy żeby któryś z przeciwników nie wpadł w gorączkę tańca kiedy jest w polu rażenia tej broni. Ten granat działa na każdego, od maleńkiej żabki po ogromnego bossa z którym właśnie toczymy pojedynek. Powiem wam, że takich broni jest więcej, a znajdzie się też kilka nowości. Wielkim plusem tych wszystkich środków bojowych jest to, że można je ze sobą łączyć w mega kombinacje ataków. Nie ma tutaj mowy, że po użyciu jakiegoś granatu, kolejny pocisk wystrzelony z rakietnicy nie zadziała. Insomniac dbało o te detale od zawsze i to uwielbiam w Ratchet & Clank - totalna rozwałka. Nie można też zapomnieć o najważniejszym, nasze bronie też ewoluują. Zgadza się, im dłużej używamy jakąś broń tym staje się ona mocniejsza. Dodatkowo, na mapach znajdują się sklepy w których możemy kupić unikatowe ulepszenia, aby jeszcze efektowniej i efektywniej siać zamęt na arenie.


Nie można też zapomnieć, że Ratchet & Clank to gra platformowa. Przez całą czas, będziemy skakać, biegać, pływać czy chodzić po suficie, a to wszystko pod gradem pocisków naszych przeciwników. Proste łamigłówki i wszelkiego rodzaju znajdźki rozsiane są po całym kosmosie, a opcja podróżowania od planety do planety zawsze robiła na mnie wrażenie. Za każdym razem byłem podekscytowany gdzie tym razem wyląduję i co tam zobaczę. I kolejny raz nie zawiodłem się, chociaż, niektóre motywy znane są z pierwszej części zostały zbudowane od zera, a pomysłowość Insomniac nadal zaskakuję. Klasycznym zagraniem jest nie możność dostania się do wszystkich miejsc od samego początku. Gra będzie nas zmuszała do podróży w kolejne nieznane miejsca w celu zdobycia odpowiedniego przedmiotu umożliwiającego nam eksplorację wcześniej niedostępnych zakamarków. Nie martwcie się, większość z tych ukrytych ścieżek jest opcjonalna i nie wpływa na rozgrywkę - ot takie lekkie wydłużenie czasu rozgrywki.

Podsumowując, Ratchet & Clank 2016 to naprawdę dobry reset serii. Powiew świeżości i zachowanie trzonu klasyków idealnie się scaliły tworząc mocną pozycję na konsolę Playstation 4. Piękna animacja, lekka przygoda z tradycyjnym dla serii humorem to świetna przynęta na takich jak ja, ale również i świeżaków. Więc, jeżeli lubisz sobie postrzelać do śmiesznych stworków, poskakać z platformy na platformę i pośmiać się z głupkowatych żartów to ta gra jest dla Ciebie. Oczywiście mówię o wersji w języku angielskim, jednak nie bądź zrażony drogi czytelniku, polski dubbing też jest w porządku - ja od zawsze grałem w wersję angielską i nie potrafię wyobrazić sobie głos Ratcheta czy Quarka w wersji innej niż oryginalnej.

W latach 90. kiedy jeszcze byłem uczniakiem szkoły podstawowej nie zastanawiałem się zbytnio czy gram w oryginalny tytuł czy też nie. Lwią ...

W latach 90. kiedy jeszcze byłem uczniakiem szkoły podstawowej nie zastanawiałem się zbytnio czy gram w oryginalny tytuł czy też nie. Lwią część ogrywanych produkcji stanowiły nowości przywiezione z Giełdy Wolumen przez mojego tatę i wujka. Liczyła się ilość, a nie jakość. Oczywiście czasami trafiały się perełki w postaci dużych pudełek wypełnionych cudowną zawartością, jednak w latach 1994-1999 mógłbym je zliczyć na palcach dwóch rąk. Skoro dorośli decydowali się wydać dużą gotówkę na oryginał to raczej był to tytuł kupowany dla nich, a nie dla mnie. Ojciec miał swoją Phantasmagorię, Stonekeepa czy Wing Commandera III a ja "Literki, cyferki" - grę edukacyjną. No dobra, później było zdecydowanie lepiej. Dało się czasem przysiąść i "pokibicować" starszyźnie, choć z racji mrocznej lub krwistej zawartości danego tytułu z reguły nie trwało to długo. Na którąś gwiazdkę udało mi się nawet wyprosić oryginalnego Bioforge'a, jednak wybór nie był do końca świadomy. Ostatecznie gra mimo, że świetna okazała się dla mnie zdecydowanie za trudna. Aby ją ukończyć musiałem korzystać zarówno z solucji zamieszczonej w growej gazetce jak i z pomocy taty.

Pierwsze oryginalne gry, z którymi miałem styczność w dzieciństwie.

Pewnego dnia na dysku znalazłem ikonkę Heroes of Might and Magic, więc niewiele się zastanawiając - kliknąłem. Chwilę później powitał mnie widok czterech herosów wyjeżdżających na swoich rumakach przez bramę zamku. Na czuja odpaliłem nową grę i zobaczyłem śliczną (jak na tamte czasy), baśniową scenerię, a na środku zamek wraz z głównym bohaterem. Niestety nie miał mi kto wytłumaczyć zasad i po zrobieniu pierwszego ruchu kompletnie nie wiedziałem jak ruszyć dalej. Wiadomo jak to małolat, szybko się zniechęciłem i wyłączyłem, bo po co się męczyć z jakąś nudną strategią, skoro w kolejce czeka Warcraft II, Need for Speed, Doom i wiele innych. Kilka miesięcy później dałem jednak grze drugą szansę; jakimś cudem odnalazłem magiczny przycisk klepsydry i w końcu żaróweczka nad głową się zapaliła (albo coś pykło, jak kto woli). Początki były ciężkie, bo często zaatakowane grupy potworów okazywały się silniejsze i mój heros szybko znikał z mapy świata. Metodą prób i błędów uczyłem się skomplikowanych (a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało) mechanik oraz tego jak funkcjonował świat tej niezwykłej turówki. Z czasem granie w herosów zaczęło mi sprawiać mnóstwo frajdy i pochłaniać sporo czasu.

Pamiętne menu z wersji demo Heroes of Might and Magic II.

Kolejne miesiące mijały i w ręce wpadł mi krążek dołączony do czasopisma, a tam... wersja demo drugiej części! Uśmiech na twarzy i zaciekawienie towarzyszyły mi przez cały proces instalacji. W końcu powitało mnie stylizowane na średniowieczną uliczkę menu z przyjemną, plumkającą muzyczką w formacie midi. Klikamy "New Game" i zaczynamy! Od razu uderzyło mnie bogactwo detali i dźwięki jeszcze lepiej oddające tętniący życiem świat. Piłowanie drewna w tartaku, wydobywanie minerałów w kopalniach czy zbieranie zasobów - wszystkie te odgłosy pobudzały wyobraźnię.

Mapa świata i zarazem główna arena działań robiła w swoim czasie ogromne wrażenie.

Podczas walk od razu rzucały się w oczy znakomicie animowane stwory i odwzorowane z najdrobniejszymi szczegółami detale - były nawet muchy otaczające podczas walki nieumarłe truchło! W Heroes of Might and Magic nie kojarzę muzyki, być może dlatego że na moim dysku był to najzwyklejszy pirat. Za to po usłyszeniu kilku nutek w drugiej części nie wyobrażałem już sobie grania inaczej niż tylko z włączoną ścieżką dźwiękową. Zapowiadają się nowe zamki, waleczni herosi, multum jednostek i jeszcze więcej rozbudowanych statystyk. Ja tę grę po prostu muszę mieć u siebie! Mało tego, taki tytuł trzeba mieć oryginalny, aby żadne błędy, wywalanie do pulpitu i dubbing zza wschodniej granicy nie popsuły mi obcowania ze światem Heroes of Might and Magic II. Nie mogłem liczyć na to, że ktoś mi grę sprezentuje dlatego też już wkrótce nadciągały miesiące żmudnego oszczędzania.

Od premiery Monster Hunter World minęło już trochę czasu (26 stycznia 2018), a ja zebrałem wystarczająco dużo doświadczenia by podzielić si...

Od premiery Monster Hunter World minęło już trochę czasu (26 stycznia 2018), a ja zebrałem wystarczająco dużo doświadczenia by podzielić się z wami moimi odczuciami wobec tej gry. Nie było innej opcji niż zakup nowego monstera na premierę, data od dawna znana i nawet zaryzykowałem zamawiając preorder gry. Nie żałuję, za niewielką dopłatą otrzymałem bardzo fajny steelbook. No nic, wracając do samej gry, w dniu premiery byłem umówiony z kumplami na wspólne granie. Jedyne co ustaliliśmy to aby każdy z nas wcześniej zainstalował grę u siebie, zrobił postać samouczek i inne pierdoły. Całość zajęła mi około godziny i dostałem informację na ekranie potwierdzającą, że od teraz mogę grać online z innymi - idealnie do tego zmierzałem. 



Pomimo spędzenia krótkiego czasu w grze, moja ekscytacja była coraz większa. Grałem wcześniej w demko, niestety 20 minut biegania po mapie to naprawdę nic w porównaniu z tym co Capcom mi przygotował. Pierwszy plus to brak downgrade'u, może jestem ślepy, albo nie oglądałem tych wszystkich filmików porównujących, ale grając w demo, a potem w pełną wersję nie widziałem żadnych różnic. Z takim nastawieniem musiałem powstrzymywać się, żeby nie grać samemu. Patrzyłem tylko na zegarek i odliczałem do umówionego spotkania.

Niestety, Sony czy może Capcom nie podołali i jak w dzień nie było problemu z łącznością, tak wieczorem serwery kulały. Nic straconego, okazało się, że informacja o graniu online z kumplami, która pojawiła mi się wcześniej nic nie znaczy i trzeba zrobić jeszcze parę questów samemu. Zanim to ogarnęliśmy minęła kolejna godzinka (jak nie dwie), a Sony w tym czasie zajęło się zatkanymi serwerami. No to zaczynamy! Wódeczka, jedzonko i wspólne huncenie, żyć nie umierać, a potem wróciłem do domu i mogłem w spokoju i bez pośpiechu eksplorować grę.

I w ten oto sposób kończy się wstęp mojego tekstu i zaczyna się głębsza analiza, a raczej moje wywody na temat samej gry. Zacznę oczywiście od tego co mi się podobało, a potem wytknę wszystkie minusy nowej odsłony. Tekst jest od fana serii i może okazać się długi, więc czytasz na własną odpowiedzialność.


Tworzenie postaci i koleżkota

Generator postaci był zawsze rozbudowany, ale tym razem Capcom poszedł na całego; na internecie można znaleźć setki postaci stworzonych przez innych graczy, a momentami łapałem się za głowę. Kreatywność człowieka nie zna granic (tak to wymyśl nowy kolor!). Tworząc postać starałem się podejść do tego poważnie, jednak będziemy ze sobą związani na dłuższy czas. Lecz jedna myśl nie dawała mi spokoju (po co to robisz, i tak zakujesz go w zbroję i tyle z Twojego tworzenia postaci), niedoczekanie! Po utworzeniu postaci i załadowaniu gry, mamy opcję w menu do wybrania naszego wyglądu. Czy chcemy żeby postać była widziana bez hełmu (hełm jest faktycznie założony) lub zdjąć hełm tylko w przerywnikach. Niby prosty zabieg, a jednak miło było oglądać swoją postać bez hełmu na filmikach. Oczywiście każdy łowca jest małomówny bo na gadanie nie ma czasu trzeba polować!
Frieza sama?

Mapy

Nie będzie żadnym spoilerem jak powiem, że lokacji w grze jest całe 5. Niby mało, ale bronią się wykonaniem. Każda z nich została wypełniona bogatą zawartością po brzegi. Bujna roślinność, skaliste góry, bagna, rzeki, wodospady - można by o tym pisać godzinami. Wchodząc na którąkolwiek z map czuć, że gra żyje. Przechadzając się po dżungli, co raz napotykałem wszelkiego rodzaju stworzenia, od zwykłych gazeli przez latające ważki i inne ptaki, a patrząc pod nogi mogłem znaleźć siedliska mrówek czy żuczka toczącego kupkę. By urozmaicić zabawę Capcom dorzucił do gry specjalną sieć. Z jej pomocą możemy łapać wybrane zwierzaki za które otrzymamy dodatkowe punkty i nie tylko. Dużą nowością jest zbieranie w czasie biegu. Teraz nie trzeba zatrzymać się i klękać żeby zerwać wybraną roślinkę. Wystarczy biec obok niej, a gdy pojawi się przycisk do zbierania, postać złapie w rękę cały pęczek i pobiegnie dalej. Koniec ze ślęczeniem i klikaniem po kilka razy w celu wybrania całego miodu, teraz jednym przyciskiem wyciągniemy całość.


Miasto

W grze dostępne będą dwa miasta z czego jedno to taka jakby "stancja" w której spędziłem łącznie 20 minut. Piszę o pierwszym mieście do którego trafimy czyli Astera. Ogromna wioska mieszcząca się nad brzegiem oceanu, otoczona wysokim płotem żeby żaden potwór nie próbował się wkraść do środka. Nasza baza podzielona jest na cztery poziomy:

Rynek - miejsce, w którym będziemy najczęściej. Wszędzie dookoła ludzie, stoiska i wszędobylski harmider. Tutaj kupimy podstawowe produkty, skatalogujemy napotkane potwory, zajmiemy się naszą mini farmą czy zbierzemy opcjonalne zadania. Podczas rozwoju fabuły napotkamy nowe postacie, które z czasem zdecydują się otworzyć swoje stoiska na rynku co tylko zaowocuję większym tłokiem i kolejkami (ile będę jeszcze stać po tą rybę!).

Pracownia - tego nie trzeba zbytnio opisywać, po prostu kowal. Z najważniejszych zmian Capcom dało drzewko rozwoju. Teraz przed ulepszeniem broni, możemy dokładnie sprawdzić co możemy otrzymać. Jeżeli nam się nie spodoba zawsze jest inna ścieżka do wyboru. Oczywiście wszystko nie jest pokazane od razu, im więcej potworów zabijemy tym drzewko rozwoju broni będzie się powiększać. Miłym zaskoczeniem jest sekwencja wykuwania oręża, takie drobne detale powodują uśmiech na twarzy i dają poczucie, że wszystko to jest bardziej naturalne.

Kantyna - kolejne znane miejsce z poprzednich serii, nie można iść na łowy z pustym żołądkiem, a nasi koci kucharze z finezją najlepszych szefów kuchni przyrządzą niesamowite posiłki. Oprócz przygotowanych dań, oddano nam do dyspozycji robienie własnych. Coś jak pizza do której dobieramy swoje ulubione składniki. Animacja gotowania jest zabawna i pocieszna, mimo 100 godzin na liczniku, wciąż potrafię ją oglądać z radosnym grymasem na twarzy.

Guild Hub - w poprzednich częściach miejsce to służyło do spotkań z innymi łowcami, wspólnej wyprawie na misję itd. Z nowości jest opcja Squad, czyli razem z kolegami możecie stworzyć swoją własną gildie (lobby). Dzięki temu omijamy całe wyszukiwanie się online, wpisywanie kodów by dołączyć do tej samej gry itd. Plus jest taki, że zawsze wchodząc do gry online mogę łączyć się od razu przez swój skład, a gdy nikt ze znajomych nie jest w tym czasie dostępny mogę grać sam lub z obcymi ludźmi (w sumie jak jestem online to czemu nie).

Z dodatkowych smaczków jak w każdym monsterze mamy swój pokój. No bo co to za łowca co nawet własnego kwadratu nie posiada. Na początku śpimy w jednym pokoju na łóżku piętrowym z innymi łowcami! Na szczęście są to NPC'y więc nie okradną nam skrzyni podczas naszej nieobecności. Jednak, gdy zagadamy do kociego zarządcy, zaoferuje nam przeniesienie do prywatnego mieszkania. W nowym pokoju jest luksus. Własne duże łóżko, wielkie akwarium dywanik i inne duperele. Z kolejnych usprawnień, po całym mieście (na każdym piętrze) jest chociaż jedna tablica z questami, teraz nie musimy ganiać do wyznaczonego NPC'a po zadania, tylko bierzemy go tam gdzie nam bliżej.


Skrzynia

Otrzymaliśmy nieznaczne zmiany, system craftingu jest o wiele bardziej intuicyjny i nie musimy już pamiętać, co szło z czym lub sięgać do internetowych podpowiedzi żeby znaleźć konkretny przepis. Nie ukrywam chwile mi to zajęło, ale teraz za pomocą jednego przycisku mogę dodać sobie brakujące przedmioty do plecaka lub przenieść do skrzyni zebrane z wyprawy materiały. Przepakowanie się jest błyskawiczne!

Questy

Zadania w dalszym ciągu są podzielone na low i high rankowe. Nie ma już obowiązkowych celów typu przynieś wybraną ilość konkretnej roślinki lub jajo wywerny by posunąć fabułę do przodu. Capcom odpowiedział na wołania fanów, a może narzekanie hejterów odnośnie historii. Monster Hunter World ma pełnoprawny wątek fabularny, który został dobrze zrealizowany. Znajdziemy tu NPC'ów którzy będą towarzyszyć nam przez całą grę, a spora ilość przerywników wzmocni klimat naszej przygody. Mimo iż historia nie jest oskarowa to na swój sposób motywuje do interakcji i zachęca do dalszego rozwoju w celu odkrycia sekretów nowej wyspy. Wciąż, gdyby nawet sam DiCaprio grał tu jakąś rolę to nominacji do statuetki by nie otrzymał, nawet za wybitną grę aktorską.



Bronie i walka

Nie ma nowych broni (mowa o rodzajach), ale za to stare zostały poprawione i ulepszone. Niektóre wręcz uzyskały drugie życie. Przygodę zaczynałem z Giant Swordem (klasyk u mnie), a teraz jadę na Gunlance i Switch Axe - głównie ze względu na wybuchy i fajerwerki. Capcom zrobił świetną robotę, stare bronie mające świeże ataki dają wrażenie jakbym korzystał z kompletnie nowego oręża. Chociaż zrezygnowano ze skilli jak w Monster Hunter Generations, World wychodzi tu obronną ręką. Same starcia z potworami to nadal stary i poczciwy monster. Trzon walki nie został zmieniony, więc musimy uczyć się ruchów i zachowań bestii. Do dyspozycji mamy ogromny wachlarz gadżetów, a także sama mapa może okazać się sprzyjająca dla nas. Z nowości jest linka/chwytak, która pozwoli nam szybko przemieszczać się po wybranych miejscach. Za jej pomocą będziemy mogli dosiąść potwora, który z oczywistych powodów zechce nas zrzucić. Do plecaka możemy zabrać noże paraliżujące, usypiające czy trujące (niby po 5 każdego, ale 3-4 wystarczą na wywołanie pożądanych efektów). Bardzo ważnym czynnikiem staje się teraz miejsce starcia. W jaskini nad naszą głową może wisieć sterta skał, którą po strąceniu możemy upuścić na potwora. Na śliskim zboczu wykonamy efektowny zjazd na tyłku i wybijając się w odpowiednim czasie trzepniemy maszkarę i może uda nam się jej dosiąść. Jeśli nie, pod naszymi stopami znajdziemy żabę, która po kopnięciu zacznie wydzielać paraliżujący gaz - idealny do unieruchomienia potencjalnej ofiary (uwaga gaz działa też na nas!). Jednym z ważniejszych aspektów w walce to możliwość starć między potworami. Brawo Capcom zajęło Ci to trochę czasu (tylko 14 lat), ale udało się! Czekałem na to odkąd pierwszy raz miałem okazję zagrać w Monster Huntera. Dwie bestie spotykają się na swej ścieżce i dochodzi między nimi do walki. W poprzednich grach nie było o tym mowy, oczywiście potwory wykonując swoje sekwencje ataku mogły "ranić" innego potwora, jednak bardziej ze sobą współpracowały. Teraz mamy pełnoprawną naparzankę. Taki tyranozaur łapię w zęby biedną jaszczurkę, szarpie nią w powietrzu jak szmacianą lalką, by na koniec cisnąć o ziemię.



I tak w skrócie to tyle z dobrych rzeczy. Myślę, że znalazło by się coś jeszcze, ale jakoś nie przychodzi mi nic do głowy. Dobra, pora na minusy!

Mapy

Choć map jest tylko 5 i są naprawdę świetnie zrobione, to po jakimś czasie stają się monotonne. Znając punkty respawnu potwora, od razu wiem gdzie muszę iść lub użyć szybkiego przemieszczenia żeby go dorwać. A propo całego przemieszczania. W starych monsterach na high-ranku i G-ranku wybierając obojętnie jakie zadanie lądowaliśmy w losowej lokacji. Capcom chciał zrobić to samo w World, ale zapomniał o jednej ważnej rzeczy. Możemy w każdej chwili użyć fast travel, więc lądując gdzieś na zadupiu, wciskałem panel i wybierałem dokładnie gdzie chcę być i tam się pojawiałem. Po co robić dodatkową zabawę w ekstra loadingi? Co do loadingów, są cholernie długie. Oczywiście gra po załadowaniu jest w pełni dyspozycyjna i nie uświadczymy żadnych punktów wczytywania podczas misji, jednak zanim to się stanie będziemy musieli trochę poczekać.

Miasto

Kolejny raz Capcom chciał dobrze, ale przedobrzył. Miasto jest spore, jednak po dłuższym graniu (w monsterze 200h to normalny czas) to całe bieganie wychodzi mi bokiem. Najgorzej, że po każdej misji gra wyrzuca nas na targowisko, czyli trzeba zaliczyć kilka pięter przed kolejną misją. Kocia kantyna traci sens kiedy wiem, że mogę zjeść coś w obozie podczas misji. Największy minus to Guild Hub. Aby dostać się do niego, potrzebujemy dodatkowy loading czyli dłuższe czekanie. Gdy wreszcie dostaniemy się do środka, znajdziemy tu naszych kumpli do gry online. Jeżeli spełnimy wszystkie warunki co do questa (o tym zaraz), to możemy udać się na łowy. Po zakończonej misji, niespodzianka! Znowu jesteśmy na rynku... I tak po prostu jest, po każdej misji ze znajomymi, zamiast domyślnie odesłać nas do Guild Hub, wszyscy lądują u siebie na rynku i jeżeli chcemy zobaczyć się przed misją to musimy ponownie pobiec do windy, wybrać hub i czekać aż gra się załaduje. Z nową opcją brania questa z każdego piętra, cały ten hub dla graczy traci sens, odwiedziliśmy go kilka razy i już nie planuję tam wracać bo nie ma po co.

Questy

W poprzednich częściach mieliśmy oddzielnie grę dla pojedynczego gracza i zadania online. To było idealne, gdy koledzy nie mieli jak grać, mogłem skupić się na wykonywaniu misji związanych z fabułą, a potem wskoczyć z kumplami i bawić się w tropicieli potworów online. Teraz singiel i multi zostały połączone ze sobą. Niby fajna sprawa, że możemy wykonywać questy fabularne z kumplami, ale jest pewien haczyk. Przerywniki, przerywniki i przerywniki. Dopóki nie obejrzymy przerywników, nikt nie może do nas dołączyć, nawet jak ktoś już zaliczył wybrane zadanie, nie może dołączyć bo ja jeszcze nie obejrzałem cholernego przerywnika. Zdarzało nam się, że każdy pojedynczo musiał założyć grę, obejrzeć filmiki wyjść z gry i dopiero wtedy dało się założyć grę i wspólnie huncić. Genialne zagranie Capcom! Chyba bardzo zależało im na zrobieniu fabuły w nowej odsłonie, a czuje się jakby wciskali mi ją do gardła na każdym kroku. Trochę, ale tylko trochę ratuje fakt, że teraz po wykonaniu kluczowych zadań, nie musimy powtarzać ich tyle razy ilu jest graczy. Ukończywszy główny wątek myślałem, że teraz będę mógł zakładać "luźne zadania", a kumple bez problemu się dołączą. Niedoczekanie, gra jest skończona, a ja nadal muszę oglądać przerywniki, których czasem nawet nie ma, ale gra nie pozwoli dołączyć nikogo zanim nie obejrzę tych głupich filmików! Po ukończonej misji pojawia się pasek nagród i niestety nadal nie da się jednym przyciskiem zebrać wszystkiego do skrzyni. Odkąd pamiętam był przycisk "sprzedaj wszystko", ale "wyślij całość do skrzyni" już nie.
Potwory

Wspominałem wcześniej o walkach między bestiami. Niestety, działa to losowo i częściej wolą wszystkie na raz skupić się na mnie zamiast walczyć ze sobą. Czasem specjalnie chowałem się w krzakach gdzie nie mogły mnie widzieć i czekałem aż zaczną się prać. A co one robią? Gapią się na siebie lub rozglądają w celu znalezienia mnie! Więc wyskakuję na nich, rzucam w jednego kupą żeby sobie poszedł i zajmuje się drugim. Lecz upierdliwość potworów w tej części jest tak ogromna, że czasem wystrzelam cały magazynek wyrzutni z kałem, a bestia z którą nie chce się bić dalej do mnie wraca. Najgorzej jak spotkają się 3 na raz, wtedy to już jest istny syf. To wygląda jak przepychanka w zatłoczonym autobusie. Jeden strzeli ogonem w pysk pasażera obok, a tamten kulą ognia plunie w kolejnego (przepraszam, Pan tu siedzi? Jeb piorun!). Plusem jest to, że czasem potwory ignorują nas i możemy przejść obok nich bez ryzyka zostania zaatakowanym (tylko wybrane). Jak mało jest map, tak i mało potworów. Widziałem już pierwsze informacje na internecie i na moją niekorzyść dostaniemy jakąś paczkę lub nawet kilka ze starymi potworami, yupi... Szkoda, bo nowe potwory wyglądają i walczą niesamowicie, nie potrzebuje tu kolejny raz tych samych bestii, które znam na pamięć i nie zaskoczą mnie w żaden sposób.


I to by było na tyle. Po stu godzinach widziałem dostatecznie dużo i wiem na czym stoję. Trzeba powiedzieć wprost; żaden Monster Hunter nie był idealny, ale z nową odsłoną widać, że Capcom próbuje eksperymentować (niekoniecznie dobrze im to wychodzi), ale przynajmniej się starają. Pomimo kilku drażniących kwestii to nadal gra o polowaniu na duże bestie. Warto też podkreślić, że jest ona przyjazna dla nowych użytkowników, więc osoby, które nigdy wcześniej nie miały okazji wypróbować gier z serii Monster Hunter tutaj mogą znaleźć swoje miejsce. Gra w bardzo prosty sposób wprowadza nas w świat łowców, a z czasem (poinformuje nas) podniesie poprzeczkę wysoko i da nam skosztować co to znaczy prawdziwe polowanie. A ja? No cóż, to jest to co lubię i pomimo kilku mocnych minusów znajduję tu wiele plusów przez, które mam ochotę codziennie uruchomić konsolę i wskoczyć na jakieś polowanie. Grę mogę śmiało polecić dla starych wyjadaczy, którzy jeszcze nie zdecydowali się na jej zakup. Nowicjusze i osoby, które nie miały okazji spróbować zabawy w łowce, to jest wasz czas, to jest gra dla was!

Ninja Gaiden Black, gra platformowa z krwi i kości z mocnym naciskiem na cięcie przeciwników w wyrafinowany sposób. Jest to ekskluzywny ...


Ninja Gaiden Black, gra platformowa z krwi i kości z mocnym naciskiem na cięcie przeciwników w wyrafinowany sposób. Jest to ekskluzywny tytuł wydany na konsole Xbox (nie na One ani 360, tylko na poczciwego staruszka). Swego czasu, gdy byłem świeżym posiadaczem PS3, pobrałem sobie demko Ninja Gaiden Sigma. Kto by pomyślał, że jest to bezpośredni port z Xboxa. Niestety, gra kompletnie mi nie podeszła, nie wiedziałem zbytnio gdzie mam iść, a sterowanie było jakieś takie dziwne. No nic, chciałem w coś pograć na Xboksie więc czemu by nie dać szansy.


Nasza przygoda rozpoczyna się od fajnie wplecionego w fabułę samouczka. Od samego początku poruszamy progres gry jednocześnie ucząc się sztuki ninjutsu. Ryu Hayabusa to młody wojownik z klanu Hayabusa, któremu pod ochronę został powierzony rodzinny skarb - smoczy miecz. Na świecie istnieją tylko dwa takie miecze, jeden dobry, a drugi zły (zgadnij, który posiadam?). Niestety, podczas naszego treningu nieopodal w rodzinnej wiosce dzieje się coś strasznego. Zły wojownik z drugim smoczym mieczem wybija naszych pobratymców i odchodzi. Naszym celem jest znalezienie i pokonanie go, proste prawda? Oj gdyby tylko to było takie jak historia w tej grze.

Ryu jest świetnie wyszkolony, widać, że od małego budzili go o 4 nad ranem i kazali biegać z kataną w zębach. Chociaż broń samurajów nie jest jedyną do naszej dyspozycji. Nunchaku, włócznia, łuk czy nawet kij to tylko kilka, które możemy używać. Każda z nich różni się stylem walki, a dodatkowo może być ulepszana dając jej nowe kombinacje i zwiększenie obrażeń. Mało? No to do naszego arsenału oddano jeszcze wszelkie bomby dymne, eksplodujące sztylety do rzucania itd. Wciąż nie dość? To co wy na to, że Ryu potrafi też korzystać z Jutsu. Ta dziwna nazwa pozwala nam władać różnymi żywiołami. Ogień, wiatr, błyskawice czy lód wszystko to dzięki formowaniu specjalnych znaków z użyciem dłoni. Z tak wypasionym orężem można ruszać na przygodę.


Będziemy przemierzać różne lokacje często inspirowane Chinami i Japonią. Na miejsca nie mogę narzekać, jak na tamte czasy gra ładnie się postarzała. Gorzej jest za to z przeciwnikami. Rozumiem, ninja, zwykłych mieczników czy demony. Nawet nieumarli i inne dziwadła mi nie przeszkadzały,  a wręcz wtapiały się w scenerię gry. Syf dopiero się zaczął gdy trafiłem do militarnej jednostki. Na miejscu powinienem spodziewać się jakichś wyszkolonych samurajów lub kogoś innego, ale nie... Kolesie z karabinami, rakietnicami w czołgach czy helikopterach. Trochę niedorzeczne w porównaniu do poprzednio napotkanych przeciwników. A więc, ja z bronią białą, kontra zastępy żołnierzy z kałachami walące do mnie bez zawahania. To było tak denerwujące, ciągłe skakanie i unikanie pocisków; gdy dostałem się do jednego z wrogów, drugi bez problemu nadziewał mnie na swój karabin (bagnetem) od tyłu i odpalał jakiś granat w moim zadzie. Ten etap to istna męka i nie było w tym nic fajnego. Z rzeczy, które były do dupy na pewno trzeba dodać pływanie, a konkretnie sterowanie podczas nurkowania oraz pracę kamery. Kamera nigdzie sobie nie radziła - w wodzie, pod wodą, na lądzie czy gdzie tam jeszcze to było możliwe. Niestety, jak na tak dynamiczną platformówkę widoczność kuleje, niedomaga i lipa po całości.


Nie lubię w grach backtracking'u, musi być naprawdę przemyślany, aby odbiorca nie odczuwał, że się wraca lub porusza po określonym terenie. Ninja Gaiden Black średnio sobie z tym radzi. Chyba głównie przez sporą ilość przejść, które są teraz niedostępne, ale potem powinny już być otwarte! Niby nic w tym złego, ale takich "drzwi" zbiera się nam do kupki całkiem pokaźna ilość, a spamiętać je wszystkie raczej nie da rady. Chociaż to, to jeszcze małe piwo. Nie narzekam nawet na  respawn "odradzających się przeciwników" - backtracking przeważnie tak ma, gorzej z prędkością lub miejscem ich powrotu do gry. Przykład: po udanej rzeźni postanowiłem zapisać grę. Wszyscy dookoła są martwi, więc czemu by nie? Po udanej aktualizacji stanu gry, wychodzę z panelu, a przed moimi oczami stoją żołnierze, którzy nawet nie czekają tylko pakują zawartość magazynków w moją stronę i ginę. Może to jakiś błąd, wczytałem grę i znowu to samo - idealnie... Innym razem, wyczyściłem małe przejście z demonów, zrobiłem krok do nowego pomieszczenia, ale zdecydowałem się na ponowne sprawdzenie tego "czystego". Na wejściu już czekają, brakowało tylko tortu. Jak to, przecież nawet nie wyszedłem stamtąd do końca. Kawałek mojej nogi lub miecz został w tamtej sali, a oni już zdążyli wrócić? Przez takie zagrywki często musiałem używać starożytnych technik latającego wróbla (skakanie nad mendami i unikanie wszystkiego byle do przodu!). Jednym z niewielu plusów jest to, że przeciwnicy są przypisani do sali i nie kwapią się z gonieniem nas poza nią.


Podsumowując, Ninja Gaiden Black to solidna platformówka, która momentami potrafi napsuć krwi, jednak stare Chińskie przysłowie mówi "git gud" czyli po naszemu: pozdro poćwicz, a wszystko się jakoś ułoży. Choć bossowie czy fabuła nie jest zbyt pamiętna czy porywająca, tak zabawa w ninję, skakanie po ścianach, i finezyjne zabijanie przeciwników na 101 sposobów daje dużo frajdy. Dla ludzi, którzy lubią w grach wyzwanie polecam, a dla całej reszty nie koniecznie.

Tym razem przeskakujemy do innego uniwersum, dużo starszego - mającego swe korzenie jeszcze na Japońskim Famicomie. Jednak nie będę pi...


Tym razem przeskakujemy do innego uniwersum, dużo starszego - mającego swe korzenie jeszcze na Japońskim Famicomie. Jednak nie będę pisać o takim staruszku. Tytuł który ukończyłem został wydany na Playstation i Sega Saturn. Oto Castlevania: Symphony of the Night - gra, która często pojawia się na  podium top gier (PSX) wszech czasów. No nie da się przejść obojętnie obok takiego klasyka.

Fabuła rzuca nas cztery lata w tył do poprzedniej części gry Castlevania Rondo of Blood lub The Dracula X Chronicles. Za pomocą małej retrospekcji wcielamy się w Richtera Belmonta. On jak i jego poprzednicy to znani łowcy wampirów, którzy z pokolenia na pokolenie mierzą się z Drakulą i siłami zła (zawsze odnosząc sukces). Tym razem nie jest inaczej, gra pozwala nam stoczyć finałowy pojedynek z królem wampirów. Następnie rozpoczyna się właściwa historia, w której nie gramy jako członek rodziny Belmontów. Do zamku Drakuli przybywa Alucard. Tutaj też wyjaśnię - zamek Drakuli to "żyjąca istota", która pojawia się co jakiś czas (najczęściej raz na 100 lat). Tym razem minęło zaledwie 5, a Richter - odpowiedzialny za wygnanie wampira przepadł. Tak szybkie ukazanie się pałacu nie wróży nic dobrego. Technicznie biorąc, to nie zabijamy Drakuli, ale wykopujemy go z tego świata na jakiś czas? Ten wątek musiał zostać zrobiony z myślą o tworzeniu kolejnych części. I tak w skrócie to tyle. Reszta fabuły to eksploracja zamku, poznawanie jego sekretów, rozwiązywanie zagadek i walki z wszelkiej maści potworami.

Let's go out this evening for pleasure. The night is still young...

Te słowa będziecie często widzieć na swoim ekranie... Co do słów, to może kilka o naszym bohaterze. Alucard - pół człowiek, pół wampir (Dhampir). Przystojny młodzieniec o bladej skórze i białych lśniących włosach. Odziany w piękną zbroję przyozdobioną emblematami i herbem - prawdziwy szlachcic i łowca bestii! Co do samej rozgrywki na pierwszy rzut może wydawać się banalna i trochę toporna: skok, atak wybraną ręką czy unik/slajd do tyłu w stylu moonwalk'a Jacksona. Cała mechanika i zabawa jest ukryte głębiej, a gra wymaga od nas dojścia do tego samemu. Podczas naszej przygody będziemy często zmieniać ekwipunek. Nowe bronie, zbroje, płaszcze, hełmy czy błyskotki. Wiele z nich ma unikatowe umiejętności, które w połączeniu z tym co potrafimy mogą rozbudować całą zabawę. Oprócz tego sam Alucard zdobywa doświadczenie i zwiększa swój poziom. Dodatkowo, takie czynniki jak obrażenia od lodu, ognia czy błyskawic będą miały różne oddziaływanie na wybranych przeciwników.


Jednak co jest tak dobrego w tej grze, że znalazła się tutaj? Na pewno nie dubbing, bo jest okropny. Na szczęście Alucard jest małomówny i rzadko nadarza się okazja do rozmowy z kimś. Za to system walki jest dopracowany, jak już wyżej pisałem, obrażenia od żywiołów, rodzaj używanej broni czy atak w wybraną część ciała (o ile to możliwe) daje różne efekty. Dzięki implementacji takich detali w grze, nie tylko będziemy żonglować bronią, ale podczas walki przeciwnicy zmuszą nas do ciągłej zmiany taktyki. Choć brzmi skomplikowanie to tak nie jest. Wszystko jest kwestią czasu, aż przyzwyczaimy się do sterowania i możliwości naszego Dhampira. Kolejnym plusem zdecydowanie są lokacje, a raczej jedna. No bo zamek Drakuli to całość, która została przemyślanie stworzona i podzielona na różne segmenty. Przyjdzie nam zwiedzać klasyczne korytarze, lochy, sale balowe, bibliotekę, podziemia i jeszcze wiele więcej! Posiadłość jest olbrzymia, a etapy jak i przeciwnicy znajdujący się w nich mocno różnią się. Nie wszędzie też będziemy mogli pójść od razu. Nie pozwolą nam na to silni adwersarze, a także zablokowane przejścia wymagające specjalnych przedmiotów do ich odblokowania. Czasem lepszym wyborem będzie powrót do starych lokacji i lekkiemu wzmocnieniu się niż brnięcie na siłę. Nie bójcie się, typowego grindingu jest tutaj mało, a przemieszczając się z punktu A do B ( i tłuczeniu wszystkiego na swojej drodze) będziemy szybko podnosić poziom naszej postaci. Same potwory zostały też zrobione z głową, bossowie są charakterystyczni i od razu rozpoznamy ich pomiędzy zwykłymi bestiami. Każdy z nich ma swój unikalny zestaw ruchów do którego będziemy musieli obrać odpowiednią taktykę. Podstawowych przeciwników jest ponad 120 i gwarantuję, że nie różnią się tylko zmienionymi kolorami - jest w czym wybierać.


Najlepsze zostawiłem na koniec, a mianowicie muzykę! Jest idealna. Już? No już, tego nie da się opisać, trzeba uruchomić grę, wejść do wybranego pomieszczenia i przy wspaniałym akompaniamencie zacząć zabijać wszelkie maszkary. Twórcą tej niesamowitej ścieżki jest Pani Michiru Yamane, która odwaliła kawał dobrej roboty tworząc jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych do gier, jakie dane było mi usłyszeć. Pisałem ten tekst słuchając soundtracku z tej gry. Niżej wrzucam link do ścieżki:


Castlevania: Symphony of the Night sprzedało się w nakładzie 1,27 miliona kopii. Jest to zarazem najlepiej sprzedająca się część Castlevani jaka kiedykolwiek wyszła, a także najdroższa o ile chcieli byście ją nabyć teraz. Za egzemplarze marnej jakości musicie przygotować od 400 zł w górę. Jak macie szczęście to możecie trafić na dopakowane wydanie z pełną ścieżką dźwiękową i małym artbookiem. Ja byłem cwany i kupiłem swoją kopię przez Playstation store. Jak wspomniałem na początku, wyszła też wersja na Sega Saturn, niestety tylko w Japonii. Nie ma co płakać, okazuje się, że w grze Castlevania na PSP jest dodatkowo ukryta pełna wersja Symphony of the Night!

Podsumowując, nie ma się co oszukiwać gra nie należy do łatwych. Momentami myślałem, że wybrane sekwencje są niemożliwe do ukończenia. Na szczęście moja upartość i narastający gniew pomogły mi w ciężkich chwilach. Symphony of the Night to klasyczna platformówka/przygodówka 2D dająca możliwość wcielenia się w nietypowego bohatera i przeżyciu wyjątkowej historii. Tym razem role się odwracają, oprócz posiadania mrocznych mocy, polujemy na wampiry. Sama muzyka to 5 wampirzych ząbków na 5 możliwych, a pozostałe aspekty gry po prostu polecam!

XCOM Enemy Within - to najbogatsza wersja gry o zarządzaniu bazą i strzelaniu do ufoków. Płyta dość długo zalegała na moim regale, a zna...


XCOM Enemy Within - to najbogatsza wersja gry o zarządzaniu bazą i strzelaniu do ufoków. Płyta dość długo zalegała na moim regale, a znajomy wychwalając ją ku niebiosom kusił moją ciekawość. Dobra, pakujemy do napędu i sprawdzimy czy te całe rozpieprzanie kosmitów jest takie dobre.

DŁUUUGI POCZĄTEK

Choć gra rozkręca się powoli to nie ma co narzekać. Nasz porucznik przedstawia nam krok po kroku zadania, sposób rozbudowy bazy i szkolenia wojaków. Wszystko przebiega płynnie, a pierwsze misje potrafią wciągnąć tak mocno, że przestawałem patrzeć na zegarek. A to jeszcze przeskanuję planetę, a to poczekam, aż się wybuduje kolejny budynek czy ukończy nowe badanie. Budowanie "domków" czy produkcja nowej broni potrafi uzależnić. W trakcie czekania, Ziemia jest narażona na ataki przybyszów z nieznanej planety. Tutaj do dyspozycji mamy specjalne statki bojowe, które zestrzelą nieznane pojazdy, a nasz oddział specjalny poleci na miejsce by dobić ocalałych pasażerów. Większość misji polega na tym samym - z drobnymi zmianami. Czasem trzeba uratować cywili z pola walki, a innym razem przetransportować VIP-a z punktu A do B, niemniej ostatnim celem każdej misji jest wybicie każdego napotkanego kosmity.

NAGLE POŻAR W BAZIE!

Xcom wydaje się grą mocno rozbudowaną i skomplikowaną przez swoje zróżnicowanie. Oprócz składania bazy, rozwijania nowych technologii, szkolenia rekrutów, zostajemy posyłani na pole bitwy. To właśnie na polu walki gra pokazuje swój potencjał. Taktyczne podejmowanie decyzji jest tutaj kluczowe! Ustawianie naszych żołdaków i właściwy wybór kolejnego celu może zaważyć na życiu naszych podwładnych. Dodatkowo, nasi żołnierze również się rozwijają (wszystko się tutaj rozwija). Xcom to żywy organizm! Wszystko wydaje się fajne, i miło być komandorem, aż tu nagle wybucha chaos. Dostajemy masę nowych budynków, pojazdów, badań itd. Jedynie czego brakuje to kasy i czasu - czyli wszystkiego! Ufoki też nie próżnują, jak nie spróbują rozpieprzyć sieci naszych nadajników, to będą porywać cywili. Bardzo często zostaniemy zmuszeni do podjęcia decyzji, dokąd wysłać ekipę ratunkową. Niestety, tam gdzie nie zostaną posłani zrobi się jeszcze większy syf.


SPOKÓJ I NUUUUDA

Do Xcoma podchodziłem dwa razy. Pierwszy był skokiem w głęboką wodę - coś tam kolega opowiadał, a ja leciałem po swojemu. Po kilku dniach wpadł do mnie owy znajomy (ekspert w tę grę) i dał mi kilka rad, co robię źle itd. Najlepsze jest to, że jeszcze przyniósł ze sobą drugą kopię (tak, tą bogatszą wersję, bo za pierwszym razem grałem w podstawkę). No nic, za pierwszym razem szło mi średnio + straciłem zapis z gry w związku z tym rozpocząłem wszystko od nowa. Jedna partia potrafiła trwać 30 minut. Po jakimś czasie walka, mapy czy zadania zrobiły się powtarzalne. Kluczowy cel był nadal taki sam, wybij wszystko co zobaczysz. Nie ukrywam, kilka razy miałem ochotę zostawić Xcoma - grałem już trzeci dzień, a rozwój fabularny stał w miejscu. Kilka telefonów do "znajomego eksperta" i jakoś podniósł mnie na duchu. Dobra, próbujemy dalej... jestem tak daleko to trzeba to dociągnąć do końca.

CZEKAMY CZEKAMY

Pod koniec gry już naprawdę nie wkładałem żadnych starań. W głowie miałem tylko jedno pytanie - kiedy to się kończy? Skanowanie Ziemi w celu wyszukania tego ostatecznego bossa ciągnęło się, a ja nie mając nic innego do roboty gapiłem się w ekran z powiadomieniami. W tym czasie miałem już wszystko wybudowane, a ostateczne budynki i ulepszenia przez swoją późną dostępność w grze (prawie sam koniec) nie robiły na mnie wrażenia. To już było tylko klikanie i akceptowanie byle szybciej przejść do finałowego zadania. Wreszcie, kluczowy cel był przede mną. Misja, taka jak zawsze - zabić! Gdy stanąłem oko w oko z ostatecznym bossem, gra jak na złość zawiesiła się. Na dobitkę musiałem powtarzać całe zadanie od nowa, dodatkowa godzina w plecy... Po ukończeniu gry, dostałem krótki przerywnik, w którym jeden z moich żołnierzy odgrywa kluczową rolę (niestety, nie zżyłem się z żadnym z nich), a ja nic nie poczułem.

MELDUNEK

Po ukończeniu Xcom poczułem ulgę - nie dlatego że pokonałem złego kosmitę, ale temu, że mogłem odłożyć grę na bok. Nie oszukujmy się, tytuł ma swoje plusy i minusy. Największą wadą jest ilość czasu jaki trzeba poświęcić na jej ukończenie. Przez swoją monotonność, ograniczoną ilość zadań, map i obcych Xcom robi się nudny (może nie od razu, ale litości 30 godzin i więcej?). Nie mniej, gra potrafi też wciągnąć. Budowanie "domków", wysyłanie ludzi na misje, walka z obcymi i całe te planowanie działa jak czarna dziura - wsysa i nie puszcza! Jak masz dużo wolnego czasu to polecam, a dla całej reszty - tylko na własną odpowiedzialność.

Jak w tytule, UFO PORNO!




Kingdom Hearts na PS2, gra, którą uważałem za przeklętą, kolejny raz pojawiła się w moim życiu. Przypadek? Raczej coś, co od dawna za m...


Kingdom Hearts na PS2, gra, którą uważałem za przeklętą, kolejny raz pojawiła się w moim życiu. Przypadek? Raczej coś, co od dawna za mną chodziło. Pierwszy raz zetknąłem się z Kingdom Hearts przed telewizorem w trakcie oglądania kultowego Hypera. Pamiętam to jak przez mgłę... Donald, Goofy i jakiś chłopak przebrani za upiory, syreny i inne dziwne rzeczy. Playstation 2 przez swoją cenę nie miało szans stać w moim pokoju. Niemniej, znani bohaterowie i inne postacie prosto z uniwersum Disneya wydawały mi się całkiem dobrym pomysłem. Wtedy czułem tylko przelotne zainteresowanie... jak szybko przyszło tak też odeszło. A może nie?

I've been having these weird thoughts lately... Like, is any of this for real... or not? 

Wreszcie, nadeszła ta chwila i stałem się oficjalnym posiadaczem Playstation 2. Ojciec zgodził się na kupno dwóch gierek dla mnie. Pojechaliśmy do Empiku (nie ogarniałem zbytnio gdzie można kupować gry). Wybór nie powalał, a lekka sugestia ze strony ojca, żebym skupił się na sekcji Platinum (cena 50 zł sztuka) była nie do podważenia. Przesuwając palcem po nazwach różnych pozycji, szybko trafiłem na Tekken 5. Bez namysłu wyciągnąłem i zacząłem przeglądać dalej. Zatrzymałem się na dużym napisie Kingdom Hearts. Wyciągnąłem z półki i zacząłem oglądać opakowanie z każdej strony. Okładka z postaciami wyglądała fajnie, był na niej Donald, Goofy i ten chłopak z wielkim kluczem. Nie wiem co mną kierowało, ale odłożyłem pudełko z powrotem na regał, i sięgnąłem po jakieś F1. Tak blisko, a jednak tak daleko...

Lata mijały, a ja znów zapomniałem o Kingdom Hearts. Do chwili gdy poznałem moją dziewczynę. Tak jak ja, posiadała Playstation 2 i tonę "kopii zapasowych gier". Po kolejnych rozmowach pojawił się temat Kingdom Hearts. Moja dziewczyna miała już dawno za sobą tą, jak i kolejne części. Bardzo chwaliła tą serię i gorąco mi polecała. Któregoś razu dałem się przekonać i zasiadłem przed konsolą. W tej chwili rozpoczęła się i zaraz zakończyła moja przygoda.


Falling... Falling... Into darkness.

Moja podróż z Kingdom Hearts zaczęła się na drobnej wyspie położonej gdzieś na środku oceanu, która wyglądała  na małą, jednak bardzo szybko mnie przygniotła i pokonała swoim ogromem. Sora, jest głównym bohaterem, w którego miałem okazję się wcielić. Trochę naiwnie wyglądający chłopak ze źle dobranymi butami (bardzo mnie to drażniło), razem ze swoim kolegą Riku i koleżanką Kairi żyli sobie na tym tropikalnym kawałku ziemi. Początek gry, to także samouczek, w którym mogłem przyzwyczaić się do sterowania postacią jak i kamerą. Pod względem fabuły czułem lekkie zażenowanie. Sora i Kairi to dzieciaki w wieku 14 lat, a ich przyjaciel Riku jest starszy (łaaaał cały rok różnicy). Nie mniej, w ich oczach był to swego rodzaju lider czy wódz, którego słowo liczyło się najmocniej. Oczywiście Sora widział w nim też swego rywala o pozycję w stadzie jak i serce Kairi. Sparing by sprawdzić kto jest silniejszy, czy wyścig dookoła wyspy w którym nagrodą jest wyznanie swych uczuć koleżance były dla mnie zbyt typowe i zniechęcające. Gwoździem do trumny okazało się zbieranie materiałów potrzebnych do zbudowania tratwy. Tutaj poległem i porzuciłem Kingdom Hearts czując wielki niesmak i zdziwienie, że ktoś uważał to za dobrą grę.


Oh, yeah? Well, you'll see. I'm gonna get out and learn what's out there!

Razem z moją dziewczyną często wracaliśmy do tematu Kingdom Hearts. Dlaczego go zostawiłem, nie dając okazji pokazania swej zawartości. Miałem różne wymówki, a to telewizor stary i słabo na nim widać, a to te buty Sory, które komentowałem na każdym kroku, albo nie najlepsze sterowanie czy praca kamery. Nie chcesz grać w gry, które ja Ci polecam. Często miałem to w uszach i nie wiedzieć czemu, strasznie się przed tym broniłem. Cóż, trzeba wziąć pada i mieć to za sobą. Niestety, kolejny raz gra mnie pokonała... Choć zrobiłem mały postęp i udało mi się wydostać z tej przeklętej wyspy. W nowej lokacji, Kingdom Hearts mnie wymęczył. To dla mnie zbyt wiele, te całe plątanie się w kółko, nie zrozumiałe cele, losowo pojawiający się przeciwnicy i uganiania się za nie wiadomo czym. Koniec, mam tego dość! Wyłączyłem konsolę z przekonaniem, że to nie jest tytuł dla mnie i nigdy więcej nie chce do niego wracać.


That's the power of the Keyblade!

Minęło kilka lat. Ukończyłem wiele pozycji, jednak moja dziewczyna miała do mnie zawsze mały żal, że nie dałem się przekonać do Kingdom Hearts. Momentami nie chciałem o tym rozmawiać, bo od razu przed oczami miałem tą przeklętą wyspę i ogromne buty głównego bohatera. Choć nie ukończyłem Kingdom Hearts, a widziałem, że wydają kolejne części to cały czas szyderczo drwiłem i komentowałem głupotę i wyzysk jaki zrobili z tego uniwersum. To była prawdziwa maszynka do dojenia kasy, co raz wypuszczano nową zremasterowaną edycję, w których zmiany okazywały się szczątkowe. Takie coś tylko podsycało moje negatywne nastawienie do tej serii. Wszystko jednak zmieniło się na tegorocznych mikołajkach...

Mam paru znajomych, którzy tak jak ja lubią grać. Od czasu do czasu robimy sobie takie małe spotkania w wiadomym celu. W tym roku zorganizowaliśmy sobie skromną mikołajkową zabawę z losowaniem gier. Kumpel przede mną rozpakował swój prezent, Resident Evil 4 w cudownym steel booku, czułem zazdrość. Niemniej, to dało też nadzieję, że i ja zaraz wyciągnę taką petardę. W celu zwiększenia szansy na wylosowanie lepszej gry, poprosiłem o pomoc swoją dziewczynę. Tak, wyciągnęła ze stosu nic innego tylko przeklęte Kingdom Hearts, i to jeszcze w wersji Platinum! Ona była wzruszona i pełna nadziei, że z takim argumentem nie wygram i teraz na pewno zagram. Cóż mogę powiedzieć, po prostu idealnie...
Przeznaczenie?
Zabawa minęła, a zaczęły się prawdziwe święta. Dłuższa przerwa od pracy to idealny czas, żeby poświęcić cały lub kilka dni na granie. Miałem ochotę na coś z PS2. Oczywiście moja dziewczyna od razu podrzuciła Kingdom Hearts. No cóż, byłem w trakcie przechodzenia Ninja Gaiden Back i próbowałem swych sił z Hamtaro, więc może wcisnę tego kingdoma gdzieś tam pomiędzy. Od ostatniej próby minęło dobre 5 lat, a w mojej pamięci utknęła tylko przeklęta wyspa i za duże buty. No nic, zaczynamy...


W trakcie oglądania pierwszego filmiku z gry poczułem jakby jakiś szaman Orków z Heroes 3 rzucił na mnie battle boosta motywującego do skoku w świat Kingdom Hearts. Niestety, poza genialnym openingiem i utworem, który do tej pory powoduje ciarki na mojej skórze, znowu wróciłem na tą wyspę. Nie chciałem tak łatwo się poddać. Obok mnie zasiadła moja dziewczyna, która służyła radą w ciężkich chwilach. Dzięki niej, wiedziałem kto jest kim i skąd pochodzi. Głównie chodziło o postacie z serii Final Fantasy, które przewijają się przez całą grę. Po ciągłym krytykowaniu Sory, jego butów i kompanów, wydostałem się z wyspy i rozpocząłem swoją przygodę. Wiem, że gadam w kółko o tym samym, ale podróżowanie między lokacjami męczyło mnie. Nie ma tu żadnej mapy, a kolejne plansze wyglądają bardzo podobnie. Często gubiłem się i nie wiedziałem dokąd iść. Na dobitkę cały czas pojawiali się przeciwnicy, którzy swoją żywotnością niepotrzebnie wydłużali moje męczarnie. Chwilami myślałem, że to jakieś błędy, które uniemożliwiały mi dalszy postęp.


Wreszcie, wyrwałem się z tej lokacji i zobaczyłem co mnie czeka. Gra, to zbiór malutkich planetek z różnych bajek Disneya, na których będziemy "pracować". Pierwsze skojarzenie? Spyro! Tarzan, Herkules, Aladyn czy Alicja z krainy czarów to tylko garstka postaci jakie spotkałem na swojej drodze. Oczywiście, jak wyżej wspomniałem są tu też bohaterowie z Final Fantasy. Cloud, Leon czy Aeris. O nich nie wiedziałem nic. Kolejny raz moja dziewczyna okazała się niezastąpiona dzieląc się swoją wiedzą. O samej fabule nie ma się co rozpisywać. Jesteśmy posiadaczem Keyblade - klucz i broń w jednym. Poszukujemy naszych zaginionych przyjaciół Kairi i Riku. Fabuła - kiczowata i przewidywalna. Przemiany bohaterów czy naiwne gadanie o mocy przyjaźni robiło mi się niedobrze...(może przez mój wiek?). Sora pod względem walki nie jest najlepszy. Śmierć przychodziła często i to podczas zwykłych starć. To tylko podsycało we mnie chęć krytykowania jego nieudolności. Kiedy czułem, że wreszcie zaczynam to ogarniać i czerpać przyjemność z gry, zaraz coś mnie gasiło. A to jakiś labirynt, wracanie się po kilka razy do tej samej lokacji czy walka z tym samym bossem. Lekko piętnaście godzin w grze, a nadal eksplodowałem z nerwów bo nie mogę pokonać podstawowego bossa. Wyłączałem konsolę mieszając grę z błotem, a następnego dnia wracałem jakby nigdy nic. Satysfakcja z dokopania mendzie z poprzedniego dnia jest cudowna. Zaraz pojawiał się kolejny dupek i cała zabawa zataczała koło. W kluczowych scenach nie potrafiłem zachować powagi. Drwiłem z akcji dziejących się na ekranie. Wreszcie po 30 godzinach udało mi się ją ukończyć! Pokonałem ostatecznego Bossa, który musiał transformować się dwadzieścia razy zanim padł trupem. Walka choć długa, dała mi wiele frajdy. Dobicie tej gnidy i radość z ukończenia przeklętego Kingdom Hearts spowodowała uśmiech na mojej twarzy. Wreszcie mogłem rzucić to na bok i nigdy do tego nie wracać!


The heart may be weak. And sometimes it may even give in. But I've learned that deep down, there's a light that never goes out!

Na ekranie pojawiła się kolejna custscenka, na której spotykamy kluczowe postacie, a potem...


Oglądając ostatni filmik poczułem szczęście, niespowodowane ukończeniem gry, a na myśl o przygodzie którą właśnie odbyłem. Podróż choć pełna nerwów i gorzkiego smaku okazała się taka tylko na powierzchni. Przebijając się głębiej trafiłem do samego środka, do Kingdom Hearts. W tym momencie nie widziałem już głupich labiryntów, powtarzalnych przeciwników czy złej pracy kamery. Miałem przed sobą niesamowitą historię, w której połączono dwa uniwersa. Napotkane na mej drodze planety, gdzie miałem możliwość uczestniczyć w historiach z Disney-owskich bajek to strzał w dziesiątkę. Ewolucja trójki bohaterów, którzy w trakcie swej podróży z bandy kłótliwych i niezgranych kompanów stworzyli silną przyjaźń - choć banalna to poruszyła moje serce. Disney znów to zrobił. Mimo znanej i przewidywalnej formuły oczarował mnie.

Kingdom Hearts okazał się dla mnie nie lada wyzwaniem. Przestarzała mechanika gry czy praca kamery jest czymś z czym nie miałem dawno do czynienia. Trochę zardzewiałem i zapomniałem jak to się grało kiedyś, gdzie nie wszystko podano pod nos, a gra nie prowadziła mnie za rękę. Nie powiem, rozgryzienie "jak w to grać" trochę mi zajęło, ale teraz mam ochotę wziąć pada do ręki i tam wrócić. Czy polecam? Chyba tak, moja przygoda z Kingdom Hearts trwała dobre 10 lat, ale jestem naprawdę szczęśliwy, że wreszcie spróbowałem. Kolejny raz tylko żałuję, że wcześniej nie poddałem się radom mojej dziewczyny, aby dać szanse tej grze. Więc, chciałbym podziękować jej za to, że mimo mojej upartości, wytrwała w tym i przekonała mnie do kolejnego tytułu, który polecała mi od dawna. Dzięki niej znowu miałem okazję zagrać w jedną z najlepszych gier w moim życiu. Dziękuję Ci Żaneta!



Witam wszystkich świeżo po świętach! Prezenty rozdane, stół wigilijny wyczyszczony z jedzenia, więc jak najbardziej wypada w coś pograć...


Witam wszystkich świeżo po świętach! Prezenty rozdane, stół wigilijny wyczyszczony z jedzenia, więc jak najbardziej wypada w coś pograć. Ten okres w roku doceniam najbardziej, głównie przez ilość wolnego czasu jaki mogę spożytkować na swoje ulubione hobby. Od razu pisze, gram w kilka tytułów na raz, a ten jest jednym z nich.


Hamtaro: Ham-Ham Heartbreak, co to do cholery w ogóle jest? No to w skrócie: Hamtaro to chomik z Japońskich kreskówek, który doczekał się również kilku gier. W Japonii jest to bardzo znana postać, głównie przez swój uroczy wygląd i troszkę dziwne podejście do życia. Gryzoń jest na tyle rozpoznawalny, że w pewnym momencie przebił pod względem popularności samego Pikatchu! Jeżeli chodzi o grę. Została ona stworzona i wydana przez Nintendo, więc o jakość produkcji nie powinniście się obawiać.


Gra dostępna tylko na Nintendo Gameboy Advance (legalnie). Inni mogą zagrać na smartfonie czy przerobionym psp. Dobra, wskakujemy! Po przejściu przez panel wyboru języka i nazwaniu naszego chomika i jego partnerki rozpoczyna się gra. Widzimy szarego chomika w przebraniu diabełka, który swoim trójzębem przebija serduszka zakochanych chomików (Jezu, stary w co ty grasz?). Cicho cicho jest dobrze zobaczycie. Wracając, zauroczone sobą chomiki po spotkaniu z widłami "diabełka" są na siebie obrażone i rozchodzą się. Po krótkiej chwili przed szarym gryzoniem stajemy my, czyli Hamtaro. Niestety, nie możemy nic zrobić, a zły chomik wręcz taranuje nas. Na szczęście wszystko to okazało się snem! Do naszego łóżka przybiega większy chomik o imieniu Boss, który nas wybudził z tego koszmaru. Każe nam szybko się ogarnąć i zejść na dół. Na górze nie ma za bardzo nic do roboty więc podążamy za naszym szefem. Niestety, Hamtaro potyka się na schodach i przewraca wiadro z wodą na chomikowy słownik. Tak, nasz bohater jest troszkę roztrzepany i gapowaty. Boss lekko załamany tłumaczy nam, że przez naszą nieuwagę będziemy musieli od nowa uczyć się "języka chomików". Pierwsze cztery słowa przekazuje nam osobiście, a resztę będziemy odkrywać podczas naszej podróży. Zanim jednak, zaczniemy działać, musimy odnaleźć Bijou, naszą chomikową partnerkę. Po wykonaniu wszystkich zadań w odpowiedniej kolejności udaje nam się ją odszukać. Szczęśliwi wracamy do domu, aż nagle pojawia się on! Ten diabeł chomik. Po krótkiej rozmowie dowiadujemy się, że to on stoi za rozwalaniem związków i czerpie z tego dużą przyjemność. (no nie domyśliłbym się) A jego imię to...
SPAT
I to z grubsza tyle jeżeli chodzi o fabułę. Nasza przygoda będzie polegać na pomaganiu innym chomikom, uczeniu się nowych słów, które ułatwią nam podróż i eksplorację nowych miejsc. Gra jest typową przygodówką, w której będziemy często się wracać z "pomieszczenia do pomieszczenia". Zdobądź potrzebny przedmiot, daj go innemu chomikowi, który w zamian przekaże nam inną kluczową rzecz. Niby nic specjalnego, więc co jest tak ciekawego, że aż chciałem ujawnić się z graniem w jakaś grę dla małych dziewczynek? No cóż, tutaj chyba naprawdę Nintendo zadziałało swoimi zaklęciami. Gra, jest po prostu śliczna! Plansze są naprawdę fajnie wykonane i różnorodne. Ogromna ilość słownictwa, którą się uczymy będzie nam pomagać na każdym kroku, a urocze chomiki są po prostu niesamowite. No i mój najważniejszy argument. Sprite'y, z których zostały wykonane wszystkie gryzonie, to jest majstersztyk! Ilość pracy włożonej w ich stworzenie, detale i całą różnorodność. Nie potrafię oderwać od nich oczu. Ktoś w Nintendo naprawdę się postarał, bo gra choć wyszła na słabym sprzęcie to wykorzystano jego możliwości w stu procentach. 


Co mogę powiedzieć... gra dla małych dziewczynek, którą polecam! Fajna i luźna przygoda z lekkim humorem i nietypowymi rozwiązaniami. Idealna, na niezobowiązujące granie z doskoku pomiędzy dużymi tytułami. 

Przyznaję, trochę się tu zakurzyło. Przed oczami mam dziki zachód i te toczące się sianko, ale mniejsza o to! Nie ma co się tłumaczyć, ...


Przyznaję, trochę się tu zakurzyło. Przed oczami mam dziki zachód i te toczące się sianko, ale mniejsza o to! Nie ma co się tłumaczyć, jesteśmy przecież dorośli - chyba. No cóż, oprócz skakania z jednej części Monster Huntera na drugą, nie miałem zbytnio czasu na nic innego. Znalazłem nowe hobby, o tym kiedy indziej. Swego czasu zacząłem grać w Batman Begins na PS2, które otrzymałem jako prezent od mojego dobrego przyjaciela. Po wielu podejściach udało mi się go ukończyć i przyszedłem się tutaj pochwalić. Żeby nie było, te kilka przystąpień nie było spowodowanych tym, że gra jest nudna, po prostu brakowało czasu.


Batman Begins - w mocnym skrócie to gra z 2005 roku wydana przez EA ze starym sloganem "Challenge Everything" oparta na filmie o tym samym tytule. Wcielamy się w tytułowego człowieka nietoperza i śledzimy jego poczynania, aby stać się w końcu tytułowym Batmanem. Gra to typowa platformówka z elementami bijatyki, skradanki i znajdziemy tu też proste zagadki logiczne. Jednak, żeby nie było zbyt nudno mamy też okazję zasiąść za kółkiem Tumblera czyli pierwszego Batmobila!
To tutaj będziemy napajać strachem naszych przeciwników przez różnego rodzaju sztuczki w celu osłabienia ich morale. Tak, ten sam system został potem rozwinięty w serii Arkham. Wyciąganie kluczowych informacji z pobitych ochroniarzy, wykorzystywanie najnowszych gadżetów do hakowania kamer lub otwierania drzwi. To i wiele więcej znajdziecie tutaj.


Ogromnym plusem jest tutaj dubbing. Dzięki licencji filmowej, wszystkie postacie w grze mają swoje oryginalne głosy. Michael Cain, Christian Bale, Liam Neeson, Gary Oldman czy Morgan Freeman - cała ekipa na pokładzie! Dodatkowo, gra rzuca w nas przerywniki pomiędzy rozdziałami w postaci, krótkich filmików wyciętych prosto z filmu. Przez taki zabieg możemy bardziej wczuć się w klimat gry. O samej fabule nie ma co mówić, jeżeli oglądało się film to nic nas nie zaskoczy. Jedyna różnica jest taka, że tym razem to my ustalamy komu skopiemy najpierw tyłek, zamiast tylko biernie patrzeć z boku na całą akcje. 


Nie ukrywam, gra jest już trochę stara - 12 lat! Nie mniej, nie zestarzała się zbytnio i bawiłem się przy niej wyśmienicie. Słysząc co raz głos, któregoś z aktorów byłem pod wielkim wrażeniem włożonej pracy. Muzyka i przerywniki budziły we mnie miłe wspomnienia związane z filmem, a fakt, że mogę go sobie odświeżyć w taki sposób jest naprawdę dużym plusem. Podsumowując, Batman Begins moim zdaniem to jedna z najlepszych gier opartych na licencji filmowej (niby żadne osiągnięcie). Dobrze poprowadzony scenariusz żywcem wyciągnięty z filmu bez jakichś udziwnień uważam za dobry ruch. Gra nie jest jakaś super długa, a ostatni boss jest naprawdę zaskakujący. Co mnie zdziwiło to brak kolejnych części gier, przecież Batman wyszedł w formie trylogii! Wszystkim fanom nietoperza z ręką na sercu polecam.