Jakoś w czerwcu tego roku rozmawiałem ze znajomymi o grach. Temat zszedł szybko na klasyki z dzieciństwa, pośród wielu tytułów padła też Tibia. Przez chwilę czuć było jakąś niepewność w atmosferze - czy Cię wyśmieją czy nie. Okazało się jednak, że wszyscy w to grali i dobrze wspominają tamte czasy. Od tego momentu minęło trochę, a ja wciąż w głowie gdzieś miałem tą starą grę. I wiecie co? Zainstalowałem klienta, stworzyłem postać i zacząłem grać! Ostatni raz byłem tutaj w okolicach gimnazjum, więc uwierzcie mi - zmieniło się i to sporo.
Tibia nostalgiczny powrót po latach
10:25:00Jakoś w czerwcu tego roku rozmawiałem ze znajomymi o grach. Temat zszedł szybko na klasyki z dzieciństwa, pośród wielu tytułów padła też...
Jakoś w czerwcu tego roku rozmawiałem ze znajomymi o grach. Temat zszedł szybko na klasyki z dzieciństwa, pośród wielu tytułów padła też Tibia. Przez chwilę czuć było jakąś niepewność w atmosferze - czy Cię wyśmieją czy nie. Okazało się jednak, że wszyscy w to grali i dobrze wspominają tamte czasy. Od tego momentu minęło trochę, a ja wciąż w głowie gdzieś miałem tą starą grę. I wiecie co? Zainstalowałem klienta, stworzyłem postać i zacząłem grać! Ostatni raz byłem tutaj w okolicach gimnazjum, więc uwierzcie mi - zmieniło się i to sporo.
Mój pierwszy zakupiony oryginał cz.2
16:24:00Odkładanie kasy w końcu dało pozytywny efekt i pewnego, pięknego dnia wręczyłem Ojcu całą uzbieraną sumkę. Było to około 140 złotych - kupa...
A co było w środku? W pudle znajdowały się:
- dwie płyty; jedna z właściwą grą i druga ze spolszczeniem wraz z dodatkowymi mapkami,Instalacja przebiegła bez problemów i już chwilę później powitała mnie animacja słynnego miecza przebijającego globus z napisem "New World Computing". Intro opowiadało nastomiast krótką historię o śmierci Lorda Ironfista i konflikcie potencjalnych następców - Rolanda i Archibalda. W końcu zobaczyłem ekran znajomej uliczki z karczmą i nastąpił pierwszy szok. Cóż to za miód dla moich uszu płynący z głośników? Oczywiście muzyka, ale jakby stworzona zupełnie od nowa. Plumkanie w formacie midi znane z wersji demo zostało zastąpione soundtrackiem w jakości audio cd z pełnym instrumentarium a nawet chórkami! Niesamowite! W samej grze było jeszcze lepiej; każdy zamek miał swój świetnie dopasowany motyw muzyczny, podobnie jak i rodzaj terenu po którym się poruszaliśmy. Bitwy zaś były pełne bębnów, okrzyków i jęków konających żołdaków.
Nad grafiką nie będę się rozpływał, bo gra w zasadzie wyglądała tak samo pięknie jak w wersji demo. Przybyło oczywiście szczegółów, detali i obiektów na mapie świata. W kampanii można było wybrać po której stronie konfliktu się opowiemy, a po rozegraniu kilku misji wróg kusił nas do przejścia na jego stronę! Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Któregoś dnia klikając po menu gry odkryłem (ukrytą dosłownie za drzwiami karczmy) zapowiedź Might and Magic VI - ta grafika na obrazkach wydawała mi się niemal fotorealistyczna i jeszcze ta sugestywna, stopniująca napięcie muzyka powodowała ciary na plecach.
Największe wrażenie zaraz po muzyce zrobił na mnie edytor map. Gdy znałem już większość pojedynczych scenariuszy zacząłem dłubać przy własnych mapach i zabawa rozpoczęła się właściwie od nowa. Można było zaprojektować właściwie wszystko, od krain, rozlokowania surowców, układu sił, aż po własne teksty w butelkach dryfujących po wodzie. Dobrze, że wszystkie oceny w szkole były już w zasadzie wystawione to i rodzice łaskawiej patrzyli na mój nowy nałóg i pozwolili trochę posymulować chorobę ;)
Poziom trudności był bardzo dobrze wyważony, a dzięki polskiej instrukcji i napisom w grze było mi znacznie łatwiej stawiać kolejne kroki. Oczywiście, nadal zdarzały się porywy z motyką na słońce, tyle że już na znacznie mniejszą skalę niż w jedynce. A to jednym razem mój oddział został "wchłonięty" przez armię duchów, innym natomiast komputerowy przeciwnik za dobrze się rozwinął i po prostu zaspamował mnie żywiołakami przywoływanymi z zaklęć. Chyba najbardziej bolesną lekcją była zła odpowiedź udzielona na zagadkę sfinksa. Jak to? Mój heros zniknął? Z całą armią??? Tak po prostu?! Życie...
Niestety jeśli chodzi o zawartość mojego pierwszego oryginału to została mi jedynie ulotka z drzewkami rozwoju zamczysk oraz jednostkami. Z tego co się orientuję odkupienie całego dużego pudełka (polskie wydanie) wraz z zawartością dziś jest nie lada wyzwaniem. Nie tracę jednak nadziei, a na osłodę zawsze mogę pożyczyć od żony płytkę z Kolekcji Wszechczasów, a w razie potrzeby sięgnąć też do instrukcji. Niestety nie pamiętam już czy to jest oryginalny przedruk czy też treści powstały zupełnie od nowa.
Na koniec warto odpowiedzieć sobie na częste pytanie zadawane przez fanów serii. Która wobec tego część jest lepsza? Dwójka czy trójka? W Heroes of Might and Magic III zostały ulepszone w zasadzie wszystkie aspekty znane z części II i to w tych herosów zdarza mi się częściej grywać. Nie zmienia to jednak faktu, że Heroes of Might and Magic II: The Succession Wars zawsze będzie numerem jeden z moim sercu choćby z racji tego że było to moje pierwsze zakupione za własne pieniądze pudełko z grą.
Ratchet & Clank PS4
11:21:00Ratchet i Clank to seria znana nie od dzisiaj. Swoje początki miała na konsoli Playstation 2, jednak ja pierwszy raz miałem z nią stycz...
Ratchet i Clank to seria znana nie od dzisiaj. Swoje początki miała na konsoli Playstation 2, jednak ja pierwszy raz miałem z nią styczność dopiero na Playstation 3. Dzisiaj natomiast chciałbym wypowiedzieć się na temat wersji z Playstation 4 czyli po prostu Ratchet & Clank bez żadnych podtytułów. Choć cały zbiór epizodów o Lombax'ie i jego mechanicznym przyjacielu uważam za znakomite (ograłem wszystkie części), tak kolejna przygoda nie napawała mnie optymizmem. Moim zdaniem seria została w 100% wyeksploatowana i już nie wiem co by mogło Sony zrobić żeby tchnąć nowe życie w to uniwersum. Jednak Japończycy podeszli do tego całkiem sprytnie, najpierw wypuścili film pełnometrażowy o takim samym tytule po czym wydali grę. To wręcz idealny zabieg, aby zaprosić nowych (w szczególności młodszych) odbiorców do tego świata. Film oczywiście obejrzałem i uważam, że był w porządku. Kilka razy się uśmiechnąłem, a nawet zrobiłem lekkie heh. Więc jeżeli staremu koniowi się podobało to młodzi też powinni polubić. Tym bardziej, że po filmie szykowała się na horyzoncie pełnoprawna gra, a nie jakiś mały HD4K bzdurny kotlet. No to zaczynajmy.
![]() |
| Polski dubbing, jak ja cie nienawidzę! |
Postanowiłem zagrać na najwyższym poziomie. Pomyślałem, że podnosząc poprzeczkę wydłużę sobie zabawę. Niestety, ten najtrudniejszy poziom nie był tak ciężki jak myślałem. Przyznam się bez bicia, że zginąłem kilka razy, ale były to raczej małe błędy, a nie przebiegłość i wysoka inteligencja przeciwników. Szczerze, to ten poziom chyba tylko zmienia prędkość z jakim zdobywamy doświadczenie i "rozwijamy naszą postać". Tak zgadza się, Ratchet nadal ewoluuje (w poprzednich grach tak robił) jak również i jego bronie - ale o nich za chwilę. Co do samego Lombaxa to wraz z pokonanymi przeciwnikami zdobywamy troszkę doświadczenia. Po uzyskaniu odpowiedniej liczby wzrasta pasek naszego życia. Tak, dokładnie i nic poza tym. Nie skaczemy wyżej, nie zdobywamy nowych umiejętności. To nie oznacza, że zabawa jest monotonna. Ratchet na swojej drodze znajduje co raz to nowe śmiercionośne bronie jak i gadżety, które pomogą mu w jego podróży.
Bronie - to moim zdaniem jest znak całej serii. I kolejny raz twórcy nie zawiedli, znalazłem pośród nich moje ulubione klasyki w tym predatora czy disco granat. Zapytacie co to jest to drugie, o kurczę, trzeba mieć naprawdę głowę żeby wymyślić coś takiego. Granat, który zmienia się w kulę dyskotekową, a przeciwnicy zaczynają tańczyć w jej zasięgu. Co najlepsze, nie ma mowy żeby któryś z przeciwników nie wpadł w gorączkę tańca kiedy jest w polu rażenia tej broni. Ten granat działa na każdego, od maleńkiej żabki po ogromnego bossa z którym właśnie toczymy pojedynek. Powiem wam, że takich broni jest więcej, a znajdzie się też kilka nowości. Wielkim plusem tych wszystkich środków bojowych jest to, że można je ze sobą łączyć w mega kombinacje ataków. Nie ma tutaj mowy, że po użyciu jakiegoś granatu, kolejny pocisk wystrzelony z rakietnicy nie zadziała. Insomniac dbało o te detale od zawsze i to uwielbiam w Ratchet & Clank - totalna rozwałka. Nie można też zapomnieć o najważniejszym, nasze bronie też ewoluują. Zgadza się, im dłużej używamy jakąś broń tym staje się ona mocniejsza. Dodatkowo, na mapach znajdują się sklepy w których możemy kupić unikatowe ulepszenia, aby jeszcze efektowniej i efektywniej siać zamęt na arenie.
Nie można też zapomnieć, że Ratchet & Clank to gra platformowa. Przez całą czas, będziemy skakać, biegać, pływać czy chodzić po suficie, a to wszystko pod gradem pocisków naszych przeciwników. Proste łamigłówki i wszelkiego rodzaju znajdźki rozsiane są po całym kosmosie, a opcja podróżowania od planety do planety zawsze robiła na mnie wrażenie. Za każdym razem byłem podekscytowany gdzie tym razem wyląduję i co tam zobaczę. I kolejny raz nie zawiodłem się, chociaż, niektóre motywy znane są z pierwszej części zostały zbudowane od zera, a pomysłowość Insomniac nadal zaskakuję. Klasycznym zagraniem jest nie możność dostania się do wszystkich miejsc od samego początku. Gra będzie nas zmuszała do podróży w kolejne nieznane miejsca w celu zdobycia odpowiedniego przedmiotu umożliwiającego nam eksplorację wcześniej niedostępnych zakamarków. Nie martwcie się, większość z tych ukrytych ścieżek jest opcjonalna i nie wpływa na rozgrywkę - ot takie lekkie wydłużenie czasu rozgrywki.
Podsumowując, Ratchet & Clank 2016 to naprawdę dobry reset serii. Powiew świeżości i zachowanie trzonu klasyków idealnie się scaliły tworząc mocną pozycję na konsolę Playstation 4. Piękna animacja, lekka przygoda z tradycyjnym dla serii humorem to świetna przynęta na takich jak ja, ale również i świeżaków. Więc, jeżeli lubisz sobie postrzelać do śmiesznych stworków, poskakać z platformy na platformę i pośmiać się z głupkowatych żartów to ta gra jest dla Ciebie. Oczywiście mówię o wersji w języku angielskim, jednak nie bądź zrażony drogi czytelniku, polski dubbing też jest w porządku - ja od zawsze grałem w wersję angielską i nie potrafię wyobrazić sobie głos Ratcheta czy Quarka w wersji innej niż oryginalnej.
Mój pierwszy zakupiony oryginał cz.1
19:51:00W latach 90. kiedy jeszcze byłem uczniakiem szkoły podstawowej nie zastanawiałem się zbytnio czy gram w oryginalny tytuł czy też nie. Lwią ...
Podczas walk od razu rzucały się w oczy znakomicie animowane stwory i odwzorowane z najdrobniejszymi szczegółami detale - były nawet muchy otaczające podczas walki nieumarłe truchło! W Heroes of Might and Magic nie kojarzę muzyki, być może dlatego że na moim dysku był to najzwyklejszy pirat. Za to po usłyszeniu kilku nutek w drugiej części nie wyobrażałem już sobie grania inaczej niż tylko z włączoną ścieżką dźwiękową. Zapowiadają się nowe zamki, waleczni herosi, multum jednostek i jeszcze więcej rozbudowanych statystyk. Ja tę grę po prostu muszę mieć u siebie! Mało tego, taki tytuł trzeba mieć oryginalny, aby żadne błędy, wywalanie do pulpitu i dubbing zza wschodniej granicy nie popsuły mi obcowania ze światem Heroes of Might and Magic II. Nie mogłem liczyć na to, że ktoś mi grę sprezentuje dlatego też już wkrótce nadciągały miesiące żmudnego oszczędzania.
Monster Hunter World - 100 godzin później
14:28:00Od premiery Monster Hunter World minęło już trochę czasu (26 stycznia 2018), a ja zebrałem wystarczająco dużo doświadczenia by podzielić si...
Generator postaci był zawsze rozbudowany, ale tym razem Capcom poszedł na całego; na internecie można znaleźć setki postaci stworzonych przez innych graczy, a momentami łapałem się za głowę. Kreatywność człowieka nie zna granic (tak to wymyśl nowy kolor!). Tworząc postać starałem się podejść do tego poważnie, jednak będziemy ze sobą związani na dłuższy czas. Lecz jedna myśl nie dawała mi spokoju (po co to robisz, i tak zakujesz go w zbroję i tyle z Twojego tworzenia postaci), niedoczekanie! Po utworzeniu postaci i załadowaniu gry, mamy opcję w menu do wybrania naszego wyglądu. Czy chcemy żeby postać była widziana bez hełmu (hełm jest faktycznie założony) lub zdjąć hełm tylko w przerywnikach. Niby prosty zabieg, a jednak miło było oglądać swoją postać bez hełmu na filmikach. Oczywiście każdy łowca jest małomówny bo na gadanie nie ma czasu trzeba polować!
![]() |
| Frieza sama? |
Mapy
Nie będzie żadnym spoilerem jak powiem, że lokacji w grze jest całe 5. Niby mało, ale bronią się wykonaniem. Każda z nich została wypełniona bogatą zawartością po brzegi. Bujna roślinność, skaliste góry, bagna, rzeki, wodospady - można by o tym pisać godzinami. Wchodząc na którąkolwiek z map czuć, że gra żyje. Przechadzając się po dżungli, co raz napotykałem wszelkiego rodzaju stworzenia, od zwykłych gazeli przez latające ważki i inne ptaki, a patrząc pod nogi mogłem znaleźć siedliska mrówek czy żuczka toczącego kupkę. By urozmaicić zabawę Capcom dorzucił do gry specjalną sieć. Z jej pomocą możemy łapać wybrane zwierzaki za które otrzymamy dodatkowe punkty i nie tylko. Dużą nowością jest zbieranie w czasie biegu. Teraz nie trzeba zatrzymać się i klękać żeby zerwać wybraną roślinkę. Wystarczy biec obok niej, a gdy pojawi się przycisk do zbierania, postać złapie w rękę cały pęczek i pobiegnie dalej. Koniec ze ślęczeniem i klikaniem po kilka razy w celu wybrania całego miodu, teraz jednym przyciskiem wyciągniemy całość.
W grze dostępne będą dwa miasta z czego jedno to taka jakby "stancja" w której spędziłem łącznie 20 minut. Piszę o pierwszym mieście do którego trafimy czyli Astera. Ogromna wioska mieszcząca się nad brzegiem oceanu, otoczona wysokim płotem żeby żaden potwór nie próbował się wkraść do środka. Nasza baza podzielona jest na cztery poziomy:
Rynek - miejsce, w którym będziemy najczęściej. Wszędzie dookoła ludzie, stoiska i wszędobylski harmider. Tutaj kupimy podstawowe produkty, skatalogujemy napotkane potwory, zajmiemy się naszą mini farmą czy zbierzemy opcjonalne zadania. Podczas rozwoju fabuły napotkamy nowe postacie, które z czasem zdecydują się otworzyć swoje stoiska na rynku co tylko zaowocuję większym tłokiem i kolejkami (ile będę jeszcze stać po tą rybę!).
Pracownia - tego nie trzeba zbytnio opisywać, po prostu kowal. Z najważniejszych zmian Capcom dało drzewko rozwoju. Teraz przed ulepszeniem broni, możemy dokładnie sprawdzić co możemy otrzymać. Jeżeli nam się nie spodoba zawsze jest inna ścieżka do wyboru. Oczywiście wszystko nie jest pokazane od razu, im więcej potworów zabijemy tym drzewko rozwoju broni będzie się powiększać. Miłym zaskoczeniem jest sekwencja wykuwania oręża, takie drobne detale powodują uśmiech na twarzy i dają poczucie, że wszystko to jest bardziej naturalne.
Kantyna - kolejne znane miejsce z poprzednich serii, nie można iść na łowy z pustym żołądkiem, a nasi koci kucharze z finezją najlepszych szefów kuchni przyrządzą niesamowite posiłki. Oprócz przygotowanych dań, oddano nam do dyspozycji robienie własnych. Coś jak pizza do której dobieramy swoje ulubione składniki. Animacja gotowania jest zabawna i pocieszna, mimo 100 godzin na liczniku, wciąż potrafię ją oglądać z radosnym grymasem na twarzy.
Guild Hub - w poprzednich częściach miejsce to służyło do spotkań z innymi łowcami, wspólnej wyprawie na misję itd. Z nowości jest opcja Squad, czyli razem z kolegami możecie stworzyć swoją własną gildie (lobby). Dzięki temu omijamy całe wyszukiwanie się online, wpisywanie kodów by dołączyć do tej samej gry itd. Plus jest taki, że zawsze wchodząc do gry online mogę łączyć się od razu przez swój skład, a gdy nikt ze znajomych nie jest w tym czasie dostępny mogę grać sam lub z obcymi ludźmi (w sumie jak jestem online to czemu nie).
Z dodatkowych smaczków jak w każdym monsterze mamy swój pokój. No bo co to za łowca co nawet własnego kwadratu nie posiada. Na początku śpimy w jednym pokoju na łóżku piętrowym z innymi łowcami! Na szczęście są to NPC'y więc nie okradną nam skrzyni podczas naszej nieobecności. Jednak, gdy zagadamy do kociego zarządcy, zaoferuje nam przeniesienie do prywatnego mieszkania. W nowym pokoju jest luksus. Własne duże łóżko, wielkie akwarium dywanik i inne duperele. Z kolejnych usprawnień, po całym mieście (na każdym piętrze) jest chociaż jedna tablica z questami, teraz nie musimy ganiać do wyznaczonego NPC'a po zadania, tylko bierzemy go tam gdzie nam bliżej.
Otrzymaliśmy nieznaczne zmiany, system craftingu jest o wiele bardziej intuicyjny i nie musimy już pamiętać, co szło z czym lub sięgać do internetowych podpowiedzi żeby znaleźć konkretny przepis. Nie ukrywam chwile mi to zajęło, ale teraz za pomocą jednego przycisku mogę dodać sobie brakujące przedmioty do plecaka lub przenieść do skrzyni zebrane z wyprawy materiały. Przepakowanie się jest błyskawiczne!
Zadania w dalszym ciągu są podzielone na low i high rankowe. Nie ma już obowiązkowych celów typu przynieś wybraną ilość konkretnej roślinki lub jajo wywerny by posunąć fabułę do przodu. Capcom odpowiedział na wołania fanów, a może narzekanie hejterów odnośnie historii. Monster Hunter World ma pełnoprawny wątek fabularny, który został dobrze zrealizowany. Znajdziemy tu NPC'ów którzy będą towarzyszyć nam przez całą grę, a spora ilość przerywników wzmocni klimat naszej przygody. Mimo iż historia nie jest oskarowa to na swój sposób motywuje do interakcji i zachęca do dalszego rozwoju w celu odkrycia sekretów nowej wyspy. Wciąż, gdyby nawet sam DiCaprio grał tu jakąś rolę to nominacji do statuetki by nie otrzymał, nawet za wybitną grę aktorską.
Nie ma nowych broni (mowa o rodzajach), ale za to stare zostały poprawione i ulepszone. Niektóre wręcz uzyskały drugie życie. Przygodę zaczynałem z Giant Swordem (klasyk u mnie), a teraz jadę na Gunlance i Switch Axe - głównie ze względu na wybuchy i fajerwerki. Capcom zrobił świetną robotę, stare bronie mające świeże ataki dają wrażenie jakbym korzystał z kompletnie nowego oręża. Chociaż zrezygnowano ze skilli jak w Monster Hunter Generations, World wychodzi tu obronną ręką. Same starcia z potworami to nadal stary i poczciwy monster. Trzon walki nie został zmieniony, więc musimy uczyć się ruchów i zachowań bestii. Do dyspozycji mamy ogromny wachlarz gadżetów, a także sama mapa może okazać się sprzyjająca dla nas. Z nowości jest linka/chwytak, która pozwoli nam szybko przemieszczać się po wybranych miejscach. Za jej pomocą będziemy mogli dosiąść potwora, który z oczywistych powodów zechce nas zrzucić. Do plecaka możemy zabrać noże paraliżujące, usypiające czy trujące (niby po 5 każdego, ale 3-4 wystarczą na wywołanie pożądanych efektów). Bardzo ważnym czynnikiem staje się teraz miejsce starcia. W jaskini nad naszą głową może wisieć sterta skał, którą po strąceniu możemy upuścić na potwora. Na śliskim zboczu wykonamy efektowny zjazd na tyłku i wybijając się w odpowiednim czasie trzepniemy maszkarę i może uda nam się jej dosiąść. Jeśli nie, pod naszymi stopami znajdziemy żabę, która po kopnięciu zacznie wydzielać paraliżujący gaz - idealny do unieruchomienia potencjalnej ofiary (uwaga gaz działa też na nas!). Jednym z ważniejszych aspektów w walce to możliwość starć między potworami. Brawo Capcom zajęło Ci to trochę czasu (tylko 14 lat), ale udało się! Czekałem na to odkąd pierwszy raz miałem okazję zagrać w Monster Huntera. Dwie bestie spotykają się na swej ścieżce i dochodzi między nimi do walki. W poprzednich grach nie było o tym mowy, oczywiście potwory wykonując swoje sekwencje ataku mogły "ranić" innego potwora, jednak bardziej ze sobą współpracowały. Teraz mamy pełnoprawną naparzankę. Taki tyranozaur łapię w zęby biedną jaszczurkę, szarpie nią w powietrzu jak szmacianą lalką, by na koniec cisnąć o ziemię.
Choć map jest tylko 5 i są naprawdę świetnie zrobione, to po jakimś czasie stają się monotonne. Znając punkty respawnu potwora, od razu wiem gdzie muszę iść lub użyć szybkiego przemieszczenia żeby go dorwać. A propo całego przemieszczania. W starych monsterach na high-ranku i G-ranku wybierając obojętnie jakie zadanie lądowaliśmy w losowej lokacji. Capcom chciał zrobić to samo w World, ale zapomniał o jednej ważnej rzeczy. Możemy w każdej chwili użyć fast travel, więc lądując gdzieś na zadupiu, wciskałem panel i wybierałem dokładnie gdzie chcę być i tam się pojawiałem. Po co robić dodatkową zabawę w ekstra loadingi? Co do loadingów, są cholernie długie. Oczywiście gra po załadowaniu jest w pełni dyspozycyjna i nie uświadczymy żadnych punktów wczytywania podczas misji, jednak zanim to się stanie będziemy musieli trochę poczekać.
Kolejny raz Capcom chciał dobrze, ale przedobrzył. Miasto jest spore, jednak po dłuższym graniu (w monsterze 200h to normalny czas) to całe bieganie wychodzi mi bokiem. Najgorzej, że po każdej misji gra wyrzuca nas na targowisko, czyli trzeba zaliczyć kilka pięter przed kolejną misją. Kocia kantyna traci sens kiedy wiem, że mogę zjeść coś w obozie podczas misji. Największy minus to Guild Hub. Aby dostać się do niego, potrzebujemy dodatkowy loading czyli dłuższe czekanie. Gdy wreszcie dostaniemy się do środka, znajdziemy tu naszych kumpli do gry online. Jeżeli spełnimy wszystkie warunki co do questa (o tym zaraz), to możemy udać się na łowy. Po zakończonej misji, niespodzianka! Znowu jesteśmy na rynku... I tak po prostu jest, po każdej misji ze znajomymi, zamiast domyślnie odesłać nas do Guild Hub, wszyscy lądują u siebie na rynku i jeżeli chcemy zobaczyć się przed misją to musimy ponownie pobiec do windy, wybrać hub i czekać aż gra się załaduje. Z nową opcją brania questa z każdego piętra, cały ten hub dla graczy traci sens, odwiedziliśmy go kilka razy i już nie planuję tam wracać bo nie ma po co.
W poprzednich częściach mieliśmy oddzielnie grę dla pojedynczego gracza i zadania online. To było idealne, gdy koledzy nie mieli jak grać, mogłem skupić się na wykonywaniu misji związanych z fabułą, a potem wskoczyć z kumplami i bawić się w tropicieli potworów online. Teraz singiel i multi zostały połączone ze sobą. Niby fajna sprawa, że możemy wykonywać questy fabularne z kumplami, ale jest pewien haczyk. Przerywniki, przerywniki i przerywniki. Dopóki nie obejrzymy przerywników, nikt nie może do nas dołączyć, nawet jak ktoś już zaliczył wybrane zadanie, nie może dołączyć bo ja jeszcze nie obejrzałem cholernego przerywnika. Zdarzało nam się, że każdy pojedynczo musiał założyć grę, obejrzeć filmiki wyjść z gry i dopiero wtedy dało się założyć grę i wspólnie huncić. Genialne zagranie Capcom! Chyba bardzo zależało im na zrobieniu fabuły w nowej odsłonie, a czuje się jakby wciskali mi ją do gardła na każdym kroku. Trochę, ale tylko trochę ratuje fakt, że teraz po wykonaniu kluczowych zadań, nie musimy powtarzać ich tyle razy ilu jest graczy. Ukończywszy główny wątek myślałem, że teraz będę mógł zakładać "luźne zadania", a kumple bez problemu się dołączą. Niedoczekanie, gra jest skończona, a ja nadal muszę oglądać przerywniki, których czasem nawet nie ma, ale gra nie pozwoli dołączyć nikogo zanim nie obejrzę tych głupich filmików! Po ukończonej misji pojawia się pasek nagród i niestety nadal nie da się jednym przyciskiem zebrać wszystkiego do skrzyni. Odkąd pamiętam był przycisk "sprzedaj wszystko", ale "wyślij całość do skrzyni" już nie.
Wspominałem wcześniej o walkach między bestiami. Niestety, działa to losowo i częściej wolą wszystkie na raz skupić się na mnie zamiast walczyć ze sobą. Czasem specjalnie chowałem się w krzakach gdzie nie mogły mnie widzieć i czekałem aż zaczną się prać. A co one robią? Gapią się na siebie lub rozglądają w celu znalezienia mnie! Więc wyskakuję na nich, rzucam w jednego kupą żeby sobie poszedł i zajmuje się drugim. Lecz upierdliwość potworów w tej części jest tak ogromna, że czasem wystrzelam cały magazynek wyrzutni z kałem, a bestia z którą nie chce się bić dalej do mnie wraca. Najgorzej jak spotkają się 3 na raz, wtedy to już jest istny syf. To wygląda jak przepychanka w zatłoczonym autobusie. Jeden strzeli ogonem w pysk pasażera obok, a tamten kulą ognia plunie w kolejnego (przepraszam, Pan tu siedzi? Jeb piorun!). Plusem jest to, że czasem potwory ignorują nas i możemy przejść obok nich bez ryzyka zostania zaatakowanym (tylko wybrane). Jak mało jest map, tak i mało potworów. Widziałem już pierwsze informacje na internecie i na moją niekorzyść dostaniemy jakąś paczkę lub nawet kilka ze starymi potworami, yupi... Szkoda, bo nowe potwory wyglądają i walczą niesamowicie, nie potrzebuje tu kolejny raz tych samych bestii, które znam na pamięć i nie zaskoczą mnie w żaden sposób.
I to by było na tyle. Po stu godzinach widziałem dostatecznie dużo i wiem na czym stoję. Trzeba powiedzieć wprost; żaden Monster Hunter nie był idealny, ale z nową odsłoną widać, że Capcom próbuje eksperymentować (niekoniecznie dobrze im to wychodzi), ale przynajmniej się starają. Pomimo kilku drażniących kwestii to nadal gra o polowaniu na duże bestie. Warto też podkreślić, że jest ona przyjazna dla nowych użytkowników, więc osoby, które nigdy wcześniej nie miały okazji wypróbować gier z serii Monster Hunter tutaj mogą znaleźć swoje miejsce. Gra w bardzo prosty sposób wprowadza nas w świat łowców, a z czasem (poinformuje nas) podniesie poprzeczkę wysoko i da nam skosztować co to znaczy prawdziwe polowanie. A ja? No cóż, to jest to co lubię i pomimo kilku mocnych minusów znajduję tu wiele plusów przez, które mam ochotę codziennie uruchomić konsolę i wskoczyć na jakieś polowanie. Grę mogę śmiało polecić dla starych wyjadaczy, którzy jeszcze nie zdecydowali się na jej zakup. Nowicjusze i osoby, które nie miały okazji spróbować zabawy w łowce, to jest wasz czas, to jest gra dla was!
Ninja Gaiden Black - węże katany i inne maszkary
11:43:00Ninja Gaiden Black, gra platformowa z krwi i kości z mocnym naciskiem na cięcie przeciwników w wyrafinowany sposób. Jest to ekskluzywny ...
Ninja Gaiden Black, gra platformowa z krwi i kości z mocnym naciskiem na cięcie przeciwników w wyrafinowany sposób. Jest to ekskluzywny tytuł wydany na konsole Xbox (nie na One ani 360, tylko na poczciwego staruszka). Swego czasu, gdy byłem świeżym posiadaczem PS3, pobrałem sobie demko Ninja Gaiden Sigma. Kto by pomyślał, że jest to bezpośredni port z Xboxa. Niestety, gra kompletnie mi nie podeszła, nie wiedziałem zbytnio gdzie mam iść, a sterowanie było jakieś takie dziwne. No nic, chciałem w coś pograć na Xboksie więc czemu by nie dać szansy.
Nie lubię w grach backtracking'u, musi być naprawdę przemyślany, aby odbiorca nie odczuwał, że się wraca lub porusza po określonym terenie. Ninja Gaiden Black średnio sobie z tym radzi. Chyba głównie przez sporą ilość przejść, które są teraz niedostępne, ale potem powinny już być otwarte! Niby nic w tym złego, ale takich "drzwi" zbiera się nam do kupki całkiem pokaźna ilość, a spamiętać je wszystkie raczej nie da rady. Chociaż to, to jeszcze małe piwo. Nie narzekam nawet na respawn "odradzających się przeciwników" - backtracking przeważnie tak ma, gorzej z prędkością lub miejscem ich powrotu do gry. Przykład: po udanej rzeźni postanowiłem zapisać grę. Wszyscy dookoła są martwi, więc czemu by nie? Po udanej aktualizacji stanu gry, wychodzę z panelu, a przed moimi oczami stoją żołnierze, którzy nawet nie czekają tylko pakują zawartość magazynków w moją stronę i ginę. Może to jakiś błąd, wczytałem grę i znowu to samo - idealnie... Innym razem, wyczyściłem małe przejście z demonów, zrobiłem krok do nowego pomieszczenia, ale zdecydowałem się na ponowne sprawdzenie tego "czystego". Na wejściu już czekają, brakowało tylko tortu. Jak to, przecież nawet nie wyszedłem stamtąd do końca. Kawałek mojej nogi lub miecz został w tamtej sali, a oni już zdążyli wrócić? Przez takie zagrywki często musiałem używać starożytnych technik latającego wróbla (skakanie nad mendami i unikanie wszystkiego byle do przodu!). Jednym z niewielu plusów jest to, że przeciwnicy są przypisani do sali i nie kwapią się z gonieniem nas poza nią.
Podsumowując, Ninja Gaiden Black to solidna platformówka, która momentami potrafi napsuć krwi, jednak stare Chińskie przysłowie mówi "git gud" czyli po naszemu: pozdro poćwicz, a wszystko się jakoś ułoży. Choć bossowie czy fabuła nie jest zbyt pamiętna czy porywająca, tak zabawa w ninję, skakanie po ścianach, i finezyjne zabijanie przeciwników na 101 sposobów daje dużo frajdy. Dla ludzi, którzy lubią w grach wyzwanie polecam, a dla całej reszty nie koniecznie.
Najlepsze gry o wampirach #2
14:29:00Tym razem przeskakujemy do innego uniwersum, dużo starszego - mającego swe korzenie jeszcze na Japońskim Famicomie. Jednak nie będę pi...
Tym razem przeskakujemy do innego uniwersum, dużo starszego - mającego swe korzenie jeszcze na Japońskim Famicomie. Jednak nie będę pisać o takim staruszku. Tytuł który ukończyłem został wydany na Playstation i Sega Saturn. Oto Castlevania: Symphony of the Night - gra, która często pojawia się na podium top gier (PSX) wszech czasów. No nie da się przejść obojętnie obok takiego klasyka.
Najlepsze zostawiłem na koniec, a mianowicie muzykę! Jest idealna. Już? No już, tego nie da się opisać, trzeba uruchomić grę, wejść do wybranego pomieszczenia i przy wspaniałym akompaniamencie zacząć zabijać wszelkie maszkary. Twórcą tej niesamowitej ścieżki jest Pani Michiru Yamane, która odwaliła kawał dobrej roboty tworząc jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych do gier, jakie dane było mi usłyszeć. Pisałem ten tekst słuchając soundtracku z tej gry. Niżej wrzucam link do ścieżki:
Castlevania: Symphony of the Night sprzedało się w nakładzie 1,27 miliona kopii. Jest to zarazem najlepiej sprzedająca się część Castlevani jaka kiedykolwiek wyszła, a także najdroższa o ile chcieli byście ją nabyć teraz. Za egzemplarze marnej jakości musicie przygotować od 400 zł w górę. Jak macie szczęście to możecie trafić na dopakowane wydanie z pełną ścieżką dźwiękową i małym artbookiem. Ja byłem cwany i kupiłem swoją kopię przez Playstation store. Jak wspomniałem na początku, wyszła też wersja na Sega Saturn, niestety tylko w Japonii. Nie ma co płakać, okazuje się, że w grze Castlevania na PSP jest dodatkowo ukryta pełna wersja Symphony of the Night!
Podsumowując, nie ma się co oszukiwać gra nie należy do łatwych. Momentami myślałem, że wybrane sekwencje są niemożliwe do ukończenia. Na szczęście moja upartość i narastający gniew pomogły mi w ciężkich chwilach. Symphony of the Night to klasyczna platformówka/przygodówka 2D dająca możliwość wcielenia się w nietypowego bohatera i przeżyciu wyjątkowej historii. Tym razem role się odwracają, oprócz posiadania mrocznych mocy, polujemy na wampiry. Sama muzyka to 5 wampirzych ząbków na 5 możliwych, a pozostałe aspekty gry po prostu polecam!
XCOM - czyli takie UFO porno
00:50:00XCOM Enemy Within - to najbogatsza wersja gry o zarządzaniu bazą i strzelaniu do ufoków. Płyta dość długo zalegała na moim regale, a zna...
XCOM Enemy Within - to najbogatsza wersja gry o zarządzaniu bazą i strzelaniu do ufoków. Płyta dość długo zalegała na moim regale, a znajomy wychwalając ją ku niebiosom kusił moją ciekawość. Dobra, pakujemy do napędu i sprawdzimy czy te całe rozpieprzanie kosmitów jest takie dobre.
DŁUUUGI POCZĄTEK
Choć gra rozkręca się powoli to nie ma co narzekać. Nasz porucznik przedstawia nam krok po kroku zadania, sposób rozbudowy bazy i szkolenia wojaków. Wszystko przebiega płynnie, a pierwsze misje potrafią wciągnąć tak mocno, że przestawałem patrzeć na zegarek. A to jeszcze przeskanuję planetę, a to poczekam, aż się wybuduje kolejny budynek czy ukończy nowe badanie. Budowanie "domków" czy produkcja nowej broni potrafi uzależnić. W trakcie czekania, Ziemia jest narażona na ataki przybyszów z nieznanej planety. Tutaj do dyspozycji mamy specjalne statki bojowe, które zestrzelą nieznane pojazdy, a nasz oddział specjalny poleci na miejsce by dobić ocalałych pasażerów. Większość misji polega na tym samym - z drobnymi zmianami. Czasem trzeba uratować cywili z pola walki, a innym razem przetransportować VIP-a z punktu A do B, niemniej ostatnim celem każdej misji jest wybicie każdego napotkanego kosmity.
NAGLE POŻAR W BAZIE!
Xcom wydaje się grą mocno rozbudowaną i skomplikowaną przez swoje zróżnicowanie. Oprócz składania bazy, rozwijania nowych technologii, szkolenia rekrutów, zostajemy posyłani na pole bitwy. To właśnie na polu walki gra pokazuje swój potencjał. Taktyczne podejmowanie decyzji jest tutaj kluczowe! Ustawianie naszych żołdaków i właściwy wybór kolejnego celu może zaważyć na życiu naszych podwładnych. Dodatkowo, nasi żołnierze również się rozwijają (wszystko się tutaj rozwija). Xcom to żywy organizm! Wszystko wydaje się fajne, i miło być komandorem, aż tu nagle wybucha chaos. Dostajemy masę nowych budynków, pojazdów, badań itd. Jedynie czego brakuje to kasy i czasu - czyli wszystkiego! Ufoki też nie próżnują, jak nie spróbują rozpieprzyć sieci naszych nadajników, to będą porywać cywili. Bardzo często zostaniemy zmuszeni do podjęcia decyzji, dokąd wysłać ekipę ratunkową. Niestety, tam gdzie nie zostaną posłani zrobi się jeszcze większy syf.
SPOKÓJ I NUUUUDA
Do Xcoma podchodziłem dwa razy. Pierwszy był skokiem w głęboką wodę - coś tam kolega opowiadał, a ja leciałem po swojemu. Po kilku dniach wpadł do mnie owy znajomy (ekspert w tę grę) i dał mi kilka rad, co robię źle itd. Najlepsze jest to, że jeszcze przyniósł ze sobą drugą kopię (tak, tą bogatszą wersję, bo za pierwszym razem grałem w podstawkę). No nic, za pierwszym razem szło mi średnio + straciłem zapis z gry w związku z tym rozpocząłem wszystko od nowa. Jedna partia potrafiła trwać 30 minut. Po jakimś czasie walka, mapy czy zadania zrobiły się powtarzalne. Kluczowy cel był nadal taki sam, wybij wszystko co zobaczysz. Nie ukrywam, kilka razy miałem ochotę zostawić Xcoma - grałem już trzeci dzień, a rozwój fabularny stał w miejscu. Kilka telefonów do "znajomego eksperta" i jakoś podniósł mnie na duchu. Dobra, próbujemy dalej... jestem tak daleko to trzeba to dociągnąć do końca.
CZEKAMY CZEKAMY
Pod koniec gry już naprawdę nie wkładałem żadnych starań. W głowie miałem tylko jedno pytanie - kiedy to się kończy? Skanowanie Ziemi w celu wyszukania tego ostatecznego bossa ciągnęło się, a ja nie mając nic innego do roboty gapiłem się w ekran z powiadomieniami. W tym czasie miałem już wszystko wybudowane, a ostateczne budynki i ulepszenia przez swoją późną dostępność w grze (prawie sam koniec) nie robiły na mnie wrażenia. To już było tylko klikanie i akceptowanie byle szybciej przejść do finałowego zadania. Wreszcie, kluczowy cel był przede mną. Misja, taka jak zawsze - zabić! Gdy stanąłem oko w oko z ostatecznym bossem, gra jak na złość zawiesiła się. Na dobitkę musiałem powtarzać całe zadanie od nowa, dodatkowa godzina w plecy... Po ukończeniu gry, dostałem krótki przerywnik, w którym jeden z moich żołnierzy odgrywa kluczową rolę (niestety, nie zżyłem się z żadnym z nich), a ja nic nie poczułem.
MELDUNEK
Po ukończeniu Xcom poczułem ulgę - nie dlatego że pokonałem złego kosmitę, ale temu, że mogłem odłożyć grę na bok. Nie oszukujmy się, tytuł ma swoje plusy i minusy. Największą wadą jest ilość czasu jaki trzeba poświęcić na jej ukończenie. Przez swoją monotonność, ograniczoną ilość zadań, map i obcych Xcom robi się nudny (może nie od razu, ale litości 30 godzin i więcej?). Nie mniej, gra potrafi też wciągnąć. Budowanie "domków", wysyłanie ludzi na misje, walka z obcymi i całe te planowanie działa jak czarna dziura - wsysa i nie puszcza! Jak masz dużo wolnego czasu to polecam, a dla całej reszty - tylko na własną odpowiedzialność.
Jak w tytule, UFO PORNO!
Kingdom Hearts - o chłopcu w za dużych butach
23:30:00Kingdom Hearts na PS2, gra, którą uważałem za przeklętą, kolejny raz pojawiła się w moim życiu. Przypadek? Raczej coś, co od dawna za m...
Lata mijały, a ja znów zapomniałem o Kingdom Hearts. Do chwili gdy poznałem moją dziewczynę. Tak jak ja, posiadała Playstation 2 i tonę "kopii zapasowych gier". Po kolejnych rozmowach pojawił się temat Kingdom Hearts. Moja dziewczyna miała już dawno za sobą tą, jak i kolejne części. Bardzo chwaliła tą serię i gorąco mi polecała. Któregoś razu dałem się przekonać i zasiadłem przed konsolą. W tej chwili rozpoczęła się i zaraz zakończyła moja przygoda.
![]() |
| Przeznaczenie? |






































Obserwuj nas
Działamy nie tylko na blogu.