Pokazywanie postów oznaczonych etykietą featured. Pokaż wszystkie posty

Kingdom Hearts na PS2, gra, którą uważałem za przeklętą, kolejny raz pojawiła się w moim życiu. Przypadek? Raczej coś, co od dawna za m...


Kingdom Hearts na PS2, gra, którą uważałem za przeklętą, kolejny raz pojawiła się w moim życiu. Przypadek? Raczej coś, co od dawna za mną chodziło. Pierwszy raz zetknąłem się z Kingdom Hearts przed telewizorem w trakcie oglądania kultowego Hypera. Pamiętam to jak przez mgłę... Donald, Goofy i jakiś chłopak przebrani za upiory, syreny i inne dziwne rzeczy. Playstation 2 przez swoją cenę nie miało szans stać w moim pokoju. Niemniej, znani bohaterowie i inne postacie prosto z uniwersum Disneya wydawały mi się całkiem dobrym pomysłem. Wtedy czułem tylko przelotne zainteresowanie... jak szybko przyszło tak też odeszło. A może nie?

I've been having these weird thoughts lately... Like, is any of this for real... or not? 

Wreszcie, nadeszła ta chwila i stałem się oficjalnym posiadaczem Playstation 2. Ojciec zgodził się na kupno dwóch gierek dla mnie. Pojechaliśmy do Empiku (nie ogarniałem zbytnio gdzie można kupować gry). Wybór nie powalał, a lekka sugestia ze strony ojca, żebym skupił się na sekcji Platinum (cena 50 zł sztuka) była nie do podważenia. Przesuwając palcem po nazwach różnych pozycji, szybko trafiłem na Tekken 5. Bez namysłu wyciągnąłem i zacząłem przeglądać dalej. Zatrzymałem się na dużym napisie Kingdom Hearts. Wyciągnąłem z półki i zacząłem oglądać opakowanie z każdej strony. Okładka z postaciami wyglądała fajnie, był na niej Donald, Goofy i ten chłopak z wielkim kluczem. Nie wiem co mną kierowało, ale odłożyłem pudełko z powrotem na regał, i sięgnąłem po jakieś F1. Tak blisko, a jednak tak daleko...

Lata mijały, a ja znów zapomniałem o Kingdom Hearts. Do chwili gdy poznałem moją dziewczynę. Tak jak ja, posiadała Playstation 2 i tonę "kopii zapasowych gier". Po kolejnych rozmowach pojawił się temat Kingdom Hearts. Moja dziewczyna miała już dawno za sobą tą, jak i kolejne części. Bardzo chwaliła tą serię i gorąco mi polecała. Któregoś razu dałem się przekonać i zasiadłem przed konsolą. W tej chwili rozpoczęła się i zaraz zakończyła moja przygoda.


Falling... Falling... Into darkness.

Moja podróż z Kingdom Hearts zaczęła się na drobnej wyspie położonej gdzieś na środku oceanu, która wyglądała  na małą, jednak bardzo szybko mnie przygniotła i pokonała swoim ogromem. Sora, jest głównym bohaterem, w którego miałem okazję się wcielić. Trochę naiwnie wyglądający chłopak ze źle dobranymi butami (bardzo mnie to drażniło), razem ze swoim kolegą Riku i koleżanką Kairi żyli sobie na tym tropikalnym kawałku ziemi. Początek gry, to także samouczek, w którym mogłem przyzwyczaić się do sterowania postacią jak i kamerą. Pod względem fabuły czułem lekkie zażenowanie. Sora i Kairi to dzieciaki w wieku 14 lat, a ich przyjaciel Riku jest starszy (łaaaał cały rok różnicy). Nie mniej, w ich oczach był to swego rodzaju lider czy wódz, którego słowo liczyło się najmocniej. Oczywiście Sora widział w nim też swego rywala o pozycję w stadzie jak i serce Kairi. Sparing by sprawdzić kto jest silniejszy, czy wyścig dookoła wyspy w którym nagrodą jest wyznanie swych uczuć koleżance były dla mnie zbyt typowe i zniechęcające. Gwoździem do trumny okazało się zbieranie materiałów potrzebnych do zbudowania tratwy. Tutaj poległem i porzuciłem Kingdom Hearts czując wielki niesmak i zdziwienie, że ktoś uważał to za dobrą grę.


Oh, yeah? Well, you'll see. I'm gonna get out and learn what's out there!

Razem z moją dziewczyną często wracaliśmy do tematu Kingdom Hearts. Dlaczego go zostawiłem, nie dając okazji pokazania swej zawartości. Miałem różne wymówki, a to telewizor stary i słabo na nim widać, a to te buty Sory, które komentowałem na każdym kroku, albo nie najlepsze sterowanie czy praca kamery. Nie chcesz grać w gry, które ja Ci polecam. Często miałem to w uszach i nie wiedzieć czemu, strasznie się przed tym broniłem. Cóż, trzeba wziąć pada i mieć to za sobą. Niestety, kolejny raz gra mnie pokonała... Choć zrobiłem mały postęp i udało mi się wydostać z tej przeklętej wyspy. W nowej lokacji, Kingdom Hearts mnie wymęczył. To dla mnie zbyt wiele, te całe plątanie się w kółko, nie zrozumiałe cele, losowo pojawiający się przeciwnicy i uganiania się za nie wiadomo czym. Koniec, mam tego dość! Wyłączyłem konsolę z przekonaniem, że to nie jest tytuł dla mnie i nigdy więcej nie chce do niego wracać.


That's the power of the Keyblade!

Minęło kilka lat. Ukończyłem wiele pozycji, jednak moja dziewczyna miała do mnie zawsze mały żal, że nie dałem się przekonać do Kingdom Hearts. Momentami nie chciałem o tym rozmawiać, bo od razu przed oczami miałem tą przeklętą wyspę i ogromne buty głównego bohatera. Choć nie ukończyłem Kingdom Hearts, a widziałem, że wydają kolejne części to cały czas szyderczo drwiłem i komentowałem głupotę i wyzysk jaki zrobili z tego uniwersum. To była prawdziwa maszynka do dojenia kasy, co raz wypuszczano nową zremasterowaną edycję, w których zmiany okazywały się szczątkowe. Takie coś tylko podsycało moje negatywne nastawienie do tej serii. Wszystko jednak zmieniło się na tegorocznych mikołajkach...

Mam paru znajomych, którzy tak jak ja lubią grać. Od czasu do czasu robimy sobie takie małe spotkania w wiadomym celu. W tym roku zorganizowaliśmy sobie skromną mikołajkową zabawę z losowaniem gier. Kumpel przede mną rozpakował swój prezent, Resident Evil 4 w cudownym steel booku, czułem zazdrość. Niemniej, to dało też nadzieję, że i ja zaraz wyciągnę taką petardę. W celu zwiększenia szansy na wylosowanie lepszej gry, poprosiłem o pomoc swoją dziewczynę. Tak, wyciągnęła ze stosu nic innego tylko przeklęte Kingdom Hearts, i to jeszcze w wersji Platinum! Ona była wzruszona i pełna nadziei, że z takim argumentem nie wygram i teraz na pewno zagram. Cóż mogę powiedzieć, po prostu idealnie...
Przeznaczenie?
Zabawa minęła, a zaczęły się prawdziwe święta. Dłuższa przerwa od pracy to idealny czas, żeby poświęcić cały lub kilka dni na granie. Miałem ochotę na coś z PS2. Oczywiście moja dziewczyna od razu podrzuciła Kingdom Hearts. No cóż, byłem w trakcie przechodzenia Ninja Gaiden Back i próbowałem swych sił z Hamtaro, więc może wcisnę tego kingdoma gdzieś tam pomiędzy. Od ostatniej próby minęło dobre 5 lat, a w mojej pamięci utknęła tylko przeklęta wyspa i za duże buty. No nic, zaczynamy...


W trakcie oglądania pierwszego filmiku z gry poczułem jakby jakiś szaman Orków z Heroes 3 rzucił na mnie battle boosta motywującego do skoku w świat Kingdom Hearts. Niestety, poza genialnym openingiem i utworem, który do tej pory powoduje ciarki na mojej skórze, znowu wróciłem na tą wyspę. Nie chciałem tak łatwo się poddać. Obok mnie zasiadła moja dziewczyna, która służyła radą w ciężkich chwilach. Dzięki niej, wiedziałem kto jest kim i skąd pochodzi. Głównie chodziło o postacie z serii Final Fantasy, które przewijają się przez całą grę. Po ciągłym krytykowaniu Sory, jego butów i kompanów, wydostałem się z wyspy i rozpocząłem swoją przygodę. Wiem, że gadam w kółko o tym samym, ale podróżowanie między lokacjami męczyło mnie. Nie ma tu żadnej mapy, a kolejne plansze wyglądają bardzo podobnie. Często gubiłem się i nie wiedziałem dokąd iść. Na dobitkę cały czas pojawiali się przeciwnicy, którzy swoją żywotnością niepotrzebnie wydłużali moje męczarnie. Chwilami myślałem, że to jakieś błędy, które uniemożliwiały mi dalszy postęp.


Wreszcie, wyrwałem się z tej lokacji i zobaczyłem co mnie czeka. Gra, to zbiór malutkich planetek z różnych bajek Disneya, na których będziemy "pracować". Pierwsze skojarzenie? Spyro! Tarzan, Herkules, Aladyn czy Alicja z krainy czarów to tylko garstka postaci jakie spotkałem na swojej drodze. Oczywiście, jak wyżej wspomniałem są tu też bohaterowie z Final Fantasy. Cloud, Leon czy Aeris. O nich nie wiedziałem nic. Kolejny raz moja dziewczyna okazała się niezastąpiona dzieląc się swoją wiedzą. O samej fabule nie ma się co rozpisywać. Jesteśmy posiadaczem Keyblade - klucz i broń w jednym. Poszukujemy naszych zaginionych przyjaciół Kairi i Riku. Fabuła - kiczowata i przewidywalna. Przemiany bohaterów czy naiwne gadanie o mocy przyjaźni robiło mi się niedobrze...(może przez mój wiek?). Sora pod względem walki nie jest najlepszy. Śmierć przychodziła często i to podczas zwykłych starć. To tylko podsycało we mnie chęć krytykowania jego nieudolności. Kiedy czułem, że wreszcie zaczynam to ogarniać i czerpać przyjemność z gry, zaraz coś mnie gasiło. A to jakiś labirynt, wracanie się po kilka razy do tej samej lokacji czy walka z tym samym bossem. Lekko piętnaście godzin w grze, a nadal eksplodowałem z nerwów bo nie mogę pokonać podstawowego bossa. Wyłączałem konsolę mieszając grę z błotem, a następnego dnia wracałem jakby nigdy nic. Satysfakcja z dokopania mendzie z poprzedniego dnia jest cudowna. Zaraz pojawiał się kolejny dupek i cała zabawa zataczała koło. W kluczowych scenach nie potrafiłem zachować powagi. Drwiłem z akcji dziejących się na ekranie. Wreszcie po 30 godzinach udało mi się ją ukończyć! Pokonałem ostatecznego Bossa, który musiał transformować się dwadzieścia razy zanim padł trupem. Walka choć długa, dała mi wiele frajdy. Dobicie tej gnidy i radość z ukończenia przeklętego Kingdom Hearts spowodowała uśmiech na mojej twarzy. Wreszcie mogłem rzucić to na bok i nigdy do tego nie wracać!


The heart may be weak. And sometimes it may even give in. But I've learned that deep down, there's a light that never goes out!

Na ekranie pojawiła się kolejna custscenka, na której spotykamy kluczowe postacie, a potem...


Oglądając ostatni filmik poczułem szczęście, niespowodowane ukończeniem gry, a na myśl o przygodzie którą właśnie odbyłem. Podróż choć pełna nerwów i gorzkiego smaku okazała się taka tylko na powierzchni. Przebijając się głębiej trafiłem do samego środka, do Kingdom Hearts. W tym momencie nie widziałem już głupich labiryntów, powtarzalnych przeciwników czy złej pracy kamery. Miałem przed sobą niesamowitą historię, w której połączono dwa uniwersa. Napotkane na mej drodze planety, gdzie miałem możliwość uczestniczyć w historiach z Disney-owskich bajek to strzał w dziesiątkę. Ewolucja trójki bohaterów, którzy w trakcie swej podróży z bandy kłótliwych i niezgranych kompanów stworzyli silną przyjaźń - choć banalna to poruszyła moje serce. Disney znów to zrobił. Mimo znanej i przewidywalnej formuły oczarował mnie.

Kingdom Hearts okazał się dla mnie nie lada wyzwaniem. Przestarzała mechanika gry czy praca kamery jest czymś z czym nie miałem dawno do czynienia. Trochę zardzewiałem i zapomniałem jak to się grało kiedyś, gdzie nie wszystko podano pod nos, a gra nie prowadziła mnie za rękę. Nie powiem, rozgryzienie "jak w to grać" trochę mi zajęło, ale teraz mam ochotę wziąć pada do ręki i tam wrócić. Czy polecam? Chyba tak, moja przygoda z Kingdom Hearts trwała dobre 10 lat, ale jestem naprawdę szczęśliwy, że wreszcie spróbowałem. Kolejny raz tylko żałuję, że wcześniej nie poddałem się radom mojej dziewczyny, aby dać szanse tej grze. Więc, chciałbym podziękować jej za to, że mimo mojej upartości, wytrwała w tym i przekonała mnie do kolejnego tytułu, który polecała mi od dawna. Dzięki niej znowu miałem okazję zagrać w jedną z najlepszych gier w moim życiu. Dziękuję Ci Żaneta!



W drugiej połowie lat 90 cała Polska oszalała na punkcie pierwszego Playstation. W naszej rodzinie (zarówno mojej jak i ciotecznej siostry...

W drugiej połowie lat 90 cała Polska oszalała na punkcie pierwszego Playstation. W naszej rodzinie (zarówno mojej jak i ciotecznej siostry) ostateczną decyzję o kupnie sprzętu podejmowali ojcowie. Zresztą kto by słuchał wywodów dzieciaka, który wiekowo dobija raptem do połowy podstawówki? Argumentów finansowych również brakowało, bo z kieszonkowego po paru miesiącach wyrzeczeń ledwo dało się odłożyć na oryginalną grę na PC, a co dopiero na nową konsolę. Wspomniana wcześniej siostra cioteczna prosiła swojego tatę, aby przywiózł jej z USA Nintendo 64 wraz z Mario. Ku jej rozczarowaniu, a naszej radości wujek przywiózł konsolę, ale było to PlayStation 1 wraz z Tekkenem 2. Pocztą pantoflową rozniosła się wieść jaki to genialny sprzęt, więc kiedy ja wyprosiłem swoją grową maszynkę jedynym słusznym wyborem wydawała się konsola Sony. Mnie jednak w międzyczasie zainteresował inny sprzęt o którym czytałem w czasopiśmie Secret Service. "Tato, a może byśmy kupili Segę Saturn?" - zaproponowałem. W odpowiedzi usłyszałem mniej więcej "Przestań, jakiś badziew, gry drogie etc." Tak, ojciec już wiedział, że PlayStation 1 da się przerobić i w ten sposób klamka zapadła - albo ta konsola, albo żadna...

Nie mówię, że ostatecznie wyszło źle. Wrost przeciwnie, jestem ogromnie wdzięczny zarówno dla wujka jak i taty, że tak się potoczyła sprawa z moją pierwszą konsolą z prawdziwego zdarzenia (pożyczonego Commodore i własnego Pegasusa nie liczę). Mnóstwo pięknych wspomnień i absolutnie genialnych gier to właśnie PlayStation 1. Choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że gdyby nie było piratów pewnie człowiek jeszcze bardziej doceniałby poszczególne tytuły. Mimo uwielbienia dla konsoli Sony, gdzieś w tle zawsze towarzyszyła mi Sega Saturn.


Z grami na Saturna zetknąłem się na wielu innych platformach za sprawą konwersji i niestety nigdy nie było mi dane zobaczyć oryginałów w akcji. Czy można czerpać przyjemność z grania w Virtua Fighter 2, którego komputerowa wersja wymagała do płynnego działania Pentium 166 z akceleratorem 3D na wysłużonym Pentium 133 bez akceleratora? Można próbować; mimo słabych tekstur czy animacji oscylującej w okolicach 10-15 klatek bardzo mi się ta gra podobała i tylko wyobrażałem sobie jak to musi hulać na konsoli Segi. 


Innym razem zobaczyłem Ultimate Mortal Kombat 3 na automatach i byłem po prostu oczarowany tą wersją. Pamiętałem, że wychodzi też na Saturna. Moja spiracona, zwykła trójka na PC nijak się miała do tego co zobaczyłem i usłyszałem. W UMK 3 miód po prostu wylewał się z ekranu. Świetna muzyka, ulubieni bohaterowie (których brakowało w MK 3) i w dodatku nowe, piękne tła! Nawet Mortal Kombat Trilogy, które wyszło później praktycznie na każdą platformę i posiadało znacznie więcej postaci, nie potrafiło zatrzeć tego doskonałego obrazu w głowie. 

Jak przez mgłę pamiętam jeszcze Virtua Cop oraz Sega Rally, w które również grało mi się znakomicie, chociaż już nie wiem w jakich okolicznościach - na pewno nie na konsoli. Zdaję sobie sprawę, że te tytuły które wymieniłem nie są może jakieś szczególnie wyrafinowane ale jak byłem dzieckiem to właśnie takie gry interesowały mnie najbardziej.


Intensywnie czytałem konsolową rubrykę Secret Service, gdzie Gulash umiał konkretnie podkręcić zainteresowanie różnymi tytułami. Publikowane były także specyfikacje techniczne i porównania poszczególnych konsol. Jednocześnie nie wydawały się one pod żadnym względem stronnicze - mój konsolowy guru potrafił obiektywnie przedstawić każdą platformę punktując jej wady i zalety. Byłem pewien, że Saturn choć mało obecny w Polsce doskonale radzi sobie za to na bardziej rozwiniętych, światowych rynkach. Prawda okazała się dużo bardziej bolesna, co nie zmienia faktu że Sega Saturn miała bardzo wiele oryginalnych, interesujących gier w które nie miałem jak zagrać. Niestety nikt ze znajomych nie posiadał tej maszynki, dookoła były same PlayStation 1. Cóż mi pozostało... 


Oglądałem więc na Polonii 1 magazyn Escape, a tam co rusz pojawiały się gry na konsolę Segi. Innym razem Tomasz Knapik opowiadał jak jakiś szczęściarz wygrał na Gambleriadzie turniej w Virtua Fighter 2 i tym sposobem zgarnął Saturna. Pamiętam komentarz w stylu "Ciekawe ile trzeba ćwiczyć, aby mieć tak sprawne palce". Chłonąłem to wszystko jak gąbka i ogromnie zazdrościłem. Kątem oka zawsze śledziłem co ciekawego wychodzi na Segę Saturn, a na wyobraźnię konkretnie działały publikowane w gazetach reklamy. Najbardziej sugestywna była ta z ostatniego skanu. Wydawała mi się tak bliska jakby autentycznie pisał ją jakiś nastolatek podjarany nową konsolą. Dosłownie taki kolega z klatki obok. Gdyby tylko był podany adres na pewno byłbym tam natychmiast.


Kiedy jakieś 3 lata temu zacząłem budować od zera swoją kolekcję PlayStation 1, byłem pełen wątpliwości. Nie chciałem kolekcjonować gier dla samego zbieractwa. Chciałem po prostu w nie grać i odkrywać kolejne. Jak się okazało był to świetny ruch, bo mimo upływu czasu te tytuły potrafią mnie przykuć do konsoli o wiele skuteczniej niż współczesne produkcje. A gdyby tak sprawić sobie Segę Saturn i spełnić jedno z ważniejszych konsolowych marzeń... tyle że jakieś 20 lat później?

Witam wszystkich, którzy szukają czegoś w co można pograć we dwoje i spędzić miło czas. Tym razem padło na strzelankę z trybem kooperac...


Witam wszystkich, którzy szukają czegoś w co można pograć we dwoje i spędzić miło czas. Tym razem padło na strzelankę z trybem kooperacji dla dwojga. Oczywiście mowa o Resident Evil V Gold Edition. Gra dosyć stara, ale tu nie o to chodzi. Koniecznym wymogiem do gry dla dwóch osób (przynajmniej dla mnie) jest możliwość ogrania wspólnie z partnerem całej kampanii/przygody itd. Nie lubię pół środków typu specjalne misje dla dwojga, albo zestaw wyzwań, które po chwili zaczynają być powtarzalne i nudne. Capcom zaszalał i dał swój survival horror na dwoje. No bo co może być przyjemniejszego od zabijania zombie? Dobra dobra, wróćmy do początku. Ogólnie, nie jestem fanem strzelanin, a tym bardziej na podzielonym ekranie. Może dlatego, że mam mały telewizor (tylko 32" wstyd!), a może po prostu ciężko znaleźć shootera, który faktycznie stawia mocno na fabułę zamiast typowe "pif paf" i do przodu? Przekonajmy się, zapraszam was do moich wrażeń z Resident Evil V Gold Edition, w którego graliśmy wspólnie z narzeczoną.


Czym właściwie jest Resident Evil? Tego chyba nie muszę tłumaczyć. Jest to jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek w świecie gier, a dodatkowo dorobiła się kilku filmów! Wstyd przyznać, ale był to nasz pierwszy Resident, więc jeżeli chodzi o fabułę to byliśmy zieloni. Coś tam wiedziałem, ale nigdy nie wnikałem (jakiś wirus zaraża ludzi i robią się zombiaki - typowe). Co do samego wydania Residenta V w wersji Gold, poniżej główne różnice w porównaniu do podstawowej edycji:
- dwa dodatkowe scenariusze
- nowy tryb trudności
- nowe grywalne postacie
- nowe kostiumy dla głównych bohaterów
- tryb versus
- wsparcie kontrolerów move

Najbardziej w tym wydaniu podoba mi się pudełko i książeczka, która jest naprawdę napakowana. Nie oszukujmy się w tych czasach puste opakowanie (dają jeszcze płytę!) jest standardem, więc taka instrukcja naprawdę poprawia humor. Na dodatki zbytnio nie zwracałem uwagi przy wyborze wersji; gra jest dosyć stara i można ją wyrwać za małe pieniądze. 
Aż 31 stron do czytania!

OK, pora powiedzieć coś o samym tytule. Resident Evil V dzieje się, w Afryce, więc szykujcie się na piaszczyste tereny i betonowe zabudowy. Wcielamy się w dwójkę agentów - Chrisa oraz Shevę, którzy mają za zadanie skontaktować się z pewnym informatorem. Do reszty sami sobie dojdziecie. Na samym początku można dostać niezłego szoku. Podczas pierwszego uruchomienia, myślałem, że coś jest zepsute, albo ja nie potrafię zmienić ustawień. Gdy wybierzemy tryb kooperacji, gra dzieli ekran horyzontalnie. Niby w tym nic dziwnego, ale co mnie mocno zaskoczyło to w jak sposób to robi. Zamiast zwyczajnie "podzielić" ten skubaniec wpycha po dwóch stronach czarne tło. Oprócz mniejszego ekranu przez podział horyzontalny, mamy więc super mały ekran przez te cholerne paski. Nie da się ich wyłączyć. Będą tam na stałe - jak twierdzą twórcy to daje bardziej kinowy efekt. Spoko, tylko przy moim telewizorku, musieliśmy siedzieć jak za czasów Pegasusa - na podłodze z nosami w telewizorze.
O to te dziadostwo, po co to komu?!

Jeszcze dorzucę do pieca. Sterowanie i poziom trudności. Nie zniechęcajcie się, ale jeżeli to wasz pierwszy Resident to polecam wybrać najłatwiejszy poziom Spokojnie, gra da wam w kość i to nie raz. Strzelać też trzeba się nauczyć, chociaż tutaj to bardziej kwestia przyzwyczajenia do pada (grasz dużo to sobie poradzisz). Fabuła fabuła, czy tam jakaś była? No była, niby nic nie wiedzieliśmy o poprzednich częściach i ich bohaterach, ale bez problemu rozumieliśmy co się dzieje. Mnie tak naprawdę interesowały inne rzeczy...



Strzelanie! Powtarzam się - choć sterowanie było na początku toporne, to potem nie miałem żadnego problemu z wyczuciem gnata. Co do giwer trochę ich dali do wyboru. Od zwykłych pistoletów, dubeltówek, karabinów maszynowych, aż po rakietnice i granatniki. Bardzo fajną opcją jest ulepszanie broni. Za zdobyte skarby i odnalezione nowe pukawki, mogliśmy zmieniać statystyki naszych broni lub kupować nowe. Dużym minusem dla mnie był brak możliwości kupowania amunicji. Hej, ale przecież to survival horror, trzeba oszczędzać naboje! Ja rozumiem, ale jeżeli tak jest to czemu mogę w sklepie kupić broń, potem ją sprzedać, a oprócz kasy dostaję jeszcze trochę amunicji? Nie lepiej było dać opcję zakupu pocisków i pozwolić człowiekowi nacieszyć się tym całym strzelaniem? Przez to bardzo często kończyłem lub zaczynałem misję z pustym magazynkiem. Na szczęście mój partner był bardziej "oszczędny" i nie pakował tyle ołowiu w każdego umarlaka. A ja? No nie mogłem odpuścić, to było bardzo satysfakcjonujące. Odpieranie kolejnych fali tych umarlaków, chociaż momentami szły bez końca - rozum podpowiadał żeby uciekać, ale serce kazało ciągnąć za spust! 


W grze mamy drobne zagadki, które momentami sztucznie wydłużały długość danego etapu. Na szczęście nie było ich dużo i jak szybko się pojawiały, tak szybko znikały. Czasem trzeba było gdzieś podsadzić swego partnera, aby mógł on użyć wcześniej niedostępnego przełącznika. Zaskoczę was, jeżeli powiem, że przeważnie po takim motywie pojawiali się wrogowie? Niestety, pod tym względem Resident nie był mocno "zaskakujący", jednak to pozwalało na lepsze przygotowanie się do walki. Wciąż zdarzało nam się ginąć. Po każdym ukończonym etapie, gra wyświetlała nasze statystyki: ile razy zginęliśmy, ile zombie zabiliśmy, naszą skuteczność/celność i takie tam. Nie powiem, miło widzieć jak nasz postęp idzie w górę w porównaniu do poprzedniego rozdziału. 


Podsumowując, Resident Evil V Gold Edition to całkiem fajna przygoda na wiele wieczorów. Chociaż sterowanie czy poziom trudności mogą sprawiać problem, to całościowy klimat Afryki, wściekłych zombie czy ulepszania ekwipunku potrafi cholernie wciągnąć. Zapomniałbym dodać, każda z postaci ma też białą broń do samoobrony. Nadaje się ona tylko do rozwalania skrzynek z amunicją. Nawet nie marnujcie sobie czasu żeby kogoś nią zabijać. Gra w żadnym wypadku nie jest straszna, ale jako survival horror z zombie trzyma się nieźle. Nie dajcie się zniechęcić przez ten cholerny podział ekranu! Moja narzeczona w ogóle nie była przekonana do tej gry, ale dała jej szansę i po jej ukończeniu bardziej chwaliła niż ja! Wszystkim, którzy chcą tak jak ja postrzelać do czarn.. znaczy zombie, lubią ulepszać bronie i współpracować ze swoim partnerem - polecam!

Na początku były gry. Nie, chyba przed grami były płyty demo. Aj, sam już nie wiem. Na pewno były dawno, a posiadanie ich należało do r...


Na początku były gry. Nie, chyba przed grami były płyty demo. Aj, sam już nie wiem. Na pewno były dawno, a posiadanie ich należało do rzadkości (przynajmniej w moim wypadku). Czym była płyta demo? Najprościej mówiąc - jest to "darmowo" rozprowadzany fragment nadchodzącej lub niedawno wydanej gry wideo. Wszystko po to, aby zachęcić konsumenta do wypróbowanie kawałka kodu zanim zdecyduje się on na zakup pełnej zawartości. Brzmi fajnie, więc co się z nimi stało?
Pierwszy raz natknąłem się na płytę demonstracyjną przypadkiem. Zrobiłem interes życia wymieniając pełną grę na zbiór demówek. Wtedy nie interesowało mnie skąd takie coś się bierze, zawartość była ważniejsza. Mijały lata, a ja wciąż w jakiś sposób miałem styczność z tymi płytami. Mówię oczywiście o Demo Disc Playstation. Przeważnie któryś z kolegów posiadał takie płyty i dzielił się nimi. Nigdy jednak nie zadałem sobie pytania, skąd je mieli? Czy mogłem też je zdobyć, a może mieli jakieś specjalne dojścia. Wreszcie zostałem uświadomiony! Istniało coś takiego jak Playstation Magazine (PSM) (Playstation Magazyn w Polsce). To w tej gazetce Sony dodawało te całe Demo Disc! Mam oczywiście wymówkę na swoją niewiedzę, po prostu nie czytałem takich gazet. W tamtym czasie znałem tylko Click i CD Action (darmowe gry i akcesoria yeah). Zagadka z dzieciństwa rozwiązana!
Płyty demo nie były czymś ekskluzywnym dla konsol. Sam dobrze pamiętam płytkę z demo zawartością Heroes of Might and Magic III. Do zabawy oddano nam tylko 1 zamek, Zamek i miesiąc zabawy. Oczywiście, nie prawdziwy miesiąc tylko miesiąc czasu w grze. Wydaje się krótko, ale ile człowiek miał frajdy. Rozbudowa, walki czy eksploracja mapy. Wspaniałe uczucie, lecz dni upływały szybko i witał nas ekran z datą premiery pełnej zawartości. Co robiłem wtedy? Click, click i zaczynamy od nowa. Tak mało potrzeba do szczęścia. Powiem tylko jedno, gdy wreszcie położyłem swoje łapy na pełnej zawartości myślałem, że zniosę jajko! Wersja demo zbudowała we mnie taki hajp... Pełna wersja była gralem wśród gier na który czekałem jak dziecko oczekujące świątecznych prezentów od Mikołaja. W moim życiu było kilka demówek, które rozpaliły we mnie ogień pożądania pełnych wersji. Jak to jest teraz z tymi demami?
Nie ma co się oszukiwać, rozwój internetu miał ogromny nacisk na rynek czasopism związanych z grami. Informacje były łatwiej dostępne, a zebranie ich do kupy i wydanie w formie papierowej generowało koszta. Nie musiałeś już trzymać sterty płyt z demkami, wystarczyło tylko wpisać interesujący cię tytuł i mogłeś znaleźć masę informacji na jego temat. Idąc dalej tym tokiem, wersje demonstracyjne zaczęły być umieszczane w internecie do pobrania dla każdego. Szybko jednak rozwijało się też cyfrowe piractwo - udostępnianie pełnych gier! Po co w takim razie były już dema? Oczywiście, gdy internet stawał się powszechnie dostępny, redaktorzy czasopism nie zwijali się natychmiast. Wszystko trwało pewien okres, z rozwojem internetu padały kolejne czasopisma wypychane przez sieciowy dostęp do informacji. Niektóre magazyny potrafiły się dostosować i przetrwać po dziś dzień, chociaż ich obroty pewnie spadły.
Nie każdy posiadał komputer i potrafił "spiracić" jakąś grę (no hej). Więc, jak tutaj sprawdzić coś przed zakupem? Wróćmy do konsol - jako świetny przykład podam Capcom. Do pełnych gier dorzucali gratisowo demo innej gry (oczywiście nie każdej). Ja to widzę tak: zakupiłem od dawna pożądany tytuł, który chciałem ograć. Po ukończonej grze jestem zadowolony i daję kredyt zaufania Capcom'owi. Odkładam płytę do pudełka, a tam jeszcze demo innej gry! Rozumiecie do czego zmierzam? Oczywiście to moja mała teoria (na którą przed chwilą wpadłem), ale zrobiła swoje! Ah ten marketing.
Jak to się dalej rozwinęło. Żyjemy w czasach, gdzie wszelkie informacje są dostępne na wyciągnięcie ręki, a raczej na wpisanie w wyszukiwarce. Wieści o grach potrafią wyciec zanim twórcy cokolwiek powiedzą, na Youtube możemy obejrzeć wstępny gameplay lub całą grę! Czasem boję się kliknąć w jakiś artykuł w obawie, że zobaczę jakiegoś bosa lub wątek fabularny, który wolał bym odkryć sam. Gdy stałem się posiadaczem Playstation 3, gry były dla mnie bardzo drogie, a po zakupie Sonica (o matko może, kiedyś napiszę o tym) nie chciałem ryzykować. Playstation Store funkcjonowało w jakiś sposób, a w zakładce demo hulał wiatr. Znalazłem tam kilka dem, ograłem i potrafiłem podjąć decyzje odnośnie zakupu pełnych wersji. Nie wiem jak wy, ale dla mnie obejrzenie gry na Youtubie, a wzięcie samemu pada do ręki to ogromna różnica. Czego oni tak żałują tych demówek?!
Niestety, gry demo przeszły ogromną transformację i w dzisiejszych czasach są czymś dziwnym nieprzypominającym swoich poprzedników. Popularne stają się dema tymczasowe, dostępne przez krótki okres (czasem kilka godzin) przeważnie w wyznaczonym przez twórców terminie. Dema z wbudowanym licznikiem umożliwiające uruchomić grę kilkukrotnie po czym blokują się automatycznie i nie da się ich ponownie pobrać. Dema na wyłączność, zrobiłeś preorder? No to masz nasze demko, bo i tak już nie oddamy Ci kasy. Trafiłem nawet na dema czasowe, masz godzinę i graj! Po uruchomieniu zegar tyka, nieważne czy wyłączyłeś konsolę, godzina to godzina potem blokujemy. Jak ja mam się w tym wszystkim odnaleźć? Może wybrzydzam, jestem staroświecki i nie potrafię się dostosować do standardów jakie oferują dzisiejsi twórcy. Czy może to my przyzwoliliśmy na to? Preordery, early access, day one patch, embargo na recenzje przed premierą... Dobra, bo zaraz wyjdzie tu nam jakaś teoria spiskowa, a mnie znajdą i zastrzelepsdalaspdafsd,zc z'   z

Witam wszystkich w drugiej części serii  "Niedoceniane / Ograne"  w której będę prezentować gry mniej znane, starsze lub ...


Witam wszystkich w drugiej części serii "Niedoceniane / Ograne" w której będę prezentować gry mniej znane, starsze lub takie, których premiera przeszła bez echa. Ze względu na nieprzychylne oceny bądź słaby marketing, wiele z tych pozycji mogło przejść wam pod nosem. W tym cyklu postaram się przekonać was, że to co mniej popularne może być równie fajne, a nawet tak dobre jak gry z najwyższej półki. No to zaczynamy!

Rzadko kiedy Nowy Rok zaczynamy od wspomnień. Zresetowani, naładowani i pełni wiary w siebie wkraczamy więc w 2017 rok nie oglądając się zb...

Rzadko kiedy Nowy Rok zaczynamy od wspomnień. Zresetowani, naładowani i pełni wiary w siebie wkraczamy więc w 2017 rok nie oglądając się zbytnio na to co minęło. Ja jednak przekornie chciałbym napisać Wam kilka słów dotyczących pewnego tytułu, który 31 grudnia 2016 roku świętował swoje XX-lecie. Wybaczcie, że nie będę się rozpisywał szczegółowo o potworach, zadaniach czy miejscówkach, bo takich miejsc do poszerzania wiedzy o samej grze jest w sieci sporo. Zależało mi na tym, aby przedstawić Wam jak najwierniejszą perspektywę odbierania Diablo wiele lat temu, kiedy byłem jeszcze dzieckiem; emocji towarzyszących odpalaniu pierwszego demka, zdobywaniu pełnej wersji gry i odkrywaniu jej najważniejszych aspektów.

Poszczęściło mi się! Dzięki uprzejmości Deathcoil'a miałem możliwość położenia swoich łapek na grze z uniwersum Dragon Ball. O ...



Poszczęściło mi się! Dzięki uprzejmości Deathcoil'a miałem możliwość położenia swoich łapek na grze z uniwersum Dragon Ball. O smoczych kulach nie ma co się rozpisywać, albo znasz, albo nie. Gier w świecie Dragon Ball'a jest naprawdę sporo. Niestety, większość z nich jest przeciętna albo jest jakimś kompletnym nieporozumieniem. Sama marka jest znana i wciąż popularna, więc nie może dziwić ilość gier tworzonych na jej licencji. Tym razem skupimy się na starszej odsłonie - tytułowym Ultimate Battle 22. Nazwa niezbyt kreatywna odnosząca się do ilości dostępnych zawodników. Premierę miała w Japonii 28 Lipca 1995, a rok później w Europie. Wielką pomyłką okazała się opóźniona premiera w Stanach Zjednoczonych - 25 Marzec 2003!

W końcu wracam na bloga po dość długiej nieobecności. Zaszło trochę zmian w moim życiu głównie pod kątem wykonywanej pracy. W skrócie; rezy...

W końcu wracam na bloga po dość długiej nieobecności. Zaszło trochę zmian w moim życiu głównie pod kątem wykonywanej pracy. W skrócie; rezygnacja z pracy na kogoś, własna działalność i sklep internetowy, który mam nadzieję będę mógł Wam wkrótce zaprezentować. Na szczęście jest Wojtek który dzielnie walczył za mnie przez te kilka dobrych miesięcy absencji i również mimo braku czasu wrzucił w międzyczasie kilka fajnych i wartościowych tekstów do przeczytania. Dzięki Tobie blog nie wegetował.

Witam wszystkich w nowym cyklu "Niedoceniane / Ograne" w którym będę prezentować gry mniej znane, starsze lub takie, których ...


Witam wszystkich w nowym cyklu "Niedoceniane / Ograne" w którym będę prezentować gry mniej znane, starsze lub takie, których premiera przeszła bez echa. Ze względu na nieprzychylne oceny bądź słaby marketing, wiele z tych pozycji mogło przejść wam pod nosem. W tym cyklu postaram się przekonać was, że to co mniej znane może być równie fajne, a nawet tak dobre jak gry z najwyższej półki. No to zaczynamy!



Pierwszym tytułem w cyklu Niedoceniane / Ograne będzie DarkSiders. Gra stworzona przez studio Vigil Games, należące do nieistniejącego już Developera THQ. Vigil Games, które nie było zbyt znane, w 2010 roku stworzyło całkowicie nowy produkt. Darksiders jest połączeniem Hack & Slash oraz Action RPG, zainspirowany religią chrześcijańską i motywami biblijnej apokalipsy. W grze wcielamy się w jednego z czterech jeźdźców apokalipsy, który walczy z hordami demonów. W dniu premiery grę wydano na konsole Playstation 3 i Xbox 360. Później liczba platform powiększyła się o PC, Wii U oraz OnLive.



Od zarania dziejów panowały dwa królestwa - Niebo i Piekło, które toczyły miedzy sobą zawzięty bój. Konflikt trwałby pewnie bez końca, gdyby nie pojawienie się swego rodzaju mediatorów - The Charred Council. To oni stworzyli Jeźdźców Apokalipsy - War, Death, Strife i Fury, którzy trzymali piecze nad balansem między dwoma królestwami. Z całego zgliszcza niezgody wyłoniła się ludzkość. The Charred Council przewidziało, że w przyszłości ludzie będą kluczowym elementem do zakończenia odwiecznie trwającego konfliktu. Z tego powodu, mediatorzy zawarli pakt z królestwem nieba i piekła. Wykuto siedem pieczęci, które zostaną zerwane dopiero, gdy ludzkość będzie gotowa na ostateczna bitwę.



Przygoda rozpoczyna się od końca, dokładniej mówiąc od końca świata. Na ziemie zstępują legiony ohydnych bestii, które bez skrupułów mordują niewinnych. Policja jak i wojsko nie dają sobie rady z potworami skutecznie eliminującymi napotkanych na swojej drodze ludzi. Planetę szybko zaczyna ogarniać chaos, a w samym jego sercu pojawia się Jeździec Apokalipsy. Wojna, bo o nim mowa, to humanoidalna postać przypominająca z wyglądu człowieka. Przyodziany w wielką czerwoną zbroję, gigantyczną żelazna rękawicę i potężny miecz o imieniu Chaoseater. Główny bohater bez zastanowienia dobywa broni i ubija wszelkie bestie, które ośmielają się stanąć na jego drodze. Szybko jednak orientuje się, że coś jest nie tak. Gdzie są inni Jeźdźcy Apokalipsy? Przecież nastąpił koniec świata! Wojna szybko zauważa, że coś tu nie gra. Po niezwłocznym rekonesansie napotykamy na naszej drodze archanioła Abaddon'a. Okazuje się, że żaden inny Jeździec nie przybył na ziemie, a siódma ostateczna pieczęć nie została zerwana. W tym całym zamieszaniu pojawia się demon o imieniu Straga, który z zaskoczenia zabija Abaddon'a. War podejmuje walkę z potworem lecz również zostaje pokonany. Kiedy demon zamierza zadać ostateczny cios naszemu bohaterowi, ten zostaje uratowany przez The Charred Council. Mediatorzy osądzają Wojne o zdradę i spółkowanie z królestwem piekła w celu unicestwienia ludzkości. Według nich to właśnie on zerwał ostatnią pieczęć i rozpoczął apokalipsę zanim królestwo człowieka było na nią przygotowane. Jeźdźca nie zgadza się z zarzutami i żąda od rady, aby ta dała mu szansę na znalezienie tego kto to zrobił. The Charred Council wyraża zgodę, ale stawia dwa warunki:
  
1. Wojna straci swoje dotychczasowe moce.
2. Zostanie uwiązany do strażnika "The Watcher", który będzie go obserwować, a jeśli uzna, że wojna chce zdradzić Mediatorów - będzie miał prawo go zabić.

I w ten sposób rozpoczyna się nasza misja w poszukiwaniu tego, który doprowadził do wybicia rodzaju ludzkiego. Spokojnie, to dopiero początek i wprowadzenie do właściwej rozgrywki. 




Darksiders oddano dla graczy w 2010 roku, minęło 6 lat od premiery, jednak oprawa wizualna prezentuje się nadal dobrze. Modele postaci i animacje zostały wykonane dokładnie. Zbroja Wojny jest dopasowana idealnie i można zaobserwować drobne szczegóły. Poruszanie się tkanin podczas ruchu czy falujące włosy. Głowna broń też została ozdobiona wyróżniającymi się detalami i ornamentami, a z dodatkowym postępem zauważamy jak się zmienia.



Przeciwnicy są zróżnicowani, od prostych potworów przypominających zombie przez anioły, aż po ogromne demony - behemoty. Niestety, po dłuższej rozgrywce możemy zaobserwować, że twórcom skończyły się pomysły na kolejnych adwersarzy. Powiew nowości szybko przemija, a zmiany są kosmetyczne; zwiększona ilość życia i kolor, aby odróżnić podstawowe potwory od tych elitarnych.



W grze przemierzamy najrozmaitsze lokacje. Mamy do dyspozycji miasta, dżungle, pustynie, góry i jaskinie. Tereny nie są wykonane z wielką dbałością, jednak ogromne zróżnicowanie lokacji zachęca nas do eksploracji. W niektórych miejscach czuć czasem pustkę, lecz kiedy przypomnimy sobie, że nastąpił koniec świata łatwo można to sobie jakoś wytłumaczyć.




Całą siła napędową Darksiders i powodem dlaczego warto dać jej szanse jest rozgrywka. Twórcy zabrali i zaimplementowali w swój tytuł najfajniejsze rzeczy z innych znanych serii gier. Świat Darksiders to tak naprawdę średniego rozmiaru sandbox. Szkoda, że nie wszędzie dostaniemy się od razu. Niektóre przejścia będą wymagać od nas nowych umiejętności lub specjalnych przedmiotów. Wszystkie będziemy mogli zdobyć wraz z posuwaniem się wątku fabularnego. Kraina Darksiders jest nasycona ukrytymi skrzyniami i ciekawymi zagadkami. Lokacje potrafią być spore i jeżeli bacznie nie obserwujemy naszego otoczenia możemy szybko się zgubić. Postacie napotkane na drodze, wyróżniają się nie tylko ciekawym wyglądem lecz i charakterem.

Wojna, to postać uniwersalna, posługująca się wszelkiego rodzaju bronią. Nasz podstawowy miecz to jeden z wielu śmiercionośnych przedmiotów dostępnych w uniwersum. Każdą z nich będziemy mogli ulepszać po przez zdobyte doświadczenie. Usprawnienie oręża otworzy przed nami nowe, bardziej zabójcze ruchy. Podczas walk urozmaici to zabawę, a możliwość łączenia ataków w potężne combo zrobi na każdym wrażenie.

Sama gra jest dość brutalna. PEGI zaklasyfikowało ją na 18, czyli dla dorosłych. Wojna nie patyczkuje się z przeciwnikami; odcinanie kończyn, dekapitacja czy miażdżenie jest na porządku dziennym. Walki z bossami są naprawdę wielkie i to w każdym tego znaczeniu. Seria quick time eventów została tu płynnie zaimplementowana i nie odczujemy, że została dodana nachalnie czy na siłę.

Darksidsers to połączenie najlepszych motywów z innych znanych serii. Umiejscowienie akcji w motywie Apokalipsy okazało się strzałem w dziesiątkę:

  • Otwarty świat jak w The Legend of Zelda - jest
  • Odlotowe i długie kombinacje ciosów rodem z Devil May Cry - jest
  • Epickie walki z gigantycznymi bossami, Kratos God of War? - jest

Niejedno studio próbowało zebrać i wykorzystać sprawdzone motywy w swoich grach. Szkoda, że nie każdemu to się udało. Studio Vigil Games zaryzykowało, ale mimo wysokich ocen oscylujących na poziomie 83% DarkSiders nie okazał się głośnym hitem. Gra sprzedała się w nakładzie ponad 1 miliona egzemplarzy na całym świecie. Rzadko jestem skłonny do zbierania i odkrywania wszystkiego do końca. Przy Darksiders bawiłem się wyśmienicie i nie patrzyłem na zegarek. Powracanie do poprzednich lokacji by zdobyć tą jedną z wielu skrzyń, sprawiało mi dużo przyjemności. Trudno w tych czasach wybić się i stworzyć coś pamiętnego. Chociaż Darksiders jest naprawdę solidnym kawałkiem kodu wciąż wielu osobom nie było dane go sprawdzić. Wszystkim, którzy się wahali lub nie wiedzieli o istnieniu tej gry, serdecznie polecam!

Detroit rok 2027, miasto jest przesiąknięte brudem i smutkiem. Postęp technologiczny, a w szczególności medycyna rozwinęła się niewyo...



Detroit rok 2027, miasto jest przesiąknięte brudem i smutkiem. Postęp technologiczny, a w szczególności medycyna rozwinęła się niewyobrażalnie w przeciągu ostatnich 20 lat. Ludzie po ciężkich wypadkach  nie muszą kończyć jako niepełnosprawni. Nowoczesne protezy, zdolne połączyć się z naszym układem nerwowym działają jak brakujące części ciała. Te substytuty nazywane są potocznie augmentacją. Zabieg nie należy do tanich,  jednak wiele osób podejmuje taką decyzje by stać się czymś więcej niż człowiekiem. Nadludzka siła, zwiększona odporność na ból czy możliwość wpływania na innych. Brzmi niesamowicie, prawda?

W życiu każdego gracza przychodzi ten moment, że chciałby podzielić się swoją pasją z drugą połówką. Masz dziewczynę, żonę, czy k...






W życiu każdego gracza przychodzi ten moment, że chciałby podzielić się swoją pasją z drugą połówką. Masz dziewczynę, żonę, czy kochankę tfu koleżankę która Ci się podoba i nie wiesz od czego zacząć? Kto wie, może okaże się, że będzie łoić twój tyłek w Quake’a, albo spuści srogie bęcki w Tekkena. 

Jakiś czas temu dostałem cudowny prezent, Dark Souls II Schoolar of the First Sin na Playstation 3 . Oczywiście mam świadomość,...





Jakiś czas temu dostałem cudowny prezent, Dark Souls II Schoolar of the First Sin na Playstation 3. Oczywiście mam świadomość, że od premiery minęło sporo czasu, a jako wielki fan powinienem kupić zaraz po jej wyjściu. Lecz bardziej od fajnych gier cenie pełne wydania! Teraz chciałbym podzielić się moim doświadczeniem co do drugiej części tej wyjątkowej serii. Zrobiłem sobie małą przerwę specjalnie dla was, aby zdać relację z frontu. Nie, żartuję poziom trudności jest tak wymagający, że ostatnio muszę podchodzić do niej bardzo powoli i w małych ilościach.

Dawno nie grałem w żadnego Residenta . W związku z tym, że w ostatnim czasie zacząłem kolekcjonować gry na PlayStation 1 postanowiłem odno...

Dawno nie grałem w żadnego Residenta. W związku z tym, że w ostatnim czasie zacząłem kolekcjonować gry na PlayStation 1 postanowiłem odnowić znajomość z tą znakomitą serią survival-horrorów od Capcom. Tym bardziej nie mogłem przejść obojętnie obok składanki Resident Evil Origins Collection zawierającej zremasterowaną część Resident Evil Zero (dotychczas dostępną jedynie na GameCube i Wii) oraz Resident Evil 1. Zapraszam was do przeczytania mojej recenzji pierwszej części tego smakowitego pakietu.

"Are the faint sounds of footsteps those of survivors?"

Do gry wprowadza nas klimatyczne intro. Drużyna Bravo S.T.A.R.S. (Specjalny Oddział Taktyczno-Ratowniczy) zostaje wysłana, aby zbadać sprawę tajemniczych morderstw o charakterze kanibalistycznym w Górach Arklay. Niestety sprawy komplikują się, gdy ich helikopter ulega awarii. My natomiast przejmujemy kontrolę nad Rebeccą Chambers - młodziutką, niedoświadczoną aczkolwiek niezwykle uzdolnioną członkinią drużyny Bravo. Już po kilku chwilach nasza misja zamienia się w walkę o przetrwanie, a żeby przeżyć Rebecca początkowo nieufnie podejmuje współpracę z napotkanym skazańcem - Billy'm Coen'em.


Każda z postaci ma swoje mocne i słabe strony. Rebecca świetnie radzi sobie z chemią i medykamentami. W związku z tym może wytwarzać lekarstwa z roślinek, a także mieszać różne substancje. Jest za to mniej odporna na wszelkiego rodzaju obrażenia. Billy natomiast jest bardziej wytrzymały, a ponadto potrafi przesuwać ciężkie przedmioty. Niestety nie potrafi łączyć roślinek w nic użytecznego, a chemikalia pozostają dla niego tajemnicą. Od chwili kiedy Rebecca i Billy zaczną współpracę możemy się swobodnie przełączać między nimi. Kontrolę nad nieaktywną postacią przejmie komputer, który co prawda inteligencją nie grzeszy ale przynajmniej trzyma się blisko. Możemy się także rozdzielać - ważne aby ostatecznie obie postacie przeżyły ponieważ śmierć którejkolwiek z nich definitywnie kończy grę.

ZAPISAĆ CZY PÓJŚĆ DALEJ?


Resident Evil Zero HD nauczył mnie ponownie oszczędzania... taśmy barwiącej oraz amunicji. W większości współczesnych produkcji mamy gęsto rozsiane punkty kontrolne, albo możliwość zapisywania stanu gry w dowolnym momencie. W Resident Evil Zero HD zapisywać grę możemy jedynie przy maszynach do pisania i musimy dodatkowo posiadać taśmy barwiące, których ilości są ściśle limitowane zależnie od wybranego poziomu trudności. Często zastanawiałem się czy warto już teraz zapisać stan gry, czy może zaryzykować i przejść odrobinę dalej (co w razie niepowodzenia owocowało powtarzaniem całej sekwencji). Podobnie z amunicją. Może dało się lepiej rozegrać dane starcie i tym samym zachować więcej nabojów? Oddać dwa strzały i przejść gładko ten korytarz czy lepiej zachować te kule na bossa? Oczyścić dane pomieszczenie czy po prostu szybko zabrać potrzebny przedmiot i uciec niemrawym zombiakom? Pytania nasuwają się same i to jest piękne.


Jeśli chodzi o dostępny arsenał to mamy do wyboru: nóż, zwykły pistolet, dwa rodzaje strzelb, koktajle Mołotowa, granatnik (amunicja wybuchowa lub kwasowa) oraz magnum. Niby pukawek nie ma zbyt wiele, ale naboje są dobrem na tyle luksusowym, że z czasem uczymy się korzystania z każdej broni. Nie da się przejść gry używając jedynie ulubionej spluwy. Mało tego, nie możemy zabrać ze sobą wyłącznie broni, bo potrzebujemy też miejsca na apteczki, klucze, karty i inne gadżety niezbędne do ukończenia danego etapu. Niestety nie ma tu skrytki na przedmioty. Na szczęście upuszczone rzeczy nie znikają, ale może się zdarzyć że zostawimy coś ważnego na ziemi i za jakiś czas będziemy musieli po to wrócić. Czasem lepiej wczytać stan gry i zyskać kilka minut niż cofać się bez gwarancji, że nasza postać wróci cała i zdrowa... o ile w ogóle przeżyje.


Na nasze życie czyhają zombiaki, zmutowane małpy, ptaszyska, ogromne pająki i wiele innych stworów. To, że oczyściliśmy dany korytarz wcale nie daje nam pewności że taki pozostanie do końca gry. Nigdy nie wiemy czy z zepsutej lodówki obok której nasza postać przechodziła już dziesiątki razy nagle coś nie wyskoczy. Nie jest to może najstraszniejszy Resident w jakiego grałem, ale takich smaczków jest całkiem sporo. Każdy z bossów bez względu na to czy jest to przerośnięta gąsienica czy wielki nietoperz wymaga wypracowania pewnej taktyki i odkrycia słabych punktów.

OPRAWA AUDIOWIZUALNA


W budowaniu atmosfery znakomicie pomaga muzyka, w której przewijają się różnego rodzaju odgłosy. Podczas walk z bossami fala wysokich dźwięków potęguje uczucie grozy i podkreśla beznadziejną sytuację naszej postaci. W większości pomieszczeń gdzie stoją maszyny do pisania przewija się natomiast melancholijny motyw dający choć na chwilę poczucie bezpieczeństwa. Pomruki zombiaków, strzały, stukot kół pociągu o szyny, świst wiatru - wszystkie te dźwięki pozostają w głowie na długo po wyłączeniu konsoli. Również filmiki trzymają wysoki poziom i są swoistym pomostem dla następujących po sobie wydarzeń. Bez wątpienia pozwalają lepiej wciągnąć się w klimat i zrozumieć fabułę.


Mimo, że szata graficzna Resident Evil Zero HD opiera się w większości na statycznych tłach, a animowane są jedynie postacie i ich przeciwnicy, takie rozwiązanie wcale mi nie przeszkadzało. Scenografia w 2002 roku zapewne robiła duże wrażenie, a obecnie poprawiona jakość tekstur tylko dodała jej uroku. Lokacje są rozbudowane i bogate w detale. Warto zwracać uwagę na każdy szczegół, bo może się okazać że wyglądające niepozornie pianino dosłownie otworzy nam dalszą drogę do celu. Zagadki trzymają poziom, nie są ani za łatwe ani za trudne - trzeba po prostu ruszyć głową. Grunt to się rozglądać i szukać podpowiedzi; od umieszczonych na ścianach obrazów po walające się tu i ówdzie notatki.

PODSUMOWANIE


Czy Resident Evil Zero HD ma jakieś wady? Oczywiście, że tak. Mógłbym wymienić tu cukierkowatość dialogów głównych bohaterów, ich mało rozbudowane animacje, brak schowków na przedmioty czy mało interaktywne otoczenie, ale trzeba też pamiętać że Resident Evil Zero po raz pierwszy ukazał się 14 lat temu. Ja natomiast w oryginał nie grałem, ale jego zremasterowana wersja naprawdę mnie wciągnęła. Szczerze mówiąc żadna z ostatnich części Residentów nie dała mi tyle radości. Przejście gry zajęło mi lekko ponad 12 godzin na normalnym poziomie. Niekoniecznie trzeba na tym poprzestać. Można pobawić się innymi trybami, np. Wesker Mode a końcowy wynik poprawić zdobywając przy okazji kolejne osiągnięcia. Dzięki Resident Evil Zero HD znowu mogłem poczuć się jak zwierzyna i zwiedzić tak wspaniałe, oryginalne lokacje jak chociażby zasuwający z prędkością światła pociąg. To doprawdy świetny tytuł, już nie mogę się doczekać czym zaskoczy mnie Resident Evil 1 HD.


GRAFIKA: 85%
DŹWIĘK: 80%
MIÓD: 95%

OCENA: 87%
PS
Pewnie zastanawiacie się dlaczego nie wrzuciłem pięknych, soczystych obrazków bezpośrednio z konsoli. Otóż na Xbox One można zrobić zrzut ekranu, ale nie da się go zapisać ani wyeksportować. Poświęciłem godzinę na rozmowę z konsultantem pomocy technicznej Microsoftu (swoją drogą bardzo rzeczowym i zaangażowanym) zanim znaleźliśmy odpowiedź dlaczego tak się dzieje. Otóż niektóre firmy celowo blokują możliwość publikowania obrazków z gry, a także rozgrywki. Niestety Capcom postąpił w ten sposób z Resident Evil Zero HD. I tak oto kolejna z najbardziej rozreklamowanych zalet konsol obecnej generacji okazuje się wątpliwa w starciu z chciwością producentów i wydawców gier.

Nowy rok to nowe gry, lecz nie zapominajmy o tym co było w 2015. Przygotowałem dla was swoja własną listę gier, które ograłem w ubie...


Nowy rok to nowe gry, lecz nie zapominajmy o tym co było w 2015. Przygotowałem dla was swoja własną listę gier, które ograłem w ubiegłym roku. Miłego czytania!

Miejsce: 10
Berserk Millennium Falcon  
Platforma: PS2


Dlaczego Berserk? Ponieważ uwielbiam to uniwersum. Na bieżąco jestem z mangą i zakochałem się w tym co tam się dzieje. Gdy dowiedziałem się, że taka gra istnieje, wiedziałem, że muszę w nią zagrać. Niestety, oficjalnie została wydana tylko w Japonii. Lecz dzięki mocy Internetu, znalazłem fanowsko przetłumaczoną wersję w języku angielskim. Berserk Millenium Falcon to typowy slasher (mocno brutalny). Wcielamy się w postać o imieniu Guts, wojownika dzierżącego ogromny dwuręczny miecz, którym tniemy wszystko na naszej drodze.

Miejsce: 9
The House of the Dead Overkill
Platforma: Wii



Klasyczna strzelanka na ekranie, czy jest coś przyjemniejszego niż rozwalenie paru zombiaków? Pewnie, że tak! Gra oferuje tryb kooperacji i jest nasączona czarnym, wulgarny humorem. Rozgrywka poprowadzona została na szynach, a naszym zadaniem jest wymierzyć celownikiem w trupa i odstrzelić mu głowę. Wydaje się proste, jednak trzeba dużo refleksu, a czasem taktyki żeby ukończyć dany poziom. Z chęcią wracam do tego tytułu ze względu na jego lekkość i możliwość zabawy we dwoje.

Miejsce: 8
The Legend of Zelda: Twilight Princess
Platforma: Wii



Moja pierwsza „Zelda" w życiu. Co mogę o niej powiedzieć? Super, naprawdę coś fajnego. Najbardziej spodobało mi się w niej, że jak dostawałem jakiś przedmiot to wykorzystanie tego przychodziło mi bardzo intuicyjnie i logicznie. Np: muszę zanurkować, ale nie dopłynę do dna, no to zakładam metalowe buciki i działa siła przyciągania. Ogólnie, fabuła bardzo przewidywalna, jednak to w jaki sposób została poprowadzona, plus możliwości eksploracji i wykorzystania ekwipunku naprawdę wciągnęły mnie na wiele dni.

Miejsce: 7
Bully: Scholarship Edition
Platforma: Wii



Grand Theft Auto w szkolę? Musiałem to zobaczyć, i byłem pozytywnie zaskoczony. Może nie da się mordować, gwałcić itd. Zamiast tego wcielamy się w chłopaka, którego matka wysłała do prywatnej szkoły. Chodzimy na zajęcia, zdajemy egzaminy, bijemy się z uczniami czy flirtujemy z dziewczynami. Wykonujemy zadania dla innych uczniów i próbujemy nie dać się złapać nauczycielom i ich poplecznikom. Brzmi  banalnie, ale to naprawdę działa!

Miejsce: 6
Far Cry 3 Blood Dragon
Platforma: PS3



Muzyka Miami lata 70, fabuła bez sensu, przeciwnicy bez sensu, idiotyczny humor, trochę kiczu, więcej mocnego humoru i kozackich broni. Dodaj to i otrzymasz Blood Dragona. Ta gra była tak dobra, że zrobiłem 100% w pucharkach. No kto normalny spotyka na co dzień smoki? Tak wiem, w Skyrim jest ich od groma, ale czy któryś z nich strzela z oczu laserami?

Miejsce: 5
Onimusha Warlords/Samurai’s Destiny
Platforma: PS2



Samuraje, katany, demony i fabuła jak z chińskiego filmu. Od dawna chciałem zagrać w tą serię i żałuje, że zacząłem dopiero teraz. Onimusha to typowy survival horror umiejscowiony w czasach feudalnej Japonii. Albo kochasz, albo nienawidzisz, chociaż znienawidzić to można bardziej sterowanie od samej gry.

Miejsce: 4
Metal Gear Solid 3: Snake Eater
Platforma: PS2



Do tej pory jak pomyślę o tej grze to dostaję gęsiej skórki. Opening został zrobiony w stylu Bonda. Ta gra to chodzący film z niesamowitymi postaciami i fabułą. Uniwersum Metal Gear jest przeogromne i głębokie. Ogólnie, nie lubię „składanek” ale Snake Eater pokazał mi, że warto dać każdemu szanse. Ta gra ma w sobie coś takiego, że nie traktujesz jej jak zwykłą skradankę. Fabuła jest tak wypasiona, że chcesz brnąć w nią głębiej i głębiej. Trzecia część Metal Gear'a to tak naprawdę prequel do pierwszego PSX'owego metala. Wcielamy się w legendarnego Big Bossa, który wyrusza na swoją pierwszą poważną misję. Później spoglądasz na zegarek i orientujesz się, że jest już rano i musisz iść do pracy. Im still in a dream  snake eater...

Miejsce: 3
The Last Of Us
Platforma: PS3



To jedna z najładniejszych gier w jaką w życiu grałem. Jednak nie grafiką człowiek żyje (przynajmniej ja). To co tam się działo, relacje między bohaterami, możliwości tworzenia broni i modyfikowania przedmiotów. Grając, człowiek zaczyna wchodzić w ten świat, chłonąć go i zatapiać się w nim. Niby kolejna gra o tym samym a jednak inna! Jako Joel naprawdę zaczynasz się martwić i troszczyć o Ellie, chcesz mu pomóc w chronieniu jej.

Miejsce: 2
No More Heroes
Platforma: Wii



Powiem tak, jeszcze żadna gra nie wykorzystała tyle możliwości Nintendo Wii jak No More Heroes. Machanie kataną, zapaśnicze rzuty czy mini gry z użyciem wiilota. Wisienką na torcie była sekwencja telefoniczna, gdzie z małego głośniczka w padzie wydobywał się dźwięk, a gracz przykładał go do ucha jak telefon żeby wysłuchać co tam mówią. Wszystko to, połączone z lekką i zabawną fabułą. Gdybym miał polecić jakaś grę na Wii to zdecydowanie No More Heroes.






Wielkie odliczanie zakończone, został tylko numer jeden, mógł bym napisać, że za zobaczenie pierwszego miejsca musicie wykupić DLC o wartości xxx, ale co ja tam będę gadać. 



Miejsce: 1
Okami
Platforma: PS2 



Co!? Przecież ta gra to staroć, w tym roku stuknęło jej 10 lat! No tak, a ja dopiero teraz zagrałem i żałuję, że wcześniej się za nią nie zabrałem. Narzeczona cały czas polecała mi ten tytuł, a ja nie wiedzieć czemu odkładałem go na później. Niby wcielasz się w boskiego psa i bijesz jakieś pawiany. No ludzie, ale jak to robisz! Sam świat jest ogromny i po prostu piękny. Gra na Playstation 2 w ogóle się nie zestarzała. Wyjątkowy styl graficzny, plus opcja użycia boskiego pędzla do ingerowania w świat. Po prostu magia sama w sobie. Napotkane postacie, poboczne zadania i główny wątek. Naprawdę czułem się jak w domu. Gdy zaczynałem grać to wyciskałem ile się dało, robiłem wszystko co było do zrobienia, a kiedy nie mogłem grać to myślałem o tym co zrobię jak wrócę do domu. Prawie siedemdziesiąt godzin na liczniku! Okami łączy w sobie japoński folklor oraz japońskie mity i legendy, które zostały przedstawione w cudowny sposób. Zakochałem się w tej grze, nawet długo po jej ukończeniu ciągle chodziła mi po głowię. Mogę tylko powiedzieć, że była to wyjątkowa przygoda w bajkowo zaprojektowanym świecie do której zachęcam każdego kto jeszcze nie miał okazji. Chyba wpadnę na chwilę do Sasa Kingdom...