Konferencja Nintendo - wrażenia Wojtka Pokaz Nintendo zaczął się o 18. Wróciłem z pracy i włączyłem relację. Bez zbędnego gadania...


http://www.vooks.net/img/2017/05/e32017-1000x562.jpg

Konferencja Nintendo - wrażenia Wojtka

Pokaz Nintendo zaczął się o 18. Wróciłem z pracy i włączyłem relację. Bez zbędnego gadania przeszli do Xenoblade Chronicles 2. To mocna pozycja z bogatym światem, więc można spokojnie liczyć na porządną i dopracowaną grę. Jedyny mankament, a może dwa?

http://i.4cdn.org/v/1497430271074.jpg
Są prawdziwe?
Nie powiem, że nie lubię cycków bo to będzie kłamstwem, ale autorzy Xenoblade nie pierwszy raz pokazują, że to ich ulubiona cześć kobiecego ciała. Oglądając pokaz z rozgrywki, miałem tylko w głowie jedną myśl - oj Nintendo wy zboczuszki. Nasz miecz ubrany jest tylko w kawałek sznurka na tyłku i wielki stanik. Kto by nie chciał mieć takiego miecza? Główny bohater wygląda okropnie i czuję, że będzie zwykłym cielakiem / maminsynkiem. Niemniej, seria Xenoblade to jakość sama w sobie!

http://i.4cdn.org/v/1497430780062.jpg

Kolejna gra z Kirby, akurat tą serie traktuję jako gry, które potrafią przejść się same. Fajna zabawa w coopie, ale nie ma co traktować tego jako wyzwania. Potem był Pokken Tourmanent DX, zwykły port WiiU z dodatkowymi postaciami. Oczywiście mój faworyt, pokemon żyrandol! (Podobno twórcy poków, tworzą kompletnie nowe pokemony RPG na Switcha, ale poza słowami 0 screenów czy czegokolwiek).


Nagle na ekranie pojawiła się liczba 4, w głowie setki myśli, Pikmin 4, Mario 4, Kirby 4, padło na Metroid Prime 4! Dostaliśmy napis "Metroid Prime 4" i koniec! 

http://www.gaytimes.co.uk/wp-content/uploads/2017/06/Metroid-4.jpg

Gra z Yoshi. Udusiłbym go! Rozgrywka zbliżona do Kirbiego, kolorowa zabawa ze znajomymi w coopie. Potem pojawiła się Zelda Breath of The Wild, a razem z nią dwa DLC. Zestaw czapek i jakichś wyzwań, cena 20$. Nintendo bez przerywników pokazało kolejną grę, już wcześniej widzianą na konferencji Ubisoftu. Mario + Rabbitds: Kingdom Battle. Najbliższe skojarzenie? Seria XCOM, tylko bardziej kolorowa i ugrzeczniona. Potem pojawił się Rocket League na Switch, oczywiście nie mogło zabraknąć opcji założenia czapki Mario na samochód, zabijcie mnie...

https://cdn.vox-cdn.com/uploads/chorus_asset/file/8675033/NintendoSwitch_SuperMarioOdyssey_scrn17_E3_copy.jpg

Super Mario Odyssey, tym razem jako Mario mamy zarażoną czapkę, która zmienia każdego w wąsatego zombie. Nie no żartuję, czapka pozwala nam "wstępować" w ciała innych i przejmować nad nimi kontrolę. Po trailerze widać, że możliwości przejmowania będą ogromne. I koniec, to wszystko. Później Nintendo zaprosiło do swojego show Nintendo Treehouse w którym ujawniono dodatkowe gry na 3DS: Metroid: Samus Returns i Mario & Luigi Superstar Saga + Bowser's Minions. Niestety, ale żeby dotrwać do tych dwóch gier, musiałem wysiedzieć nudne pokazy, które momentami trwały nieskończoność. Fajnie, że Nintendo chce pokazać swoje gry w ruchu, ale mogli by to lepiej rozplanować. Oglądając Metroida na 3DS myślałem, że zaraz przejdą całą grę. Dziewczyna ją prezentująca nie dawała rady pokonać bossa i po trzecim podejściu dałem sobie spokój.

http://mms.businesswire.com/media/20170613006601/en/592607/5/3DS_Mario%26LuigiSuperstars%2BBowser%27sMinions_logo_01.jpg
Podsumowując, konferencja Nintendo trwała niecałe 30 minut, pokazano w niej tak naprawdę rzeczy o których wiedzieliśmy od dawna. Miłym zaskoczeniem była dłuższa prezentacja Super Mario Odyssey i prezentacja "jak to działa" no i fakt, że powstaje Metroid i Pokemony (Xenoblade, ahh ten miecz).  Dopiero w domku na drzewie, pokazano nowe gry na 3DS. Nie ukrywam, ucieszyłem się na myśl, że Nintendo nie planuje jeszcze uśpić 3DS'a i skupić się w 100% na Switchu. Szkoda, że nie zobaczyliśmy żadnych nowych IP.

Konferencja Nintendo - wrażenia Deathcoil'a

Z pokazem wielkiego "N" wiązałem duże nadzieje. Zewsząd spływają informacje, że Nintendo Switch sprzedaje się doskonale, liczyłem więc na sporo growego mięska dla mojej maszynki. Minutę przed 18:00 otworzyłem piwko, nałożyłem słuchawki na uszy i odpaliłem stream.


Xenoblade Chronicles 2 - ten tytuł zainteresował mnie od chwili gdy tylko został zapowiedziany, a tegoroczny pokaz w zasadzie utwierdził mnie w przekonaniu że warto go kupić. Po pierwsze piękny świat, w którym zieleń, pustynie i ośnieżone wzgórza mieszają się z futyrystycznymi statkami. Po drugie zróżnicowane postacie używające gigantyczych i efektownych broni. Po trzecie dynamiczne walki i rozmach starć. Mógłbym tak wymieniać bez końca. Jak tylko Nintendo zapowie edycję kolekcjonerską zaklepuję swój egzemplarz!

Dalej było słabiej... Bijatyka Pokken Tournament DX wydała się taka niemrawa. Poza tym pokazano dwie platformówki Kirby i Yoshi (ta druga z ciekawym patentem polegającym na odwracaniu planszy stronami). Ale ale... tego typu gier zawsze na konsolach Nintendo jest pod dostatkiem. Nie podjarałem się zapowiedziami typu "Pracujemy nad nowym RPG z Pokemonami" albo pokazanym logo Metroid Prime 4. Takie rzeczy można spokojnie ulokować poza oficjalną prezentacją tym bardziej, że nie było czego oglądać.


Odkryto trochę więcej kart z Super Mario Odyssey - najbardziej podobało mi się bogactwo scenerii i przejmowanie kontroli nad innymi postaciami przez Mario. Była też jakaś migawka ze Splatoona 2, którego zakup uzależniam jednak od decyzji reszty znajomych.

Ucieszył mnie widok Fire Emblem Warriors, bo od dłuższego czasu chodziło mi po głowie to uniwersum. Niestety mój entuzjazm skutecznie ostudziły oglądane po konferencji fragmenty rozgrywki. Koszenie legionów ciągle pojawiających się wrogów? Ciekawe po jakim czasie się znudzi...


DLC do notabene świetnej Zeldy: Breath of the Wild zupełnie do mnie nie trafiły. Daruję sobie płacenie niemałej kasy za przedmioty, wyższy poziom trudności czy nowe próby. Ktoś chyba kiepsko te elementy wycenił - lepiej tę stówkę dorzucić do innej pełnowartościowej gry. "Na deser" były jeszcze nowe figurki amiibo. Rozumiem, że kasa musi się zgadzać, ale naprawdę w trwającej zaledwie 25 minut prezentacji trzeba je koniecznie wcisnąć?

Po pokazie Japończyków spodziewałem się niespodzianek. Owszem były, tyle że niezbyt trafiły w mój gust i cóż... to nie taki kaliber jakiego się spodziewałem. Dobrze, że Nintendo otwiera się na tak masowe gry jak Fifa (choć nieco wykastrowana) czy Rocket League, bo to bez wątpienia przełoży sie na zwiększenie popularności konsoli. Ja natomiast nieco rozczarowany odkładam kasę na Xenoblade Chronicles 2.

Konferencja Sony - okiem Wojtka Nastawiłem budzik na 2:55, otworzyłem oczy z jedną myślą w głowie: "co ja właściwie wyprawiam?...

https://www.psxhax.com/attachments/sony-playstation-e3-2017-media-showcase-press-conference-date-jpg.2477/
Konferencja Sony - okiem Wojtka

Nastawiłem budzik na 2:55, otworzyłem oczy z jedną myślą w głowie: "co ja właściwie wyprawiam?". Włączyłem laptop i odpaliłem konferencję. Na początku cisza, coś było nie tak z dźwiękiem. Siedzę zaspany i wkurzony, super Twich... Nocne pisanie z Deathcoilem i szybka rada "szukaj oficjalnego streamu Sony" była dobrą decyzją. 

https://i.ytimg.com/vi/dW-etEIgIiQ/maxresdefault.jpg

Zaczynamy! Dziwna hinduska muzyka i duży dodatek do Uncharted 4 - spoko, ale to już było na poprzednim E3. Kolejny dodatek, tym razem do Horizon Zero Down, nie moja bajka. 

http://nerdist.com/wp-content/uploads/2017/06/hzd.png

Lecimy dalej, Days Gone wygląda fajnie nie powiem, ale to już widzieliśmy rok temu. Shadow of the Colossus? Dziwna zagrywka od Sony, robić HD remaster, a teraz jeszcze remake. 

http://www.ppe.pl/upload/images/news/25/34/19/253419737.jpg

Monster Hunter na PS4! Rozpoznałem po pierwszych sekundach (jestem specjalistą). Już w tym momencie upewniłem się, że Sony ma moją kasę i zdecyduję się na zakup PS4. Potem były VR popierdółki, Marvel vs Crapcom - spoko, Dragon Ball Figter Z zniszczy ich. 


Nowy filmik z Kratosem, więcej mi nie trzeba. Potem były znowu jakieś pierdoły, a na deser człowiek pająk. Oj byłem bardzo sceptyczny, ale po chwili uśmiech od ucha do ucha. Nowy Spider-Man wygląda obłędnie, Insomniac wie co robi i kibicuje im w tym projekcie.

https://procrastinerddotcom.files.wordpress.com/2016/07/spiderman-insomniac.gif?w=482&h=271

Podsumowując, Sony zrobiło to prosto i bez zbędnego gadania. Niestety, oprócz bomby w postaci Monster Huntera, reszta była wiadoma od dawna. Fajnie, że pokazali rozgrywkę z tego i tamtego, jednak brakowało czegoś mocnego na zakończenie. Nie mniej, na ten moment była to najlepsza konferencja. Dużym plusem prezentacji niebieskich był fakt, że większość pokazanych gier jest ekskluzywna. Microsoft mógłby się czegoś od nich nauczyć. Zostało tylko Nintendo, które mam nadzieję nie podda się bez walki i strzeli niezapowiadanymi wcześniej grami.

Konferencja Sony - nieco zaspanymi oczami Deathcoil'a

Nie powiem, dobrą chwilę wahałem się czy aby na pewno warto wstać o tej 3:00 nad ranem.  Z jednej strony już dawno nie mam PlayStation 4, a z drugiej zawsze warto wiedzieć co dzieje się na nie tak znowu obcym podwórku. Jasne, niby można obejrzeć retransmisję ale to już nie to samo - takie święto graczy nie zdarza się codziennie. Nastawiłem więc budzik na 2:50 i pięć minut później miałem już gotowy zestaw do oglądania w postaci laptopa i słuchawek, tak aby nie przeszkadzać reszcie domowników.

Na rozgrzewkę Sony pokazało dwa dodatki: Uncharted: The Lost Legacy i Horizon Zero Dawn: The Frozen Wilds. Niby było widowiskowo, ale nie takich rzeczy oczekiwałem. 


Moje oczy otworzyły się za to na dobre przy pokazie Days Gone. Przesiąknięty akcją obraz ukazywał przejazd głównego bohatera motocyklem i ucieczkę przed dzikimi zwierzętami, a następnie próbę odbicia zakładnika z obozu najemników. Świetnym patentem było uwolnienie zombiaków, aby szturmowały obóz wroga. Skradanie się i elementy zaskoczenia przywoływały skojarzenia z The Last of Us. Ciekawe jaką historię kryje postać, której wizerunek przypomina typowego Harleyowca. Wszechobecny brud, mroczny klimat i świetna, płynna animacja - ta gra na pewno nie przepadnie w gąszczu innych tytułów.


Sony nie byłoby sobą, gdyby nie zaprezentowało przy okazji jakiegoś odgrzewanego kotleta. Tym razem padło na Shadow of the Colossus. Nie wiadomo czy będzie to zwykły remaster czy też remake. Ciężko to wywnioskować, bo pokazano głównie postać biegającą między ogromnymi konstruktami.

W następnej kolejności zobaczyłem bohatera z ogromnym mieczem na plecach. Czy to Cloud z Final Fantasy? "Nie, to Monster Hunter World na PlayStation 4 !!!" - wyprowadził mnie z błędu Wojtek. Pokazano  fragment wspinaczki i walki z dinozaurami. Grafika wygląda bardziej niż przyzwoicie, ale sama rozgrywka mnie nie porwała. 

Dalej były: Marvel vs Capcom Infinite, który mnie specjalnie nie oczarował, obojętny tasiemiec Call of Duty:WWII (tak wiem, II wojna światowa) i podrasowany staruszek Skyrim wraz z woreczkiem innych gier na VR. Wirtualna rzeczywistość w wydaniu na PlayStation 4 powoduje u mnie zawroty głowy, więc prezentacje obejrzałem tylko z czystej ciekawości - przy okazji śmiejąc się z wędkowania (WTF?!) w Final Fantasy XV.


God of War i Kratos to klasa sama w sobie, choć muszę przyznać że zapowiedź pokazana na poprzednich targach obudziła we mnie znacznie więcej emocji. Tym razem postawiono na brutalną akcję, więcej sieczki oraz ogromną gadzinę na koniec. Z pewnością będzie czego zazdrościć posiadaczom PS4.


W Detroit: Become Human zainteresowała mnie natomiast historia Marcusa próbującego uwolnić kolejne androidy z pomieszczeń przypominających sklepowe witryny. Później jest jeszcze przemowa głównego bohatera do cyborgów, które wyglądają zupełnie jak ludzie - tak jakby chciał pomóc im w uzyskaniu (bądź odzyskaniu) własnej tożsamości. Fabuła naprawdę mnie zaintrygowała.


Nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Człowieka Pająka, więc i bez szczególnej ekscytacji przyjąłem nowego Spider-Mana. Mimo wszystko przyznaję, że grafika wygląda tu bardzo dobrze, a w zapowiedzi akcja wprost wylewała się z ekranu. Używanie pajęczyn do walki i manipulowania elementami otoczenia, spowalnianie czasu, ogromne miasto i pościg za helikopterem - to wszystko może się podobać. Niepokoi mnie natomiast ilość skryptów i sekwencji QTE. Ciekawe na ile swobody pozwoli ostatecznie sama gra.

Prezentacja Sony trwała równą godzinę, z czego samo gadanie nie zajęło nawet 10 minut. Czas upłynął mi bardzo szybko i nie mogłem uwierzyć że to już koniec. Warto było wstać, żeby zobaczyć w końcu soczyste gry, a także poczytać wiadomości od Wojtka, który na wieść o nowym Monsterze i Spider-Manie cieszył się jak dziecko. Dla takich chwil warto śledzić E3 na żywo. Zdziwił mnie trochę brak jakichkolwiek zajawek z Gran Turismo Sport (zdążą na obecną generację?) czy The Last of Us 2, ale taką strategię akurat obrało Sony. Japończycy nie zawiedli, a ja z wypiekami na twarzy czekam jeszcze na dzisiejsze popołudnie z Nintendo

W tym roku korzystając z okazji że E3  właśnie się rozkręca zrobimy z Wojtkiem mały test weryfikujący nasze oczekiwania. Postanowiliśmy, że...

W tym roku korzystając z okazji że E3 właśnie się rozkręca zrobimy z Wojtkiem mały test weryfikujący nasze oczekiwania. Postanowiliśmy, że obejrzymy konferencje Microsoftu, Sony oraz Nintendo i następnie każdy z nas doda własne przemyślenia w notce na blogu. Ponieważ impreza "zielonych" już za nami pozwólcie, że podzielimy się z Wami kilkoma wrażeniami z tego co dane nam było zobaczyć wczoraj o 23:00.

Konferencja Microsoftu - okiem Deathcoil'a

Projekt Scorpio, czyli Xbox One X


Naturalnie sporą część konferencji Microsoft poświęcił swojej ulepszonej konsoli - wszak nie wkraczamy jeszcze w nową generację. Nie kręcą mnie podzespoły: procesor, ilość pamięci ram i teraflopy więc nie będę ich tutaj przytaczał. Wystarczy, że zgromadzeni na imprezie fani wyraźnie podekscytowani nagradzali każdą recytowaną linijkę specyfikacji brawami. Wygląd Xbox One X można określić jednym wyrazem - minimalistyczny. Ot, kawałek zgrabnej bryły; z jednej strony nie ma do czego się przyczepić, ale z drugiej sprzęt absolutnie nie sprawia wrażenia najpotężniejszej konsoli jaką dotychczas stworzono. Na każdym kroku podkreślano 4K i stałe 60 klatek w pojedynczych tytułach, ale o tym było wiadomo już wcześniej. Xbox One X jest mniejszy od Xbox One S co jest miłą niespodzianką. Cena? 499 dolarów. Nie wiem czy to dużo, mało czy w sam raz bo bardziej interesowało mnie co będzie na tym sprzęcie hulało. Premiera 7 listopada, 2017.

Ekskluzywne tytuły 4K


Microsoft prezentację własnych gier zaczął z grubej rury; z Porsche 911 GT2 RS i Forzą Motorsport 7 na scenie. To bez wątpienia kolejne dzieło sztuki Turn10 i nieosiągalny dla innych wzór tego jak powinny wyglądać współczesne wyścigi na konsolach. Dubaj w 4K i stałych 60 klatkach animacji wyglądał naprawdę nieziemsko. Auta śmigające z prędkością światła, oświetlenie i dynamicznie zmieniające się warunki pogodowe zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Jeśli chodzi o pierwszoligowe tytuły na wyłączność to właściwie można by było na tym można poprzestać. Pokazano co prawda jeszcze:

- Super Lucky's Tale - platformówka z liskiem w roli głównej. Pokazano fragment rozgrywki, gdzie główny bohater przemierza kolejne krainy, zbiera pierścienie (ala Sonic) i używa swoich zdolności. Kolorowo i z humorem, ale czy ma zadatki na hit?


- State of Decay 2 - mój osobisty, murowany kandydat do największej porażki targów. Niestety, czasem zombiaki, strzelby i wybuchy nie gwarantują sukcesu, zwłaszcza gdy wykonanie techniczne leży. Tak sztucznej walki nie widziałem już dawno. Zastanawiałem się czy pokazana dziewczyna chce się naprawdę uratować czy jednak rozśmieszyć albo uśpić zombie swoją pokracznością? Jak się okazało kobitka ma jeszcze jedną wyjątkową zdolność - często mówi w ogóle nie ruszając ustami, a nawet całą twarzą. Wiecie co? Osobiście wstydziłbym pokazywać coś takiego na E3.

- Sea of Thieves - życie piratów ukazane w kreskówkowej oprawie. Co prawda sam początek na statku pełen gadaniny mnie znużył, natomiast samo eksplorowanie jaskini na egzotycznej wyspie i szukanie skarbu (oczywiście z użyciem mapy) wydało się całkiem wciągające. Mało dynamiczne walki - zdecydowanie NIE. Humor i wystrzeliwanie się z armaty na pokład wroga - jak najbardziej TAK!


- Crackdown 3 - średnio śmieszny, czarnoskóry człowiek zaprasza mnie do rzucenia się w wir walki. Oprawa rodem tytułów tak na oko ze dwie generacje wstecz? Nie dzięki stary, to nie moja bajka. 

W moich oczach Microsoft swoim pokazem pogrzebał szanse na nawiązanie jakiejkolwiek walki z Sony. Daruję sobie rozpisywanie się o sieciowych strzelankach, indykach czy odpicowanym Minecrafcie. Poza Forzą Motorsport 7, którą wyjdzie również na zwykłego Xboxa One "zieloni" nie pokazali  absolutnie niczego czym mogliby mnie zachęcić do przesiadki na Xbox One X. Można pokazać wypasiony sprzęt bez gier? No jasne, że można. Na otarcie łez pozostaje jeszcze zapowiedź kompatybilności wstecznej z pierwszym Xboxem, ale to tylko jedna z funkcji, która choć przydatna ewidentnie jest czynnikiem decydującym o zakupie nowej konsoli. No cóż, szkoda. Chciałbym jeszcze wyróżnić trzy tytuły, które choć nie są na wyłączność maszynki Microsoftu to mimo wszystko nie pozwoliły mi zasnąć podczas konferencji.

Gry multiplatformowe 

- Metro Exodus - pełne pajęczyn i ludzkich ciał bunkry, naładowana strzelba, atakujące z kilku stron zmutowane małpy, uczucie kiedy w końcu wychodzisz na zewnątrz po to żeby zdjąć maskę i znowu uciekać przed kolejną zmutowaną kreaturą. Trochę martwi mnie oskryptowana rozgrywka, jednak mimo wszystko w wielu momentach gra potrafiła mnie zachwycić. Ten cięzki klimat i pociąg pod koniec... zagrałbym.


- Anthem BioWare chwilowo porzuciło gatunek RPG i próbuje swoich sił w futurystycznej grze akcji. Wcale nie mam im tego za złe, bo wycieczka do ogromnej dżungli była jednym z jaśniejszych punktów wieczoru. Z chęcią sam skonfigurowałbym własny kombinezon; wyposażyłbym go w broń rozpryskową albo snajperkę i ruszył prosto przed siebie na podbój pięknego świata.

- Ori and the Will of Wisps - urzekła mnie muzyka zagrana na fortepianie, świetnie wplatająca się w prezentację i mistyczny las pełen różnorodnych stworzeń. Mimo, że nie grałem w pierwszą część Ori nie mogłem oprzeć się wrażeniu że ten tytuł ma w sobie coś wyjątkowego,

To wszytko co w zasadzie chciałem napisać o pokazie Microsoftu. Teraz czekam na ruch Sony.

Konferencja Microsoftu - okiem Wojtka

Wiedziałem, ze Microsoft musi walić z grubych armat, albo ta generacja będzie dla nich stracona. Wziąłem 2 piwka i zasiadłem przed TV. Zaczęło się od prezentacji Skorpiona (myślałem, ze to S'ka w nowym kolorze); dane techniczne, jakieś chłodzenie i teraflopowe dyrdymały NUUUDA. 4K nowym sloganem zielonych. Lecimy dalej; pokaz Forzy 7 - dziewczyny chyba swoje kwestie wkuwały na pamięć moment przed prezentacja bo dawno nie widziałem żeby ktoś tak sztywno się przedstawiał.


Dalej jest już tylko średnio, multiplaformowe gry, mulitplayer, 4k, minecraft 4k. Wszystko w 4k u nas na skorpionie! Kłujący w oczy napis pojawiający się przy prawie każdej grze "Exclusive Launch" lub "Xbox/Win10". To ex na Xboxa czy nie? Potem byl crapdown 3 i state of decay 2,  oj Phil biedaku... Słowo exclusive padło chyba tylko przy Forzie. Nie ukrywam: nowe Metro, Assassins Creed wyglądają spoko, ale jak pomyślę, że pojawią się na ps4 i PC, to ani to grzeje, ani ziębi. Fajnym smaczkiem jest podwójna kompatybilność, teraz będzie można grać w gry z pierwszego Xboxa. Niby spoko, ale przykre było gdy ludzie najgłośniej cieszyli się podczas tego ogłoszenia. 


Podsumowując, Xbox razem z Microsoftem upewnili mnie, że nie jestem ich klientem, a gry oferowane przez nich kompletnie nie trafiają do mnie. Wszystko co widziałem na ich pokazie było grami multiplatformowymi. Jak dla mnie, Xbox kolejny raz zaliczył mocną wtopę. Nie pokazali żadnej ekskluzywnej gry na swój sprzęt, która by mogła wzbudzić jakieś uczucie zazdrości lub chęci posiadania ich konsoli.


Osobiście najfajniejsza gra pokazana przez nich to Dragon Ball Figter Z, powrót do korzeni i arcade'owa napierdzielanka rodem z automatów! Pierwsza myśl? Ukochany Mugen 2 z PC! Na takiego Dragon Balla czekałem wiele lat. Do interesujących gier mogę jeszcze dorzucić The Last Night.

Mam nadzieję, że Nintendo wyskoczy z czymś mocnym, a Sony tylko ładnie domknie te całe targi.

Godzilla, niekwestionowany król potworów, przerośnięta jaszczurka czy siejący zniszczenie kataklizm. Japończycy to odważny naród, jednak...


Godzilla, niekwestionowany król potworów, przerośnięta jaszczurka czy siejący zniszczenie kataklizm. Japończycy to odważny naród, jednak na widok Godzilli spieprzają w popłochu i trudno się im dziwić na widok takiego monstrum. Samych gier z tą bestią jest mnóstwo, ale nie ma co się oszukiwać większość z nich jest co najwyżej przeciętna. Na szczęście w ręce wpadła mi jedna z lepszych gier z gadziną w roli głównej. Godzilla Save The Earth z 2004 roku jest bijatyką, w której wcielamy się w Godzillę i inne licencjonowane potwory od Japońskiego studia fimowego Toho. Czy może być coś fajniejszego niż wcielenie się w tą legendarną bestię i skopanie tyłków innym potworom?


Fabuła w grze jest prosta. Ziemia zostaje zaatakowana przez obcą rasę Vortaak, która 2 lata temu najechała nasza planetę. Wtedy owi kosmici przejęli kontrolę nad gigantycznymi potworami i rozkazali im siać zniszczenie. Na szczęście jeden z nich uwolnił się z pod ciemięży (ciekawe który hmm?) i uratował nasz niebieski glob. Wracając, Vortaak-owie ponownie wrócili, tym razem z nowym planem. Kosmici odkryli, że ludzkość zdobyła DNA Godzilla (G-Cells) i chcą je wykraść do stworzenia swoich własnych "ulepszonych" potworów. Jak to się kończy? To już musicie zobaczyć sami. Oczywiście opisana przeze mnie fabuła jest mocno rozbudowana, ponieważ w grze nie wszystko jest tak jasno przedstawione, a parę szczegółów wyczytałem z internetu. Nie mniej łatwo się domyślić i wyobrazić co się dzieje pomiędzy pojedynkami.


Sama rozgrywka jest dynamiczna jak na tak duże bestie. Z głównego panelu wybieramy opcje Action, na start mamy 6 potworów i tyle. Wciskam dalej i już jesteśmy na arenie gotowi do walki. Narrator przedstawia dwa potwory i walczymy! Każdy z olbrzymów ma swój własny styl, chwyty oraz furię (rage attack). Areny to w większości znane duże metropolie, które są niszczone podczas starć. Bez problemu wyrwiemy blok i ciśniemy nim w przeciwnika, który padając zniszczy kolejne. Akcja żywcem z filmów o potworach! Kiedy skopiemy tyłek naszemu przeciwnikowi, wczytuje się kolejny pojedynek i tak aż do finałowej walki. Żeby gra nie była zbyt powtarzalna, twórcy dodali specjalne zadania. Tutaj w zależności, którym monstrum zdecydujemy się grać dodatkowe wyzwania mogą się różnić, np. Godzillą będzie to niszczenie miasta na czas lub strzelanie radioaktywnym oddechem w nadlatujące statki ufo. Dodatkowo, podczas pojedynków na mapie pojawiają się rożne "znajdźki", które wynagradzają nas lepszym wynikiem na koniec walki i nie tylko. Areny prezentują się naprawdę fajnie, po mieście poruszają się auta i widać uciekających cywilów. Klimatu pojedynkom między potworami nadaje fakt ingerencji wojska, co chwilę widzimy malutkie helikoptery czy czołgi strzelające do nas lub przeciwnika.


Po ukończeniu kampanii wybranym "wojownikiem" otrzymamy kasę. Za nią możemy kupić paczkę nowych potworów, odblokować jakąś arenę i parę innych rzeczy. Godzilla Save the Earth poza obijaniem gęby oferuje także inne rodzaje zabawy. Do naszej dyspozycji oddano:
Action - tryb kampanii
Versus - opcja dla dwóch graczy lub 1 vs COM
Melee -  udział w zabawie może wziąć do 4 osób naraz, totalna rozwałka!
Survival - musimy przetrwać 15 minut najazdów innych potworów.
Challenges - zestaw wyzwań dla pojedynczego gracza, niektóre są naprawdę zakręcone!

Podsumowując, choć Godzilla Save The Earth przeszła bez echa, a oceny wskazują na co najwyżej przeciętną grę, ja bawiłem się świetnie. Dużą zasługę odgrywa tutaj udźwiękowienie, wszystkie potwory maja swoje oryginalne odgłosy, ryki itd. Niby niepozorny dodatek, a potrafi stworzyć nastrój rodem z filmów Japońskiego studia Toho. Wreszcie to ja mam szanse pokierowania Godzillą i zobaczyć jak to jest być królem potworów. Szansa wcielenia się w najbardziej znaną jaszczurkę świata i możliwość skopania King Ghidory lub Mecha Godzilli daje tyle satysfakcji! Oczywiście gra posiada wady, jednak dla fana olbrzymich potworów i luźnej bijatyki jest to pozycja obowiązkowa. Dodatkowo może zachęcić możliwość walki do 4 osób naraz. Czy może być coś przyjemniejszego niż wyrwanie paru budynków i ciskanie nimi w znajomych? Polecam i lecę!



Nareszcie, udało się! Osiągnąłem coś o czym niektórzy mogą tylko pomarzyć. Ktoś powie, że jest to niemożliwe, inny nazwie mnie no-lif...



Nareszcie, udało się! Osiągnąłem coś o czym niektórzy mogą tylko pomarzyć. Ktoś powie, że jest to niemożliwe, inny nazwie mnie no-lifem, a jeszcze inny zapyta po co? Ponieważ tak bardzo lubię to uniwersum, ten klimat, postacie, historie, walki... Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo. Nie będę ukrywać, chciałem się sprawdzić i zobaczyć czy faktycznie to co leży dalej jest tak ciężkie i straszne. Oczywiście, nie była to moja pierwsza rozgrywka, a już piąta postać, którą miałem zamiar przeprowadzić przez krainę Lordran... i to nie raz, a dwa i pół! Wszystko po to, aby zdobyć dwa najtrudniejsze osiągnięcia w Dark Souls. Knight's Honor oraz Prayer of a Maiden, dzięki którym miała się otworzyć przede mną brama do platynowego osiągnięcia, tytułowego The Dark Soul.

TEKST MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY

Ale dlaczego prawie dwukrotnie powtarzałem grę? Ponieważ oba wyzwania, aby zostały zaliczone, wymagają przejścia gry minimum dwa i pół razy. Osiągniecie o nazwie Knight's Honor polega na zdobyciu wszystkich rzadkich broni. Niektóre da się uzyskać tylko za pomocą duszy wybranego bossa. Niestety, z jednego bossa otrzymujemy jedną duszę, a na liście wymaganych broni są np. trzy, które możemy stworzyć. To wymaga od nas pokonanie go trzykrotnie. Podobna sytuacja jest z osiągnięciem Prayer of a Maiden. Rozgrywka w Dark Souls polega na każdorazowym wyzerowaniu się wszystkich przeciwników i ich pozycji w dwóch sytuacjach. Kiedy udamy się na spoczynek przy ognisku lub zginiemy. Niestety na bossów to nie działa, po pokonaniu zostaje on uśmiercony aż do kolejnego cyklu czyli New Game plus.


Jak działa ten cały cykl i dlaczego jest taki boleśnie ciężki i nie do przejścia? Przy każdym kolejnym NG+ wszyscy pokonani bossowie ponownie pojawiają się na mapie. Oczywiście, mają dodatkowo więcej punktów życia, są silniejsi, ale co więcej zmieniają swoją taktykę podczas walki. I to cholernie mocno! Gra goli nas do zera, zabiera wszystkie specjalne przedmioty. Tylko zdobyte bronie, zbroje i ulepszenia zostają z nami. Brzmi niesprawiedliwie, ale każdy pokonany przeciwnik daje nam teraz więcej punktów doświadczenia. Po kolejnym ukończeniu gry znowu wszystko się "resetuje". Bossowie ponownie pojawiają się na mapie, są jeszcze silniejsi i żądni zemsty za poprzednie zgony. Z informacji jakie udało mi się wyczytać w internecie, gracze potwierdzają, że  po ukończeniu cyklu NG++++++, czyli po sześciu razach lub więcej, poziom przeciwników i doświadczenia wreszcie przestaje rosnąć.


Miałem świadomość, że nie będzie to łatwa podróż. Mój rekord to 24h na ukończenie całego cyklu. W tym czasie zdobywałem wymarzony ekwipunek i odpowiedni poziom, który pozwalał mi pokonać ostatniego przeciwnika. Jednak nigdy nie porywałem się na NG+. Grę utrudniłem sobie wybierając klasę Cleric oraz rozpocząłem z przedmiotem Old Witch's Ring. Nie było to świadome posuniecie, chciałem wypróbować Cleric'a i sprawdzić jak działa ten pierścień. Klasy postaci w dłuższej rozgrywce nie mają zbyt dużego znaczenia, gdyż przez dodawanie punktów w odpowiednie statystyki z Cleric'a można zrobić łucznika, wojaka lub odwrotnie. Obiecałem sobie, że tym razem spróbuję pokonać wszystkich bossów dostępnych w grze. Do tej pory brakowało mi tylko jednego, jednak chciałem przy okazji odświeżyć pozostałych.


Od czego zacząć? Najpierw przygotowałem sobie pełną listę broni wymaganych do Knight's Honor. Początek był dosyć nudny i monotonny, musiałem szybko się wzmocnić, ale też nie mogłem atakować kluczowych bossów żeby nie posunąć fabuły zbyt do przodu. Niektórzy NPC szybko reagowali na to co działo się w uniwersum, a byli mi potrzebni do uzyskania niektórych przedmiotów czy zaklęć. Musiałem też nauczyć się dobrze walczyć. Co to znaczy dobrze walczyć? Przede wszystkim odświeżyć sobie podstawy czyli tradycyjne parowanie tarczą i wyprowadzenie kontr ataków. Wielu przeciwników możemy pokonać na różne sposoby. Atak frontalny, czyli proste stałe obrażenia. Atak krytyczny zza pleców czyli zajście przeciwnika od tyłu i ugodzenie go potężnym atakiem w plecy. Ostateczny i najmocniejszy to właśnie parowanie tarczą i wyprowadzenie kontr ataku. W połączeniu z odpowiednią bronią, zaklęciem i pierścieniami możemy ubijać potężnych wrogów jednym uderzeniem bez otrzymania żadnych obrażeń. No i najważniejsze, nauczyć się ruchów przeciwnika i nie bać się zaatakować. Brzmi strasznie, jednak tak nie jest. Musimy tylko wyczuć naszą postać, dużo zależy od tego jaki mamy na sobie ekwipunek i jaki rodzaj broni używamy. Z takimi umiejętnościami stworzyłem sobie cały plan. Zebrać wszystkie zaklęcia, pyromancję, cuda oraz bronie w pierwszym cyklu gry, a w kolejnych skupić się na wybranych bossach.


Pierwsze ukończenie gry było najdłuższe, zajęło mi ponad 80 godzin. Nie mogłem sobie pozwolić na zbyt szybki progres, gdyż nie chciałem niczego przegapić, żeby potem próbować zdobyć zaległe przedmioty w nowym cyklu. Musiałem też zdecydować się na główne bronie, zbroję oraz ulepszyć je zanim ukończę grę. Na domiar wszystkiego, musiałem zebrać odpowiednie przedmioty i usprawnić je, aby były gotowe na dusze bossów. Kilka żmudnych godzin zbierania minerałów i biegania po kowalach. Jednak ten najdłuższy cykl miał też swoje plusy, a dokładniej mówiąc - pojedynki z bossami.


Który boss był najtrudniejszy? Najczęściej pada jako przykład: Executioner Smough & Dragon Slayer Ornstein, Knight Artorias czy sam Gwyn Lord of Cinder. Moim najtrudniejszym bossem w całej grze był Black Dragon Kalameet. Sam Hawkeye Gough ostrzega gracza, że Kalameet to jeden z najgroźniejszych starożytnych smoków i sam Gwyn zabronił swoim rycerzom podejmowania walki z nim. To tylko bardziej zachęcało mnie do konfrontacji z tą bestią. Gdybym miał odpowiedni sprzęt to z chęcią pokazał bym wam cały pojedynek. Początek był szybki i jednostronny, Kalameet potrafił być tak agresywny, że nie pozwalał mi na wyprowadzenie nawet jednego ciosu. Po każdej mojej klęsce stawałem się coraz silniejszy. Walka powoli zaczęła się wydłużać, lecz smok nie dawał za wygraną. Wreszcie po dokładnej obserwacji i wyuczeniu się jego ruchów, przystąpiłem do ataku. Na każde siedem jego uderzeń, jedno było moje. Ciekawostką jest to, że wszystkim smokom w Dark Souls możemy obciąć ogon z którego wypada unikatowa broń. Oczywiście obrałem to sobie jako dodatkowe wyzwanie, aby pozbawić Kalameet jego ogona. Pojedynek wydłużał się, a smok zawzięcie atakował czekając, aż popełnię jakiś błąd. Nie potknąłem się ani razu. Jego pasek zdrowia ledwo się kurczył, a ja cierpliwie czekałem na odpowiedni moment by zadać kolejne cięcie i ponownie unikać jego dzikich ataków. Poważna muzyka nadawała całej walce dodatkowej epickości. Czułem się jak rycerz z jakiejś legendy. Wreszcie udało się! Uciąłem mu ogon, a potem zadałem ostateczny cios. Black Dragon Kalameet został pokonany, a ja wykończony padłem w fotelu. Cała walka trwała lekko ponad godzinę, jednak każdą chwilę uważam za wyjątkową, a smoka stawiam jako numer jeden najtrudniejszych przeciwników w całym Dark Souls. Smoki są zajebiste! Dobra, zatłukłem jaszczurkę, lecimy dalej!


Po zebraniu wszystkich przedmiotów i ulepszeniu moich broni byłem gotów stawić czoła finałowemu bossowi Dark Souls. Gwyn Lord of Cinder, król Lordran. Walka rozpoczęła się szybko i tak też skończyła. Doświadczenie zdobyte z poprzednich pojedynków plus opanowanie techniki parowania sprawia, że  Gwyn jest jednym z najprostszych przeciwników w całej grze. Po wkroczeniu do jego lokacji i odparowaniu pierwszego ataku, wiedziałem, że ta walka jest moja. Później pozostaje tylko wybranie zakończenia, a gra przenosi nas do nowego cyklu.


Nie byłem pewny jak mocni będą przeciwnicy w NG+, chociaż też byłem naprawdę dopakowany. Każdy oponent ma jakąś słabość: ogień, błyskawice lub magia. Wiedzieliście, że bronie czarnych rycerzy zadają większe obrażenia przeciwko demonom? Taki Taurus Demon zginął od jednego uderzenia. Nie musiałem tym razem walczyć ze wszystkimi bossami lecz tylko tych, których dusz mi brakowało. To przyspieszyło rozgrywkę w drugim cyklu i po kilkunastu godzinach znów stanąłem twarzą w twarz z królem Lordran'u. Szybki kontratak i rozpoczyna się trzeci cykl. Tutaj oponenci byli jeszcze większym wyzwaniem. Musiałem pokonać tylko paru lecz byli już naprawdę silni. Niepozorna wiedźma, stała się naglę szybsza i bardziej przebiegła. Kiedy wydawało mi się, że już po niej, ona potrafiła wyprowadzić szybką furię ataków dokonując mój żywot. Byłem już trochę zmęczony, lecz myśl, że jestem tak blisko uzyskania ostatecznego osiągnięcia, pchała mnie na przód. Godzina 1:15 nad ranem, a ja dotarłem do kowala. Przeglądam po raz dwudziesty czy mam wszystkie przedmioty z listy i wykuwam dwa ostatnie miecze. Po ich wykonaniu czekam wpatrując się w prawy górny róg ekranu. Pojawił się! Knight's Honor jest mój. Kilka sekund później jest też on The Dark Soul, a moja przygoda została ukończona.


Na liczniku mam ponad 140 godzin, to była długa podróż jednak nie żałuję. Muszę podkreślić, że wiele osiągnięć miałem już zdobytych wcześniej, lecz te dwa były najtrudniejsze. Czy było warto? Tak, ktoś inny może uważać, że zdobywanie pucharków to marnowanie czasu. Sam nie robię tego w każdej grze. Dark Souls to jedna z moich ulubionych serii i myślę, że to miało duży wpływ na to, że podjąłem się zdobycia ostatniego platynowego osiągnięcia. O samej grze mógłbym rozmawiać godzinami, taktyki, uniwersum, bronie, legendy czy teorie. Jeżeli ktoś z was planuje podjąć się tego wyzwania... POLECAM!



Era pierwszego PlayStation to istna kopalnia wszelkiego rodzaju mordobić. Właściwie każdy z szanujących się graczy miał swój krótszy lub ...

Era pierwszego PlayStation to istna kopalnia wszelkiego rodzaju mordobić. Właściwie każdy z szanujących się graczy miał swój krótszy lub dłuższy epizod z Tekkenem, Street Fighterem czy Mortal Kombat. Każda z tych marek ma się zresztą bardzo dobrze aż po dziś dzień. Oprócz wymienionych gier na PS1 pojawiło się mnóstwo innych ciekawych bijatyk, które z różnych przyczyn pokryły się ostatecznie wartwą kurzu - bez szans na kontynuację. Ale w końcu od czego macie Deathcoil'a? W trzecim odcinku Niedoceniane / Ograne proponuję Wam ociekający krwią, pełen nowatorskich rozwiązań (naturalnie jak na 1998 rok) tytuł, który jednak nie porwał recenzentów. Myślicie, że Mortal Kombat był i jest najbrutalniejszym mordobiciem? No to może uda mi się Was zaskoczyć...


BIO F.R.E.A.K.S. zostało stworzone przez stosunkowo młode studio Saffire Corporation mające swą siedzibę w South Jordan (w stanie Utah - USA). Firma zasadniczo zajmowała się przenoszeniem już istniejących gier na inne platformy, ale stworzyła też kilka własnych marek. Jednym z bardziej ambitnych projektów, przy których dłubał zespół (ściśle współpracując z Blizzard Entertainment) był dodatek do pierwszej części Starcrafta - Brood War. Wróćmy jednak do cyborgów. Gra w pierwotnym zamyśle była projektowana z myślą o automatach, jednak ostateczna jej wersja została anulowana. Dlaczego? Kilka źródeł podaje dość absurdalny powód tej decyzji: słabą i niedopracowaną rozgrywkę. BIO F.R.E.A.K.S. zagościło za to na PlayStation, Nintendo 64 i PC, wydane w 1998 roku za sprawą Midway Games. Tyle tutułem wstępu, a teraz zabieram Was w podróż do kontrolowanej przez korporacje NEO-Ameryki.


Ameryka taka jaką znamy upadła, podobnie jak wiele innych potężnych imperiów na przestrzeni dziejów. Rozwój technologii komputerowej, bio-inżynierii, cybernetyki oraz mechaniki niesamowicie przyspieszył i wymusił przemysłową konkurencję. Ta z kolei wymknęła się spod kontroli; doprowadziła do niekontrolowanych i bezwzględnych szpiegostw. Rząd próbował za wszelką cenę utrzymać kontrolę nad krajem, jednak gigantyczne korporacje wykorzystując panujący chaos doprowadziły gospodarkę do ruiny. Giełda Wall Street upadła, rząd zbankrutował, natomiast ogromne firmy w niekonwencjonalny sposób przejęły władzę. 50 stanów rozpadło się na terytoria i w ten sposób powstała NEO-Ameryka. Kryzys nadal się pogłębiał; uprowadzanie kadr kierowniczych gigantycznych korporacji, tzw." GI-Corps" i zastępowanie ich własnymi klonami, zdolnymi wykradać cenne dane, stawało się coraz bardziej powszednie. Wkrótce także morderstwa i wszelkiego rodzaju ataki terrorystyczne stały się narzędziami, z których coraz śmielej korzystały żądne władzy firmy.


Pogrążony w węwnętrzej wojnie kraj nieuchronnie zmierzał ku całkowitej destrukcji, stając się także doskonałym celem dla ataków z zewnątrz. Aby zapobiec apokalipsie, pozostali przy życiu członkowie rządu podpisali pakt z GI-Corps. Spory terytorialne mają być odtąd rozwiązywane tylko i wyłącznie na specjalnych arenach. Zamiast armii, każda ze stron może wystawić do walki swojego superżołnierza, który reprezentując region danej korporacji stoczy pojedynek na śmierć i życie z innym czempionem. BIO F.R.E.A.K.S. (Biological Flying Robotic Enhanced Armored Killing Synthoids) to stworzone w laboratoriach maszyny do zabijania; z genetycznie zwiększoną siłą i refleksem, nadludzką żywotnością oraz wbudowaną bronią. Pozostając własnością GI-Corps i kontrolowane przy pomocy specjalnego bio-dysku mają walczyć ze sobą o absolutną kontrolę nad krajem. Podczas gdy cały świat gorączkowo oczekuje kolejnych pojedynków, niektórzy nie czerpią przyjemności z rygorystycznych, odbywających się bardzo często bitew. Są nimi właśnie BIO F.R.E.A.K.S.


Do wyboru mamy osiem postaci, z których każda posiada unikalne uzbrojenie oraz naturalnie własny zestaw ciosów specjalnych. Niszczycielskie maszyny nie przebierają w środkach, więc w ruch idą: karabiny maszynowe, miotacze ognia, granaty, lasery i mnóstwo innych śmiercionośnych gadżetów. Boje na śmierć i życie przyjdzie nam toczyć na rozbudowanych, trójwymiarowych arenach - każdy z cyborgów ma swoją własną planszę. Niektóre są wielopoziomowe, część posiada wgłębienia wypełnione lawą, kwasem czy umieszczone na ścianach kolce, w które możemy wrzucić nieszczęśnika. Po rozprawieniu się z szeregowymi pachołkami wrogich korporacji czeka na nas jeszcze dwóch bossów, z których jeden jest usprawnionym klonem naszej postaci, a drugi to gigantyczna maszyna szatkująca na kawałki wszystko co napotka na swojej drodze. Jeśli uda nam się przeżyć w nagrodę usłyszymy czytaną przez lektora, dalszą część historii naszego bohatera. To nie lada wyzwanie, bo poziom trudności jest w tym tytule naprawdę wyśrubowany. Niestety z tego co mi wiadomo w wersji na PlayStation 1 bossowie nie są grywalni. Odblokowanie ich możliwe jest jedynie przy użyciu specjalnej przystawki (do cheatów) montowanej na port rozszerzeń konsoli.


Co jest właściwie w BIO F.R.E.A.K.S. takiego wyjątkowego? Zastosowano tu miks wypróbowanych i zupełnie nowych dla bijatyk rozwiązań. Oprócz standardowego bloku postacie mają regenerujące się tarcze, które powodują że pociski wystrzeliwane przez naszych przeciwników po prostu przelatują przez nas nie robiąc żadnej krzywdy. Defensywą trzeba mądrze gospodarować; chwila nieuwagi i wróg dziurawi nas jak sito. Kolejną smakowitą rzeczą są tzw. okaleczenia, z ang. "mutilation". Przyjęta seria z karabinu maszynowego potrafi urwać naszemu czempionowi rękę, a my nie zważając na tryskające fontanny krwi musimy kontynuować walkę do upadłego. Ponadto jeśli będziemy mieli szczęście i przeciwnik nie zareaguje odpowiednio szybko możemy np. pozbawić go głowy i zakończyć rundę już w pierwszych sekundach. Mało? A jeśli dodamy do tego jet-packi pozwalające wznosić się na jakiś czas w powietrze? Rozgrywka nabiera zupełnie innego wymiaru. Dodatkowym smaczkiem jest możliwość przełączenia się na widok z pierwszej osoby. Tak, widzimy wtedy oczami naszego cyborżołnierza!


W dniu premiery BIO F.R.E.A.K.S. było jednym z lepiej wyglądających mordobić na rynku i całkiem przyjemnie się zestarzało. Trochę zawodzi to co wydobywa się z głośników. Mimo całkiem klimatycznych utworów (lecących w tle w trakcie walki) jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia. Brzmi on mniej więcej tak jakby ktoś planowaną, automatową wersję mono przerobił w stereo nie bawiąc się w jakiekolwiek poprawki czy mastering. Dźwięk jest przytłumiony i niewyraźny - a szkoda, bo komentator i odgłosy postaci dają radę, tylko trzeba było trochę nad nimi popracować.


Łącznie na konsole Sony i Nintendo udało się sprzedać niecałe 300 tysięcy egzemplarzy gry. Nie znalazłem danych dotyczących wersji komputerowej, ale jedno jest pewne - tytuł rynku nie zawojował. Przyczyniły się do tego zarówno mocno przeciętne oceny w branżowej prasie jak i wysoka konkurencja na rynku bijatyk. W tym samym roku przecież dumnie wkroczyła w trójwymiar, najnowsza odsłona smoczej serii - Mortal Kombat 4, a królowie bijatyk z Namco tylko umocnili swoją pozycję za sprawą ocierającego się o geniusz Tekkena 3. Polecam BIO F.R.E.A.K.S. jako nietuzinkowy tytuł; może nieco wolniejszy od powyższych, z mniejszą ilością postaci do wyboru, ale jednocześnie bardzo miodny i naszpikowany ciekawymi rozwiązaniami. Jeśli kiedykolwiek marzyliście o tym, żeby wykonać "Fatality" w trakcie walki, cyberżołnierze z NEO-Ameryki Wam to umożliwią!

Znalazłem nową (2012 rok wydania) grę, która idealnie nadaje się do zabawy we dwoje! Przeglądając PS Store natrafiłem na wielkanocną w...


Znalazłem nową (2012 rok wydania) grę, która idealnie nadaje się do zabawy we dwoje! Przeglądając PS Store natrafiłem na wielkanocną wyprzedaż. Większość z tych gier cały czas się powtarza, a dla kilku z nich chętnie przelał bym Kaz'owi troszkę pieniążków (Kaz Hirai). Wieczór zapowiadał się nudny, więc zdecydowałem się na zakup Sonic & All-stars Racing Transformed. Cena kusząca bo jedyne 21 zł. Masz moją kasę Kaz i dawaj grę! Pobieranie trwało tak długo, że zabawa w granie musiała zostać przełożona na kolejny dzień. Kiedy miałem wyłączyć konsolę po ukończeniu pobierania, wpadła narzeczona i wcisnęła instaluj co skutkowało dodatkowymi 30 minutami czekania. Dobra dobra, ale czym jest ten Sonic długa i pokręcona nazwa? Najprościej mówiąc, jest to Mario Kart na inne konsole. Tutaj można by było zakończyć porównanie, jednak wyścigówka z Sonic'kiem podobna jest tylko w podstawowych założeniach do swego bardziej rozpoznawalnego odpowiednika.


Rozpoczynając grę do wyboru mamy kilka postaci. Trochę się przestraszyłem, że jedyna zabawa jaka nas spotka to zwykły wyścig we dwoje plus komputerowi przeciwnicy. A mi pozostanie ciułanie po godzinach, żeby odkrywać dodatkowe postacie i trasy. Jak bardzo się myliłem. Ogromnym plusem i coś z czym nie spotkałem się w innych grach wyścigowych to możliwość ogrania kampanii w trybie kooperacji. Więc, zamiast podawać sobie pada co wyścig i patrzeć komu lepiej idzie, po prostu wciskamy start i dołączamy się do zabawy. Dzięki temu możemy ze sobą współpracować lub rywalizować odkrywając nowe postacie, trasy i tryby. 


Co do samych trybów, jest ich sporo. Oprócz klasycznego kto pierwszy ten lepszy, mamy między innymi:

Battle Race - każdy ma 3 życia, staramy się wykończyć przeciwników zanim dojadą do mety
Boost Challenge - gracz musi przejechać przez specjalne punkty zanim upłynie czas
Drift Challenge - jak nazwa wskazuje driftujemy po wyznaczonych panelach
Pursuit - naszym celem jest pościg za czołgiem i zniszczenie go
Race - klasyczny wyścig
Ring Race - wymaga od nas przelatywania przez pierścienie zanim upłynie czas
Sprint - klasyczny wyścig z mała różnicą, musimy pokonać najlepszy czas ducha
Traffic Challenge - wyścig z czasem na przepełnionej autostradą samochodami
Versus - tutaj ścigamy się po kolei z 3 różnymi przeciwnikami


Kropką nad i niech będzie tutaj tytułowe Transformed. Dzięki któremu nie będziemy śmigać tylko samochodami. Nasze auto ma możliwość transformacji w lodź i samolot. Jak to wygląda? Jadąc naszą bryką widzimy, że trasa kończy się urwiskiem, ale bez paniki. Samochód wyskakuje i sam automatycznie przemieni się w latający pojazd, którym będziemy kontynuować wyścig w powietrzu. Normalnym będzie tutaj zmiana trasy podczas kolejnego okrążenia. Wielka autostrada, której fragment zostaje zniszczony przez smoka zmieni się w rwąca rzekę zakończoną ogromnym wodospadem. Istne szaleństwo!


Chcecie więcej? Proszę bardzo! Żeby przejazdy nie były zbyt monotonne, na mapie rozmieszczone są w wybranych punktach paczuszki z bronią. Sega odwaliła kawal dobrej roboty tworząc swoje własne bronie będące odpowiednikami tych popularnych z serii Mario Kart. Można znaleźć podobieństwo miedzy nimi, jednak Sonic w niektórych miejscach bije na głowę swojego konkurenta. Z innej beczki, postacie maja możliwość zdobywania poziomów. Na początku myślałem, że to lipa i gra będzie nie zbalansowana. Znowu myliłem się. Każda postać może osiągnąć maksymalnie 5 poziom. Po uzyskaniu np 2 odblokowuje się jeden z kilku dostępnych trybów:

Standard - podstawowy tryb każdej postaci
Balanced - jak sama nazwa sugeruje, tryb zbalansowany wyrównuje większość statystyk pojazdu
Speed - podwyższa szybkość pojazdu obniżając w zamian sterowanie
Handling - lepsze sterowanie, ale zmniejszona prędkość
Acceleration - wpływa na to jak szybko osiągniemy maksymalna prędkość
Boost - na specjalnych panelach do przyspieszenia możemy pojechać jeszcze szybciej
Super - zmienia wszystkie nasze statystyki, rożni się w zależności od danego pojazdu
Console Mods - sekretny tryb działający na zasadzie podobnej do Super


Rożnicę miedzy nimi tak naprawdę zalezą od naszych preferencji, wybierając dodatkowa szybkość może okazać się, że zmniejszy się nam sterowanie lub przyspieszenie. Lecz wszystko sprowadza się do umiejętności kierowcy. Sonic & All-stars Racing Transformed to gra typu "easy to learn hard to master". Osoba niedoświadczona będzie bawić się tak samo dobrze jak starzy wyjadacze. Ile razy zakląłem w stronę telewizora wysyłając najgorsze epitety w stronę niebieskiego jeża, który w ostatniej sekundzie mnie wyprzedził. Narzeczona ma lepszą zabawę z oglądania moich reakcji gdy mi nie wychodzi niż z samej gry. Co mogę powiedzieć więcej? Gra puszcza oczko w stronę starszych odbiorców pamiętających czasy świetności Segi. Znane postacie lub mapy nazwane na cześć najbardziej znanych gier potrafią  wywołać uśmiech na twarzy. Dobra,bLlll spadam wypruwać sobie flaki masterujac kolejne tory, a wam śmiało polecam! Gotta go fast!



Moja pierwsza styczność z serią Devil May Cry była przez telewizję i plotki. To były czasy kiedy PS2 kosztowało dobre 2 tysiące złotych j...

Moja pierwsza styczność z serią Devil May Cry była przez telewizję i plotki. To były czasy kiedy PS2 kosztowało dobre 2 tysiące złotych jak nie więcej, a człowiek grał na PC'cie. O grze na początku powiedział mi kolega, który grał u innego typka. Wiem pogmatwane, ale z jego opisu wynikało, że w tej grze biega się jakimś brutalem z wielkim mieczem i dwoma spluwami. Brzmiało średnio, ale on strasznie ją zachwalał. W mojej głowie zrodził się obraz jakiejś platformówki 2D. O grze kompletnie zapomniałem i zająłem się czymś innym - pewnie Starcraftem (YEAAH). Wieczorem, gdy komputer był okupowany przez siostrę i jej Simsy lub Gadu Gadu, ja musiałem zadowolić się programem o grach. Hyper, bo tak się nazywał, wyświetlał gameplaye, recenzje i dużo więcej rzeczy o tematyce gier. Pewnego nudnego wieczoru oglądając jakieś trailery w TV pojawił się on, Devil May Cry. Dante, wyszczekany cwaniaczek z białymi włosami dzierżący w ręku ogromny miecz, którym siekał przeciwników jak papier. Brutalna, brudna, krwawa, a wszystko z dobrym soundtrackiem. Bylem w szoku. Moja wizja devila 2D legła w gruzach, a z popiołów narodził się feniks z białymi włosami siejący rozpierdziel dookoła, istne must have! Niestety, bez ps2 to sobie mogłem co najwyżej obrazki w internecie pooglądać. Mijały kolejne lata i wreszcie dorobiłem się Playstation 2. Uzupełniając swoją bibliotekę w nowe gry zobaczyłem  na półce Devil May Cry 2! No proszę, wydali sequel, więc musi być lepszy niż poprzednik. W tamtych czasach może i były gazety z recenzjami, a w internecie coś by się znalazło na temat tej gry. Ja naiwnie patrzyłem czy fajna jest okładka, plus coś tam gdzieś widziałem więc musi być dobre. Kupiłem, wróciłem do domu i wrzuciłem do konsoli. Po niezrozumianym trailerze lądujemy na jakimś zamku, zapowiada się fajnie! Idziesz gdzieś, brązowo wszędzie, nudne to jakieś, akcji tyle co nic. Co to kur... gramy dalej. Minęły dobre 2 godziny, myślałem, że tam zejdę. Twórcy się nie wysilili, wszystko jest brązowe, nawet przeciwnicy! Jak to może być fajne? Wyłączyłem, wrzuciłem do pudełka i zwróciłem bo to było jakieś nieporozumienie. Won na czarną listę!
Craaap trzymać się z dala!
Idziemy naprzód, "gimbaza" za mną i już końcówka technikum. Ja nadal cisnę na swoim ukochanym ps2, głównie w God of War i Tekken 5 bo nic mi się nie podoba. Kolega rzuca pomysł wyjazdu do Anglii; jadę, zarabiam kasę, kupuję PS3 FAT 40GB + 4 pady i wracam do Polski. Wszystko fajnie, tylko mało gier. Na Allegro szukam coś taniego. Jest, Devil May Cry 4! Ja pierdziut, seria poszła daleko jak już wydali czwórkę. Kupuję bo tanio, coś napisane PROMO, ale co to jest? Może promocja ??? Przychodzi gra, pod nosem wtf. Płyta zapakowana w plastikową kopertę. Okazuje się, że taka okazja bo w wersji promo czyli recenzenckiej. Wrzucam do napędu i gram. Kurczę, ale to ładne w porównaniu do ps2. Dochodzę do bossa, jakiś demon Berial. Szczęka na ziemi - ale to wygląda! Podjarałem się na maksa i cisnę dalej. Kolejni bossowie nie robią już takiego wrażenia, a fabuła jak gdzieś była to dawno przepadła. Gra skończona, do koperty wrzuciłem i won na regał!


Niechęć do serii tylko się umocniła we mnie. Moja narzeczona i znajomi drylują mnie, że to wina tego, że nie zagrałem w najlepsze części 1 i 3. Musisz dać im szanse, zobaczysz co to prawdziwy Devil May Cry. Dobra dobra, będzie okazja to może zagram.W międzyczasie wykupiłem subskrypcję Playstation Plus co okazało się strzałem w 10. Co miesiąc pojawiały się mocne tytuły, a moja lista do nadrobienia tylko rosła. Wśród wielu gier znalazł się remaster/reboot/prequel (sam nie wiem) Devil May Cry (DmC). Dałem mu szansę. W grze wcielamy się w młodziutkiego Dante, który lubi pokazywać środkowy palec i ma czarne włosy? Tym razem była fabuła, poziomy przemyślane, a przeciwników jak zawsze garstka. Jedna mapa zrobiła na mnie ogromne wrażenie; coś w stylu sali dyskotekowej, do tej pory zachwalam ten poziom. Nie powiem, twórcy poprawili się, ale po ukończeniu gry nie miałem zamiaru do niej wracać.


Nadeszła chwila kiedy w moje ręce wpadł oryginał czyli pierwsza gra z serii Devil May Cry. Na fabułę nie ma tutaj co liczyć, idziesz i siekasz wszystko dookoła (3-4 rodzaje przeciwników) odwiedzanie poprzednich lokacji to znak rozpoznawczy tej serii... Po skończeniu gry, wrzuciłem ją do pudełka i zwróciłem koledze. Sama gra jest dobra (jak na tamte czasy). Pozostała jeszcze trzecia cześć; wiedziałem, że muszę to zrobić bo jestem już zbyt blisko końca żeby się poddać.


Piekło, wyświdrowany poziom trudności i wiele innych. Tak mówiono o Devil May Cry 3, ale oprócz wysokiego poziomu, ludzie zachwalali, że jest to najlepsza gra z całej serii. Na wielu forach czy stronach o grach trzeci diabeł zbierał naprawdę mocne oceny. Obiecałem sobie, że kiedyś ogram. Na święta dostałem super prezent w postaci oryginalnego Devila 3 plus demo Monster Hunter! Trochę mi to zajęło, ale wreszcie zabrałem się za niego. Grafika na przestarzałym ps2 wyglądała naprawdę dobrze, muzyka choć zapętlona i uruchamiana tylko w trakcie walk była klimatyczna. Dalej było już tylko gorzej; poziomy nie robiły jakiegoś wrażenia, backtrackingu było aż do porzygu. Bossowie cholernie mocni i męczący. Czasem trzeba było naprawdę namachać się tym mieczem żeby zabić bydlaka. Brnąc głębiej tylko bardziej się wkurzałem, płytę wyjmowałem kilka razy z napędu i chciałem się poddać. Uparcie wracałem i kląłem pod nosem wytykając wszystkie błędy tej gry. Sterowanie kamerą jest tragiczne; cały czas plątałem się po tych samych planszach, przeciwników 2-3 rodzaje? Będąc już cholernie blisko końca, trafiłem na poziom w którym kto był bossem? Poprzedni pokonani bossowie! Ale żeby nie było, że zrobione na odwal, to monstrom zmieniono kolory, no rewelacja! Przemęczyłem się i doszedłem do końca. Najlepiej bawiłem się w DMC3 podczas końcowych napisów kiedy już nikt nie mógł mnie zabić, a ja wiedziałem, że skończyłem tą piekielną podroż.


Jako osoba, która ograła wszystkie części (2 się nie liczy) mogę powiedzieć wprost. Nie! Nie nie nie, w ogole mi się to nie podoba to nie jest seria dla mnie. To uniwersum opiera się na backtrackingu, walki z 3-4 przeciwnikami i robieniu w każdej części tego samego. Fabuła jest szczątkowa, a w niektórych częściach w ogóle nie występuje. Jest też kilka zagadek, ale szkoda o nich wspominać. Jedyna przyjemność, którą można czerpać z tej serii to zabawa w wyprowadzenie jak największej ilości combosów. Niestety, w tej formie do mnie nie przemawia, więcej było nerwów i epitetów w stronę głównego bohatera niż komplementów odnośnie systemu walki czy pomysłów w tej grze. Devil ma swoich zwolenników, którzy będą za wszelka cenę jej bronić. To jest gra dość nietypowa i nie każdemu podejdzie (patrz ja). Cieszę się, że nikt mi nie powie "pewnie nie ograłeś 1 czy 3 temu tak gadasz". A dupa! Zagrałem i to we wszystkie, mogę się wypowiadać do bólu! Nie polecam, chyba, że na własną odpowiedzialność. Ja z uśmiechem na twarzy żegnam się z tą serią i idę dalej w poszukiwaniu fajnych gier.