Nareszcie, udało się! Osiągnąłem coś o czym niektórzy mogą tylko pomarzyć. Ktoś powie, że jest to niemożliwe, inny nazwie mnie no-lif...
Nareszcie, udało się! Osiągnąłem coś o czym niektórzy mogą tylko pomarzyć.Ktoś powie, że jest to niemożliwe, inny nazwie mnie no-lifem, a jeszcze inny zapyta po co? Ponieważ tak bardzo lubię to uniwersum, ten klimat, postacie, historie, walki... Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo. Nie będę ukrywać, chciałem sięsprawdzić i zobaczyć czy faktycznie to co leży dalej jest tak ciężkie i straszne. Oczywiście, nie była to moja pierwsza rozgrywka, a jużpiąta postać, którą miałem zamiar przeprowadzić przez krainę Lordran... i to nie raz, a dwa ipół! Wszystko po to, aby zdobyć dwa najtrudniejsze osiągnięcia w Dark Souls. Knight's Honor oraz Prayer of a Maiden, dzięki którym miała się otworzyć przede mną brama do platynowego osiągnięcia, tytułowego The Dark Soul.
TEKST MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY
Ale dlaczego prawie dwukrotnie powtarzałem grę? Ponieważ oba wyzwania, aby zostały zaliczone, wymagają przejścia gry minimum dwa i pół razy. Osiągniecie o nazwie Knight's Honor polega na zdobyciu wszystkich rzadkich broni. Niektóre da się uzyskać tylko za pomocą duszy wybranego bossa. Niestety, z jednego bossa otrzymujemy jednąduszę, a na liście wymaganych broni są np. trzy, które możemy stworzyć. To wymaga od nas pokonanie go trzykrotnie. Podobna sytuacja jest z osiągnięciem Prayer of a Maiden. Rozgrywka w Dark Souls polega na każdorazowym wyzerowaniu się wszystkich przeciwników i ich pozycji w dwóch sytuacjach. Kiedy udamy się na spoczynek przy ognisku lub zginiemy. Niestety na bossów to nie działa, po pokonaniu zostaje on uśmiercony aż do kolejnego cyklu czyli New Game plus.
Jak działa ten cały cykl i dlaczego jest taki boleśnie ciężki i nie do przejścia? Przy każdym kolejnym NG+ wszyscy pokonani bossowie ponownie pojawiają się na mapie. Oczywiście, mają dodatkowo więcej punktów życia, są silniejsi, ale co więcej zmieniają swoją taktykę podczas walki. I to cholernie mocno! Gra goli nas do zera, zabiera wszystkie specjalne przedmioty. Tylko zdobyte bronie, zbroje i ulepszenia zostają z nami. Brzmi niesprawiedliwie, ale każdy pokonany przeciwnik daje nam teraz więcej punktów doświadczenia. Po kolejnym ukończeniu gry znowu wszystko się "resetuje". Bossowie ponownie pojawiają się na mapie, są jeszcze silniejsi i żądni zemsty za poprzednie zgony. Z informacji jakie udało mi się wyczytać w internecie, gracze potwierdzają, że po ukończeniu cyklu NG++++++, czyli po sześciu razach lub więcej, poziom przeciwników i doświadczenia wreszcie przestaje rosnąć.
Miałem świadomość, że nie będzie to łatwa podróż. Mój rekord to 24h na ukończenie całego cyklu. W tym czasie zdobywałem wymarzony ekwipunek i odpowiedni poziom, który pozwalał mi pokonać ostatniego przeciwnika. Jednak nigdy nie porywałem się na NG+. Grę utrudniłem sobie wybierając klasę Cleric oraz rozpocząłem z przedmiotem Old Witch's Ring. Nie było to świadome posuniecie, chciałem wypróbować Cleric'a i sprawdzić jak działa ten pierścień. Klasy postaci w dłuższej rozgrywce nie mają zbyt dużego znaczenia, gdyż przez dodawanie punktów w odpowiednie statystyki z Cleric'a można zrobić łucznika, wojaka lub odwrotnie. Obiecałem sobie, że tym razem spróbuję pokonać wszystkich bossów dostępnych w grze. Do tej pory brakowało mi tylko jednego, jednak chciałem przy okazji odświeżyć pozostałych.
Od czego zacząć? Najpierw przygotowałem sobie pełną listę broni wymaganych do Knight's Honor. Początek był dosyć nudny i monotonny, musiałem szybko się wzmocnić, ale też nie mogłem atakować kluczowych bossów żeby nie posunąć fabuły zbyt do przodu. Niektórzy NPC szybko reagowali na to co działo się w uniwersum, a byli mi potrzebni do uzyskania niektórych przedmiotów czy zaklęć. Musiałem też nauczyć się dobrze walczyć. Co to znaczy dobrze walczyć? Przede wszystkim odświeżyć sobie podstawy czyli tradycyjne parowanie tarczą i wyprowadzenie kontr ataków. Wielu przeciwników możemy pokonać na różne sposoby. Atak frontalny, czyli proste stałe obrażenia. Atak krytyczny zza pleców czyli zajście przeciwnika od tyłu i ugodzenie go potężnym atakiem w plecy. Ostateczny i najmocniejszy to właśnie parowanie tarczą i wyprowadzenie kontr ataku. W połączeniu z odpowiednią bronią, zaklęciem i pierścieniami możemy ubijać potężnych wrogów jednym uderzeniem bez otrzymania żadnych obrażeń. No i najważniejsze, nauczyć się ruchów przeciwnika i nie bać się zaatakować. Brzmi strasznie, jednak tak nie jest. Musimy tylko wyczuć naszą postać, dużo zależy od tego jaki mamy na sobie ekwipunek i jaki rodzaj broni używamy. Z takimi umiejętnościami stworzyłem sobie cały plan. Zebrać wszystkie zaklęcia, pyromancję, cuda oraz bronie w pierwszym cyklu gry, a w kolejnych skupić się na wybranych bossach.
Pierwsze ukończenie gry było najdłuższe, zajęło mi ponad 80 godzin. Nie mogłem sobie pozwolić na zbyt szybki progres, gdyż nie chciałem niczego przegapić, żeby potem próbować zdobyć zaległe przedmioty w nowym cyklu. Musiałem też zdecydować się na główne bronie, zbroję oraz ulepszyć je zanim ukończę grę. Na domiar wszystkiego, musiałem zebrać odpowiednie przedmioty i usprawnić je, aby były gotowe na dusze bossów. Kilka żmudnych godzin zbierania minerałów i biegania po kowalach. Jednak ten najdłuższy cykl miał też swoje plusy, a dokładniej mówiąc - pojedynki z bossami.
Który boss był najtrudniejszy? Najczęściej pada jako przykład: Executioner Smough & Dragon Slayer Ornstein, Knight Artorias czy sam Gwyn Lord of Cinder. Moim najtrudniejszym bossem w całej grze był Black Dragon Kalameet. Sam Hawkeye Goughostrzega gracza, że Kalameet to jeden z najgroźniejszych starożytnych smoków i sam Gwyn zabronił swoim rycerzom podejmowania walki z nim. To tylko bardziej zachęcało mnie do konfrontacji z tą bestią. Gdybym miał odpowiedni sprzęt to z chęcią pokazał bym wam cały pojedynek. Początek był szybki i jednostronny, Kalameet potrafił być tak agresywny, że nie pozwalał mi na wyprowadzenie nawet jednego ciosu. Po każdej mojej klęsce stawałem się coraz silniejszy. Walka powoli zaczęła się wydłużać, lecz smok nie dawał za wygraną. Wreszcie po dokładnej obserwacji i wyuczeniu się jego ruchów, przystąpiłem do ataku. Na każde siedem jego uderzeń, jedno było moje. Ciekawostką jest to, że wszystkim smokom w Dark Souls możemy obciąć ogon z którego wypada unikatowa broń. Oczywiście obrałem to sobie jako dodatkowe wyzwanie, aby pozbawić Kalameet jego ogona. Pojedynek wydłużał się, a smok zawzięcie atakował czekając, aż popełnię jakiś błąd. Nie potknąłem się ani razu. Jego pasek zdrowia ledwo się kurczył, a ja cierpliwie czekałem na odpowiedni moment by zadać kolejne cięcie i ponownie unikać jego dzikich ataków. Poważna muzyka nadawała całej walce dodatkowej epickości. Czułem się jak rycerz z jakiejś legendy. Wreszcie udało się! Uciąłem mu ogon, a potem zadałem ostateczny cios. Black Dragon Kalameet został pokonany, a ja wykończony padłem w fotelu. Cała walka trwała lekko ponad godzinę, jednak każdą chwilę uważam za wyjątkową, a smoka stawiam jako numer jeden najtrudniejszych przeciwników w całym Dark Souls. Smoki są zajebiste! Dobra, zatłukłem jaszczurkę, lecimy dalej!
Po zebraniu wszystkich przedmiotów i ulepszeniu moich broni byłem gotów stawić czoła finałowemu bossowi Dark Souls. Gwyn Lord of Cinder, król Lordran. Walka rozpoczęła się szybko i tak też skończyła. Doświadczenie zdobyte z poprzednich pojedynków plus opanowanie techniki parowania sprawia, że Gwyn jest jednym z najprostszych przeciwników w całej grze. Po wkroczeniu do jego lokacji i odparowaniu pierwszego ataku, wiedziałem, że ta walka jest moja. Później pozostaje tylko wybranie zakończenia, a gra przenosi nas do nowego cyklu.
Nie byłem pewny jak mocni będą przeciwnicy w NG+, chociaż też byłem naprawdę dopakowany. Każdy oponent ma jakąś słabość: ogień, błyskawice lub magia. Wiedzieliście, że bronie czarnych rycerzy zadają większe obrażenia przeciwko demonom? Taki Taurus Demon zginął od jednego uderzenia. Nie musiałem tym razem walczyć ze wszystkimi bossami lecz tylko tych, których dusz mi brakowało. To przyspieszyło rozgrywkę w drugim cyklu i po kilkunastu godzinach znów stanąłem twarzą w twarz z królem Lordran'u. Szybki kontratak i rozpoczyna się trzeci cykl. Tutaj oponenci byli jeszcze większym wyzwaniem. Musiałem pokonać tylko paru lecz byli już naprawdę silni. Niepozorna wiedźma, stała się naglę szybsza i bardziej przebiegła. Kiedy wydawało mi się, że już po niej, ona potrafiła wyprowadzić szybką furię ataków dokonując mój żywot. Byłem już trochę zmęczony, lecz myśl, że jestem tak blisko uzyskania ostatecznego osiągnięcia, pchała mnie na przód. Godzina 1:15 nad ranem, a ja dotarłem do kowala. Przeglądam po raz dwudziesty czy mam wszystkie przedmioty z listy i wykuwam dwa ostatnie miecze. Po ich wykonaniu czekam wpatrując się w prawy górny róg ekranu. Pojawił się! Knight's Honor jest mój. Kilka sekund później jest też on The Dark Soul, a moja przygoda została ukończona.
Na liczniku mam ponad 140 godzin, to była długa podróż jednak nie żałuję. Muszę podkreślić, że wiele osiągnięć miałem już zdobytych wcześniej, lecz te dwa były najtrudniejsze. Czy było warto? Tak, ktoś inny może uważać, że zdobywanie pucharków to marnowanie czasu. Sam nie robię tego w każdej grze. Dark Souls to jedna z moich ulubionych serii i myślę, że to miało duży wpływ na to, że podjąłem się zdobycia ostatniego platynowego osiągnięcia. O samej grze mógłbym rozmawiać godzinami, taktyki, uniwersum, bronie, legendy czy teorie. Jeżeli ktoś z was planuje podjąć się tego wyzwania... POLECAM!
Era pierwszego PlayStation to istna kopalnia wszelkiego rodzaju mordobić. Właściwie każdy z szanujących się graczy miał swój krótszy lub ...
Era pierwszego PlayStation to istna kopalnia wszelkiego rodzaju mordobić. Właściwie każdy z szanujących się graczy miał swój krótszy lub dłuższy epizod z Tekkenem, Street Fighterem czy Mortal Kombat. Każda z tych marek ma się zresztą bardzo dobrze aż po dziś dzień. Oprócz wymienionych gier na PS1 pojawiło się mnóstwo innych ciekawych bijatyk, które z różnych przyczyn pokryły się ostatecznie wartwą kurzu - bez szans na kontynuację. Ale w końcu od czego macie Deathcoil'a? W trzecim odcinku Niedoceniane / Ograne proponuję Wam ociekający krwią, pełen nowatorskich rozwiązań (naturalnie jak na 1998 rok) tytuł, który jednak nie porwał recenzentów. Myślicie, że Mortal Kombat był i jest najbrutalniejszym mordobiciem? No to może uda mi się Was zaskoczyć...
BIO F.R.E.A.K.S. zostało stworzone przez stosunkowo młode studio Saffire Corporation mające swą siedzibę w South Jordan (w stanie Utah - USA). Firma zasadniczo zajmowała się przenoszeniem już istniejących gier na inne platformy, ale stworzyła też kilka własnych marek. Jednym z bardziej ambitnych projektów, przy których dłubał zespół (ściśle współpracując z Blizzard Entertainment) był dodatek do pierwszej części Starcrafta - Brood War. Wróćmy jednak do cyborgów. Gra w pierwotnym zamyśle była projektowana z myślą o automatach, jednak ostateczna jej wersja została anulowana. Dlaczego? Kilka źródeł podaje dość absurdalny powód tej decyzji: słabą i niedopracowaną rozgrywkę. BIO F.R.E.A.K.S. zagościło za to na PlayStation, Nintendo 64 i PC, wydane w 1998 roku za sprawą Midway Games. Tyle tutułem wstępu, a teraz zabieram Was w podróż do kontrolowanej przez korporacje NEO-Ameryki.
Ameryka taka jaką znamy upadła, podobnie jak wiele innych potężnych imperiów na przestrzeni dziejów. Rozwój technologii komputerowej, bio-inżynierii, cybernetyki oraz mechaniki niesamowicie przyspieszył i wymusił przemysłową konkurencję. Ta z kolei wymknęła się spod kontroli; doprowadziła do niekontrolowanych i bezwzględnych szpiegostw. Rząd próbował za wszelką cenę utrzymać kontrolę nad krajem, jednak gigantyczne korporacje wykorzystując panujący chaos doprowadziły gospodarkę do ruiny. Giełda Wall Street upadła, rząd zbankrutował, natomiast ogromne firmy w niekonwencjonalny sposób przejęły władzę. 50 stanów rozpadło się na terytoria i w ten sposób powstała NEO-Ameryka. Kryzys nadal się pogłębiał; uprowadzanie kadr kierowniczych gigantycznych korporacji, tzw." GI-Corps" i zastępowanie ich własnymi klonami, zdolnymi wykradać cenne dane, stawało się coraz bardziej powszednie. Wkrótce także morderstwa i wszelkiego rodzaju ataki terrorystyczne stały się narzędziami, z których coraz śmielej korzystały żądne władzy firmy.
Pogrążony w węwnętrzej wojnie kraj nieuchronnie zmierzał ku całkowitej destrukcji, stając się także doskonałym celem dla ataków z zewnątrz. Aby zapobiec apokalipsie, pozostali przy życiu członkowie rządu podpisali pakt z GI-Corps. Spory terytorialne mają być odtąd rozwiązywane tylko i wyłącznie na specjalnych arenach. Zamiast armii, każda ze stron może wystawić do walki swojego superżołnierza, który reprezentując region danej korporacji stoczy pojedynek na śmierć i życie z innym czempionem. BIO F.R.E.A.K.S. (Biological Flying Robotic Enhanced Armored Killing Synthoids) to stworzone w laboratoriach maszyny do zabijania; z genetycznie zwiększoną siłą i refleksem, nadludzką żywotnością oraz wbudowaną bronią. Pozostając własnością GI-Corps i kontrolowane przy pomocy specjalnego bio-dysku mają walczyć ze sobą o absolutną kontrolę nad krajem. Podczas gdy cały świat gorączkowo oczekuje kolejnych pojedynków, niektórzy nie czerpią przyjemności z rygorystycznych, odbywających się bardzo często bitew. Są nimi właśnie BIO F.R.E.A.K.S.
Do wyboru mamy osiem postaci, z których każda posiada unikalne uzbrojenie oraz naturalnie własny zestaw ciosów specjalnych. Niszczycielskie maszyny nie przebierają w środkach, więc w ruch idą: karabiny maszynowe, miotacze ognia, granaty, lasery i mnóstwo innych śmiercionośnych gadżetów. Boje na śmierć i życie przyjdzie nam toczyć na rozbudowanych, trójwymiarowych arenach - każdy z cyborgów ma swoją własną planszę. Niektóre są wielopoziomowe, część posiada wgłębienia wypełnione lawą, kwasem czy umieszczone na ścianach kolce, w które możemy wrzucić nieszczęśnika. Po rozprawieniu się z szeregowymi pachołkami wrogich korporacji czeka na nas jeszcze dwóch bossów, z których jeden jest usprawnionym klonem naszej postaci, a drugi to gigantyczna maszyna szatkująca na kawałki wszystko co napotka na swojej drodze. Jeśli uda nam się przeżyć w nagrodę usłyszymy czytaną przez lektora, dalszą część historii naszego bohatera. To nie lada wyzwanie, bo poziom trudności jest w tym tytule naprawdę wyśrubowany. Niestety z tego co mi wiadomo w wersji na PlayStation 1 bossowie nie są grywalni. Odblokowanie ich możliwe jest jedynie przy użyciu specjalnej przystawki (do cheatów) montowanej na port rozszerzeń konsoli.
Co jest właściwie w BIO F.R.E.A.K.S. takiegowyjątkowego? Zastosowano tu miks wypróbowanych i zupełnie nowych dla bijatyk rozwiązań. Oprócz standardowego bloku postacie mają regenerujące się tarcze, które powodują że pociski wystrzeliwane przez naszych przeciwników po prostu przelatują przez nas nie robiąc żadnej krzywdy. Defensywą trzeba mądrze gospodarować; chwila nieuwagi i wróg dziurawi nas jak sito. Kolejną smakowitą rzeczą są tzw. okaleczenia, z ang. "mutilation". Przyjęta seria z karabinu maszynowego potrafi urwać naszemu czempionowi rękę, a my nie zważając na tryskające fontanny krwi musimy kontynuować walkę do upadłego. Ponadto jeśli będziemy mieli szczęście i przeciwnik nie zareaguje odpowiednio szybko możemy np. pozbawić go głowy i zakończyć rundę już w pierwszych sekundach. Mało? A jeśli dodamy do tego jet-packi pozwalające wznosić się na jakiś czas w powietrze? Rozgrywka nabiera zupełnie innego wymiaru. Dodatkowym smaczkiem jest możliwość przełączenia się na widok z pierwszej osoby. Tak, widzimy wtedy oczami naszego cyborżołnierza!
W dniu premiery BIO F.R.E.A.K.S. było jednym z lepiej wyglądających mordobić na rynku i całkiem przyjemnie się zestarzało. Trochę zawodzi to co wydobywa się z głośników. Mimo całkiem klimatycznych utworów (lecących w tle w trakcie walki) jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia. Brzmi on mniej więcej tak jakby ktoś planowaną, automatową wersję mono przerobił w stereo nie bawiąc się w jakiekolwiek poprawki czy mastering. Dźwięk jest przytłumiony i niewyraźny - a szkoda, bo komentator i odgłosy postaci dają radę, tylko trzeba było trochę nad nimi popracować.
Łącznie na konsole Sony i Nintendo udało się sprzedać niecałe 300 tysięcy egzemplarzy gry. Nie znalazłem danych dotyczących wersji komputerowej, ale jedno jest pewne - tytuł rynku nie zawojował. Przyczyniły się do tego zarówno mocno przeciętne oceny w branżowej prasie jak i wysoka konkurencja na rynku bijatyk. W tym samym roku przecież dumnie wkroczyła w trójwymiar, najnowsza odsłona smoczej serii - Mortal Kombat 4, a królowie bijatyk z Namco tylko umocnili swoją pozycję za sprawą ocierającego się o geniusz Tekkena 3. Polecam BIO F.R.E.A.K.S. jako nietuzinkowy tytuł; może nieco wolniejszy od powyższych, z mniejszą ilością postaci do wyboru, ale jednocześnie bardzo miodny i naszpikowany ciekawymi rozwiązaniami. Jeśli kiedykolwiek marzyliście o tym, żeby wykonać "Fatality" w trakcie walki, cyberżołnierze z NEO-Ameryki Wam to umożliwią!
Znalazłem nową (2012 rok wydania) grę, która idealnie nadaje się do zabawy we dwoje! Przeglądając PS Store natrafiłem na wielkanocną w...
Znalazłem nową (2012 rok wydania) grę, która idealnie nadaje się do zabawy we dwoje! Przeglądając PS Store natrafiłem na wielkanocną wyprzedaż. Większość z tych gier cały czas się powtarza, a dla kilku z nich chętnie przelał bym Kaz'owi troszkę pieniążków (Kaz Hirai). Wieczór zapowiadał się nudny, więc zdecydowałem się na zakup Sonic & All-stars Racing Transformed. Cena kusząca bo jedyne 21 zł. Masz moją kasę Kaz i dawaj grę! Pobieranie trwało tak długo, że zabawa w granie musiała zostać przełożona na kolejny dzień. Kiedy miałem wyłączyć konsolę po ukończeniu pobierania, wpadła narzeczona i wcisnęła instaluj co skutkowało dodatkowymi 30 minutami czekania. Dobra dobra, ale czym jest ten Sonic długa i pokręcona nazwa? Najprościej mówiąc, jest to Mario Kart na inne konsole. Tutaj można by było zakończyć porównanie, jednak wyścigówka z Sonic'kiem podobna jest tylko w podstawowych założeniach do swego bardziej rozpoznawalnego odpowiednika.
Rozpoczynając grę do wyboru mamy kilka postaci. Trochę się przestraszyłem, że jedyna zabawa jaka nas spotka to zwykły wyścig we dwoje plus komputerowi przeciwnicy. A mi pozostanie ciułanie po godzinach, żeby odkrywać dodatkowe postacie i trasy. Jak bardzo się myliłem. Ogromnym plusem i coś z czym nie spotkałem się w innych grach wyścigowych to możliwość ogrania kampanii w trybie kooperacji. Więc, zamiast podawać sobie pada co wyścig i patrzeć komu lepiej idzie, po prostu wciskamy start i dołączamy się do zabawy. Dzięki temu możemy ze sobą współpracować lub rywalizować odkrywając nowe postacie, trasy i tryby.
Co do samych trybów, jest ich sporo. Oprócz klasycznego kto pierwszy ten lepszy, mamy między innymi:
Battle Race - każdy ma 3 życia, staramy się wykończyć przeciwników zanim dojadą do mety
Boost Challenge - gracz musi przejechać przez specjalne punkty zanim upłynie czas
Drift Challenge - jak nazwa wskazuje driftujemy po wyznaczonych panelach Pursuit - naszym celem jest pościg za czołgiem i zniszczenie go Race - klasyczny wyścig Ring Race - wymaga od nas przelatywania przez pierścienie zanim upłynie czas Sprint - klasyczny wyścig z mała różnicą, musimy pokonać najlepszy czas ducha Traffic Challenge - wyścig z czasem na przepełnionej autostradą samochodami Versus - tutaj ścigamy się po kolei z 3 różnymi przeciwnikami
Kropką nad i niech będzie tutaj tytułowe Transformed. Dzięki któremu nie będziemy śmigać tylko samochodami. Nasze auto ma możliwość transformacji w lodź i samolot. Jak to wygląda? Jadąc naszą bryką widzimy, że trasa kończy się urwiskiem, ale bez paniki. Samochód wyskakuje i sam automatycznie przemieni się w latający pojazd, którym będziemy kontynuować wyścig w powietrzu. Normalnym będzie tutaj zmiana trasy podczas kolejnego okrążenia. Wielka autostrada, której fragment zostaje zniszczony przez smoka zmieni się w rwąca rzekę zakończoną ogromnym wodospadem. Istne szaleństwo!
Chcecie więcej? Proszę bardzo! Żeby przejazdy nie były zbyt monotonne, na mapie rozmieszczone są w wybranych punktach paczuszki z bronią. Sega odwaliła kawal dobrej roboty tworząc swoje własne bronie będące odpowiednikami tych popularnych z serii Mario Kart. Można znaleźć podobieństwo miedzy nimi, jednak Sonic w niektórych miejscach bije na głowę swojego konkurenta. Z innej beczki, postacie maja możliwość zdobywania poziomów. Na początku myślałem, że to lipa i gra będzie nie zbalansowana. Znowu myliłem się. Każda postać może osiągnąć maksymalnie 5 poziom. Po uzyskaniu np 2 odblokowuje się jeden z kilku dostępnych trybów:
Standard - podstawowy tryb każdej postaci
Balanced - jak sama nazwa sugeruje, tryb zbalansowany wyrównuje większość statystyk pojazdu
Speed - podwyższa szybkość pojazdu obniżając w zamian sterowanie
Handling - lepsze sterowanie, ale zmniejszona prędkość
Acceleration - wpływa na to jak szybko osiągniemy maksymalna prędkość
Boost - na specjalnych panelach do przyspieszenia możemy pojechać jeszcze szybciej
Super - zmienia wszystkie nasze statystyki, rożni się w zależności od danego pojazdu
Console Mods - sekretny tryb działający na zasadzie podobnej do Super
Rożnicę miedzy nimi tak naprawdę zalezą od naszych preferencji, wybierając dodatkowa szybkość może okazać się, że zmniejszy się nam sterowanie lub przyspieszenie. Lecz wszystko sprowadza się do umiejętności kierowcy. Sonic & All-stars Racing Transformed to gra typu "easy to learn hard to master". Osoba niedoświadczona będzie bawić się tak samo dobrze jak starzy wyjadacze. Ile razyzakląłem w stronę telewizora wysyłając najgorsze epitety w stronę niebieskiego jeża, który w ostatniej sekundzie mnie wyprzedził. Narzeczona ma lepszą zabawę z oglądania moich reakcji gdy mi nie wychodzi niż z samej gry. Co mogę powiedzieć więcej? Gra puszcza oczko w stronę starszych odbiorców pamiętających czasy świetności Segi. Znane postacie lub mapy nazwane na cześć najbardziej znanych gier potrafią wywołać uśmiech na twarzy. Dobra,bLlll spadam wypruwać sobie flaki masterujac kolejne tory, a wam śmiało polecam! Gotta go fast!
Moja pierwsza styczność z serią Devil May Cry była przez telewizję i plotki. To były czasy kiedy PS2 kosztowało dobre 2 tysiące złotych j...
Moja pierwsza styczność z serią Devil May Cry była przez telewizję i plotki. To były czasy kiedy PS2 kosztowało dobre 2 tysiące złotych jak nie więcej, a człowiek grał na PC'cie. O grze na początku powiedział mi kolega, który grał u innego typka. Wiem pogmatwane, ale z jego opisu wynikało, że w tej grze biega się jakimś brutalem z wielkim mieczem i dwoma spluwami. Brzmiało średnio, ale on strasznie ją zachwalał. W mojej głowie zrodził się obraz jakiejś platformówki 2D. O grze kompletnie zapomniałem i zająłem się czymś innym - pewnie Starcraftem (YEAAH). Wieczorem, gdy komputer był okupowany przez siostrę i jej Simsy lub Gadu Gadu, ja musiałem zadowolić się programem o grach. Hyper, bo tak się nazywał, wyświetlał gameplaye, recenzje i dużo więcej rzeczy o tematyce gier. Pewnego nudnego wieczoru oglądając jakieś trailery w TV pojawił się on, Devil May Cry. Dante, wyszczekany cwaniaczek z białymi włosami dzierżący w ręku ogromny miecz, którym siekał przeciwników jak papier. Brutalna, brudna, krwawa, a wszystko z dobrym soundtrackiem. Bylem w szoku. Moja wizja devila 2D legła w gruzach, a z popiołów narodził się feniks z białymi włosami siejący rozpierdziel dookoła, istne must have! Niestety, bez ps2 to sobie mogłem co najwyżej obrazki w internecie pooglądać. Mijały kolejne lata i wreszcie dorobiłem się Playstation 2. Uzupełniając swoją bibliotekę w nowe gry zobaczyłem na półce Devil May Cry 2! No proszę, wydali sequel, więc musi być lepszy niż poprzednik. W tamtych czasach może i były gazety z recenzjami, a w internecie coś by się znalazło na temat tej gry. Ja naiwnie patrzyłem czy fajna jest okładka, plus coś tam gdzieś widziałem więc musi być dobre. Kupiłem, wróciłem do domu i wrzuciłem do konsoli. Po niezrozumianym trailerze lądujemy na jakimś zamku, zapowiada się fajnie! Idziesz gdzieś, brązowo wszędzie, nudne to jakieś, akcji tyle co nic. Co to kur... gramy dalej. Minęły dobre 2 godziny, myślałem, że tam zejdę. Twórcy się nie wysilili, wszystko jest brązowe, nawet przeciwnicy! Jak to może być fajne? Wyłączyłem, wrzuciłem do pudełka i zwróciłem bo to było jakieś nieporozumienie. Won na czarną listę!
Craaap trzymać się z dala!
Idziemy naprzód, "gimbaza" za mną i już końcówka technikum. Ja nadal cisnę na swoim ukochanym ps2, głównie w God of War i Tekken 5 bo nic mi się nie podoba. Kolega rzuca pomysł wyjazdu do Anglii; jadę, zarabiam kasę, kupuję PS3 FAT 40GB + 4 pady i wracam do Polski. Wszystko fajnie, tylko mało gier. Na Allegro szukam coś taniego. Jest, Devil May Cry 4! Ja pierdziut, seria poszła daleko jak już wydali czwórkę. Kupuję bo tanio, coś napisane PROMO, ale co to jest? Może promocja ??? Przychodzi gra, pod nosem wtf. Płyta zapakowana w plastikową kopertę. Okazuje się, że taka okazja bo w wersji promo czyli recenzenckiej. Wrzucam do napędu i gram. Kurczę, ale to ładne w porównaniu do ps2. Dochodzę do bossa, jakiś demon Berial. Szczęka na ziemi - ale to wygląda! Podjarałem się na maksa i cisnę dalej. Kolejni bossowie nie robią już takiego wrażenia, a fabuła jak gdzieś była to dawno przepadła. Gra skończona, do koperty wrzuciłem i won na regał!
Niechęć do serii tylko się umocniła we mnie. Moja narzeczona i znajomi drylują mnie, że to wina tego, że nie zagrałem w najlepsze części 1 i 3. Musisz dać im szanse, zobaczysz co to prawdziwy Devil May Cry. Dobra dobra, będzie okazja to może zagram.W międzyczasie wykupiłem subskrypcję Playstation Plus co okazało się strzałem w 10. Co miesiąc pojawiały się mocne tytuły, a moja lista do nadrobienia tylko rosła. Wśród wielu gier znalazł się remaster/reboot/prequel (sam nie wiem) Devil May Cry (DmC). Dałem mu szansę. W grze wcielamy się w młodziutkiego Dante, który lubi pokazywać środkowy palec i ma czarne włosy? Tym razem była fabuła, poziomy przemyślane, a przeciwników jak zawsze garstka. Jedna mapa zrobiła na mnie ogromne wrażenie; coś w stylu sali dyskotekowej, do tej pory zachwalam ten poziom. Nie powiem, twórcy poprawili się, ale po ukończeniu gry nie miałem zamiaru do niej wracać.
Nadeszła chwila kiedy w moje ręce wpadł oryginał czyli pierwsza gra z serii Devil May Cry. Na fabułę nie ma tutaj co liczyć, idziesz i siekasz wszystko dookoła (3-4 rodzaje przeciwników) odwiedzanie poprzednich lokacji to znak rozpoznawczy tej serii... Po skończeniu gry, wrzuciłem ją do pudełka i zwróciłem koledze. Sama gra jest dobra (jak na tamte czasy). Pozostała jeszcze trzecia cześć; wiedziałem, że muszę to zrobić bo jestem już zbyt blisko końca żeby się poddać.
Piekło, wyświdrowany poziom trudności i wiele innych. Tak mówiono o Devil May Cry 3, ale oprócz wysokiego poziomu, ludzie zachwalali, że jest to najlepsza gra z całej serii. Na wielu forach czy stronach o grach trzeci diabeł zbierał naprawdę mocne oceny. Obiecałem sobie, że kiedyś ogram. Na święta dostałem super prezent w postaci oryginalnego Devila 3 plus demo Monster Hunter! Trochę mi to zajęło, ale wreszcie zabrałem się za niego. Grafika na przestarzałym ps2 wyglądała naprawdę dobrze, muzyka choć zapętlona i uruchamiana tylko w trakcie walk była klimatyczna. Dalej było już tylko gorzej; poziomy nie robiły jakiegoś wrażenia, backtrackingu było aż do porzygu. Bossowie cholernie mocni i męczący. Czasem trzeba było naprawdę namachać się tym mieczem żeby zabić bydlaka. Brnąc głębiej tylko bardziej się wkurzałem, płytę wyjmowałem kilka razy z napędu i chciałem się poddać. Uparcie wracałem i kląłem pod nosem wytykając wszystkie błędy tej gry. Sterowanie kamerą jest tragiczne; cały czas plątałem się po tych samych planszach, przeciwników 2-3 rodzaje? Będąc już cholernie blisko końca, trafiłem na poziom w którym kto był bossem? Poprzedni pokonani bossowie! Ale żeby nie było, że zrobione na odwal, to monstrom zmieniono kolory, no rewelacja! Przemęczyłem się i doszedłem do końca. Najlepiej bawiłem się w DMC3 podczas końcowych napisów kiedy już nikt nie mógł mnie zabić, a ja wiedziałem, że skończyłem tą piekielną podroż.
Jako osoba, która ograła wszystkie części (2 się nie liczy) mogę powiedzieć wprost. Nie! Nie nie nie, w ogole mi się to nie podoba to nie jest seria dla mnie. To uniwersum opiera się na backtrackingu, walki z 3-4 przeciwnikami i robieniu w każdej części tego samego. Fabuła jest szczątkowa, a w niektórych częściach w ogóle nie występuje. Jest też kilka zagadek, ale szkoda o nich wspominać. Jedyna przyjemność, którą można czerpać z tej serii to zabawa w wyprowadzenie jak największej ilości combosów. Niestety, w tej formie do mnie nie przemawia, więcej było nerwów i epitetów w stronę głównego bohatera niż komplementów odnośnie systemu walki czy pomysłów w tej grze. Devil ma swoich zwolenników, którzy będą za wszelka cenę jej bronić. To jest gra dość nietypowa i nie każdemu podejdzie (patrz ja). Cieszę się, że nikt mi nie powie "pewnie nie ograłeś 1 czy 3 temu tak gadasz". A dupa! Zagrałem i to we wszystkie, mogę się wypowiadać do bólu! Nie polecam, chyba, że na własną odpowiedzialność. Ja z uśmiechem na twarzy żegnam się z tą serią i idę dalej w poszukiwaniu fajnych gier.
Chyba każda konsola ma jakieś "ekskluzywne tytuły" które pchają nas w stronę jej zakupu. Przenośne konsole Nintendo są mocno n...
Chyba każda konsola ma jakieś "ekskluzywne tytuły" które pchają nas w stronę jej zakupu. Przenośne konsole Nintendo są mocno napędzane Pokemonami, jednak ja od początku wiedziałem co mnie interesuje. Po spędzeniu tylu godzin z Monsterem na PSP zapragnąłem kolejnych wyzwań. Dorobiłem się dwóch kolegów z 3DS'ami, i wszyscy zgodnie ustaliliśmy, że kupujemy najnowszą odsłonę Monster Hunter Generations. Całość recenzji to moje wrażenia i porównanie do wersji z PSP ponieważ tylko w tą odsłonę miałem okazję zagrać.
Moja kolej! Tak naprawdę ten unboxing powinien pojawić się jeszcze w styczniu, ale jestem leniwy i robię to teraz. Konsolę dostałem pod...
Moja kolej! Tak naprawdę ten unboxing powinien pojawić się jeszcze w styczniu, ale jestem leniwy i robię to teraz. Konsolę dostałem pod choinkę od Mikołaja. Odkąd miałem w rękach PSP zacząłem doceniać "przenośki"; możliwość walnięcia się na kanapie, łóżku czy fotelu razem z konsolą stała się dla mnie ogromnym atutem. Oczywiście PSP jest super, ale chciałem spróbować coś na czasie. 3DS wydał się świetnym wyborem: ogromna biblioteka gier, wsteczna kompatybilność i Nintendo! Jak już szaleć to na maksa, ale może od początku co?
Czym byłaby kolejna konsola bez ciekawych, wciągających tytułów? Nintendo nie rozpieściło nas co prawda pod względem ilości gier na swoją ...
Czym byłaby kolejna konsola bez ciekawych, wciągających tytułów? Nintendo nie rozpieściło nas co prawda pod względem ilości gier na swoją nową platformę, ale jest jedna perełka obok której po prostu nie wypada przejść obojętnie. Otwieramy Limitowaną EdycjęZeldy na Nintendo Switch!
W piątek 03.03.2017 w końcu nadszedł ten dzień i około 13:00 zawitał do mnie kurier z wielce wyczekiwaną paczką. A w środku moja pierwsza (...
W piątek 03.03.2017 w końcu nadszedł ten dzień i około 13:00 zawitał do mnie kurier z wielce wyczekiwaną paczką. A w środku moja pierwsza (te kupione x lat po premierze się nie liczą ;) konsola od Nintendo! Bardzo dziękuję firmie Power Play -spisaliście się na medal. To co, rozpakowujemy Switcha?!
Gier o wampirach jest naprawdę sporo na rynku, ale czy każda jest warta uwagi? - szczerze wątpię. Sam nie pamiętam skąd wzięło się moje ...
Gier o wampirach jest naprawdę sporo na rynku, ale czy każda jest warta uwagi? - szczerze wątpię. Sam nie pamiętam skąd wzięło się moje zainteresowanie tymi stworzeniami, ale filmy i komiksy z nimi w roli głównej bardzo lubiłem. Czemu więc, by nie spróbować z grami? Zacząłem moje poszukiwania i spośród sporej ilości gier, zrobiłem całkiem fajną listę tytułów, które chciałbym ograć. Na pierwszy ogień idzie bardzo popularna seria gier o wampirach z lat 90tych. Mowa o Legacy of Kain, a dokładniej Blood Omen: Legacy of Kain, który jest bezpośrednim prequelem do bardziej znanej Legacy of Kain : Soul Reaver.
Kilka drobnych informacji:
Gra została stworzona przez nieistniejące już studio Silicon Knights i opublikowana przez Crystal Dynamics. Premiera Blood Omen: Legacy of Kain odbyła się w 1996 roku ekskluzywnie na konsolę Playstation 1, a rok później na PC. Co do ilości sprzedanych kopii dane są sprzeczne. Silicon Knights twierdziło, że całkowita sprzedaż wyniosła 2 miliony sztuk, a inne źródła mówią o 320 tysiącach. Gra mimo nie najlepszej sprzedaży, zebrała masę pozytywnych recenzji i ocen co tylko zachęciło mnie do sprawdzenia tego tytułu. Swoja kopię ograłem na PS3 (edycja cyfrowa) ze względu na wysokie ceny płyty PSX i niezachęcającą port na PC.
- Oberżysto! Czy znajdzie się dla mnie pokój w twej karczmie?
- Wynoś się stąd, nie mamy wolnych miejsc!
- Ależ drogi Panie, na ulicach mrok i niebezpiecznie, proszę mnie przyjąć, jam jest ze szlachetnej rodziny i mogę Cię sowicie wynagrodzić.
- Odejdź stąd nim sam Cie wyproszę!
I tak wygnany z karczmy musiałem szukać schronienia na tych niebezpiecznych ulicach. A cóż to za zgraja zbirów? W rękach dzierżą sztylety zmierzając w mym kierunku! Dosięgam mego miecza i staje w obronie własnego życia. Jednego z przeciwników zdołałem ukatrupić, niestety drugi zadał mi śmiertelną ranę argh...
W ten sposób rozpoczyna się nasza przygoda w uniwersum Nosgoth - średniowiecznej krainie zamieszkałej przez ludzi, wampiry i inne bestie. Nekromanta Mortanius zawiera z nami pakt dając nam szanse zemścić się na naszych zabójcach. Kain bez wahania przyjmuję jego warunki po czym Mortanius przemienia go w stworzenie nocy. Jako wampir budzimy się w naszej krypcie, z której zaczniemy najdłuższą podróż życia.
Widok w grze jak i grafikę można najszybciej porównać do Diablo 1. Rzut izometryczny, sterowanie krzyżakiem i "pikselowa" mroczna oprawa. Kraina Nosgoth jest wielka. Będziemy przemierzać maleńkie wioski, ogromne miasta, cygańskie obozy, krypty, jaskinie i nie tylko. Niektóre lokacje nie są dostępne od początku co zmusza nas do późniejszego powrotu. Na szczęście skonstruowano to całkiem dobrze i nie odczujemy żeby było to zrobione na siłę. Wchodząc do krypty czuć, że nie znajdziemy tu nic poza śmiercią, a odwiedzając karczmę przywita nas oberżysta proponujący coś do picia.
Jak na 96 rok, gra wyróżnia się wysokim poziomem trudności. W opcjach znajdziemy tylko podstawowe zastosowanie przycisków, do reszty musimy dojść sami. Blood Omen rzuca nas od razu na głęboką wodę, nie ma tutaj samouczka, a przeciwnicy nie dają nam forów. Poziom trudności to nie tylko silni adwersarze. Na naszej drodze napotkamy też rożnego rodzaju łamigłówki, a innym razem będziemy musieli wykazać się dobrym refleksem. Zapis gry odbywa się tylko w wyznaczonych punktach, więc nie wchodzi tutaj w grę "wyczyszczenie" pomieszczenia z potworów, powrót i zapis. Gdy wrócimy, bestie pojawią się ponownie i musimy wykonać cala robotę od nowa.
Blood Omen otrzymał klasyfikację M, czyli dla użytkowników od 17 roku życia. Gra jest bardzo brutalna; Kain bezlitośnie morduje napotkanych na swojej drodze wojowników, cywilów i inne bestie. Codziennością staje się wysysanie krwi z przykutej kajdanami do ściany niewiasty, bezskutecznie wołającej o pomoc. Wszak jestem wampirem i żyć dla mej zemsty muszę!
Kain po przebudzeni w swoim mauzoleum posiada tylko żelazny miecz i zbroję. Na domieszkę jest to ten sam miecz, którym został zabity. Po wejściu do menu postaci, możemy wybrać każdy przedmiot i wysłuchać jego opisu. Warto tutaj zaglądać, gdyż wampir świetnie wyjaśnia zastosowanie poszczególnych rzeczy. Szybko zaczniemy znajdować dodatkowe wyposażanie, które pomoże nam podczas cięższych pojedynków. Oprócz przedmiotów do walki wręcz, Kain będzie się uczyć magii. Zaczynając od tak prostych lecz niezbędnych zaklęć jak światło czy teleport, aż po śmiercionośny magiczny piorun. Wampir nabędzie też zdolność przeistaczania się, zapytacie w co? To musicie zobaczyć sami, podroż jest długa, więc każda pomoc będzie niezbędna!
W Blood Omen: Legacy of Kain są dwa aspekty, które według mnie wpływają na to jak dobra jest to gra. Pierwszy to fabuła i świetne dialogi (niestety brak napisów). Na szczególne wyróżnienie zasługuje tutaj głos Kaina (Simon Templeman). Aktor odwalił kawał dobrej roboty użyczając swojego głosu wampirowi. Jego monologi tworzą niesamowita atmosferę, a kolejne rozmowy z samym sobą tylko bardziej zachęcają nas do sympatyzowania z bohaterem. Co do samej fabuły, myślę, że wystarczająco zdradziłem już na samym początku. Resztę historii będziecie musieli sami odkryć.
Kolejnym mocnym punktem jest muzyka skomponowana przez Steve'a Henifin. Daje 6 wampirzych zębów na 6 możliwych! Różnorodne utwory wprowadzają wyjątkowy nastrój i pobudzają wyobraźnię. Wchodząc do krypty czy podróżując przez las w akompaniamencie odpowiedniej muzyki czuć, że jesteśmy w średniowiecznym Nosgoth. Na dokładkę Silicon Knights stworzyło świetne przerywniki dopełniające historię. Jak na tamte lata są naprawdę dobrze zaanimowane i cholernie brutalne.
Gra została też wypchana przeróżnymi smaczkami. Może chłopi nie dadzą nam rady wymachując czosnkiem i krzyżem, natomiast woda z rzeki czy ogień z pochodni jak najbardziej nam zaszkodzą. Fajnym uzupełnieniem jest tutaj system zmiany dnia i nocy. W trakcie dnia nasza moc spada i zadajemy mniejsze obrażenia, jednak gdy zapada mrok, stajemy się bestią nocy. Nie chciałbym tutaj odkrywać wszystkich kart bo jest tego sporo, o niektórych rzeczach pewnie sam nadal nie wiem. To sprawia, że chcę bardziej wrócić do Nosgoth i poznawać jego sekrety.
Blood Omen: Legacy of Kain to brutalna gra akcji ze świetnym scenariuszem. Całość wymaga od nas odkrywania, poznawania i myślenia, oferując w zamian wspaniałą przygodę. Nie ma tutaj podpowiedzi, a jak czasem coś zepsujemy to nie da się tego cofnąć (chyba, że wczytamy zapis). Zdarzyło mi się czasem "zaciąć", jednak nie sięgam do poradników tylko sam szukam rozwiązania. Bywało frustrująco, jednak satysfakcja, że doszedłem do tego sam jest jak świeża krew dla Nosferatu. I to właśnie dlatego Blood Omen: Legacy of Kain znalazł się na mojej liście najlepszych gier o wampirach, polecam!
Z naszymi marzeniami jest tak, że ewoluują i zmieniają się wraz z upływem czasu. Zawsze pozostaje jednak tych kilka szczególnych, niespełni...
Z naszymi marzeniami jest tak, że ewoluują i zmieniają się wraz z upływem czasu. Zawsze pozostaje jednak tych kilka szczególnych, niespełnionych np. z dzieciństwa, zakorzenionych głęboko w naszej świadomości i których nic nie jest w stanie ruszyć. Dla mnie właśnie udało się spełnić jedno z nich, paradoksalnie sprzed prawie 20 lat. Przepis? PlayStation, 14 calowy, kineskopowy telewizorek Sony i Final Fantasy VII. W okolicach 1997 roku nie byłem w stanie nigdzie zdobyć tego RPG'a. Na giełdzie, gdzie zaopatrywałem się w nowe tytuły na pierwsze PlayStation nikt o Final Fantasy VII nie słyszał. Pewnie zbyt dużym kosztem dla handlarzy było piracenie całych 3 CD. Chyba nie znam drugiej takiej gry, która w praktycznie każdym liczącym się czasopiśmie growym zdobywała maksymalne oceny i była zachawalana pod niebiosa. Ówczesne Square Co. Ltd. czy jak kto woliSquareSoft zagwarantowało grze ogromny budżet i jak widać opłaciło się. Legendarne stały się historie niektórych redaktorów, którzy nie mogąc doczekać się europejskiej premiery ściągali zza granicy japońskie wersje FFVII i męczyli się z "krzaczkami" próbując pchnąć fabułę do przodu. Oczywiście, grali po omacku ale w zamian przed resztą świata mogli nacieszyć swe oczy niesamowitą grafiką i genialnymi walkami. Rozstrzał między premierami w różnych regionach świata był dość spory; Japonia dostała grę 31 stycznia 1997 roku, a reszta świata przeszło pół roku później.
Od tych pięknych czasów minęło praktycznie okrągłe 20 lat. W końcu i w moje ręce wpadła premierowa wersja Final Fantasy VII. Ten piękny, duży box zawiera 3 wypełnione po brzegi płytki (Pierwotne plany mówiły o SNES'ie jako platformie docelowej!), instrukcję oraz książeczkę z Official UK PlayStation Magazine, w której znalazły się krótkie zapowiedzi nowych gier, mini-recenzje wraz z ocenami, a także nowości sprzętowe. Naprawdę warto zajrzeć do instrukcji, bo stanowi ona świetne wprowadzenie do świata gry; opisy postaci, sterowania, materii czy mechaniki walk. Ta niepozorna książeczka skutecznie pomaga przetrwać pierwsze kilka minut w Midgarze, ale warto do niej wrócić także później. Wrzucam pierwszą płytkę do napędu i do ucha wpada całkiem ciekawa nutka, której towarzyszą napisy prezentujące twórców Final Fantasy VII. Zaczynam nową grę i moim oczom ukazuje się właściwe intro. Oto Midgar; przytłaczające, spowite mrokiem miasto kontrolowane przez korporację Shinra. Kilka chwil później kamera wykonuje efektowny najazd na pociąg, z którego wysiada grupa najemników. Już ten moment pokazuje jaką pracę wykonali programiści. Gra niezwykle naturalnie przełącza się między sekwencją filmową, a właściwą rozgrywką. Wygląda to po prostu niesamowicie i długo nie docierało do mnie, że taki efekt udało się osiągnąć w 1997 roku.
Każdą z przyłączanych do drużyny postaci możemy nazwać po swojemu. Ja jednak pozostawiłem domyślne imiona, aby jak najlepiej wczuć się w klimat gry. Na starcie przejmujemy kontrolę nad Cloud'em Strife'm, który porzucił elitarny odział SOLDIER należący do Shinry i stał się najemnikiem. Pozostali członkowie zespołu to AVALANCHE, grupa tzw. eko-terrorystów, której głównym celem jest ocalenie planety przed chciwą i bezwględną korporacją. Dlaczego wszyscy tak nienawidzą tej z pozoru zwykłej firmy, dostarczającej prąd dla mieszkańców? Otóż Shinra Inc. posiada własną armię oraz kontroluje praktycznie wszystkie sfery życia ludzi; zarówno socjalne, polityczne jak i infrastrukturalne. Ponadto jej naukowcy znaleźli sposób na wysysanie energii życiowej ziemi i zamienianie jej z udziałem reaktorów Mako w energię, co na dłuższą metę grozi totalną zagładą świata. Bezpośrednia konfrontacja z monopolistą, posiadającym dosłownie wszędzie swoich agentów zdecydowanie nie wchodzi w grę. Najemnicy z AVALANCHE skupiają się więc na działaniach dywersyjnych, a nasze pierwsze zadanie polega na wysadzeniu jednego z reaktorów Mako.
Nie będę spoilerował fabuły, bo jest ona najmocniejszą stroną Final Fantasy VII. Może najdzie Was ochota, aby samemu zagrać w nadchodzący remake, albo po prostu odpalicie sobie oryginał? Dajcie grze szansę, a niejednokrotnie zaskoczy Was kolejnym zwrotem akcji i tym jak sensownie kolejne wątki łączą się w jedną całość. Nasza aktywność często przeplata się z kilkuminutowymi retrospekcjami i mimo, że przeważnie traciłem wtedy kontrolę nad postaciami to absolutnie nie odbierałem tego jako zapychacza. Wprost przeciwnie, chłonąłem dialogi z zapartym tchem. Powiem więcej, przez cały czas spędzony z FFVII nie korciło mnie, żeby jakiś film czy scenkę zrobioną na silniku gry przeklikać. Początkowo odniosłem wrażenie, że fabuła jest liniowa i nasze wybory podczas dialogów bardzo rzadko przekładają się na zmianę kierunku akcji. Zaskoczenie przyszło później. Mimo, że starałem się zwiedzać świat dość dokładnie to jestem w 100 % pewien, że coś przegapiłem. Może nie rozwiązałem jakiejś zagadki, albo z kimś nie porozmawiałem? W niektóre miejsca po prostu nie dało się wejść i pozostały dla mnie tajemnicą. Po przejściu gry w chyba najbardziej oczywisty sposób, wyczytałem że do jej ukończenia prawdopodobnie nie jest nawet wymagane rozprawienie się z ostatnim bossem.
Skupmy się więc na tym co mogę Wam opisać, jednocześnie nie zdradzając fabuły. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie wielkość świata. Po wyjściu z mrocznego Midgar'u, kiedy jesteśmy pewni że już spory kawałek gry za nami, właściwa zabawa dopiero się zaczyna. Przez cały czas poruszamy się miniaturką Clouda w rzucie izometrycznym i możemy dość swobodnie operować kamerą. Czekają na nas malownicze i zróżnicowane scenerie: plaże, jaskinie, kaniony, świątynie, ośnieżone góry, a nawet bazy wojskowe i instalacje Shinry. Wszystkie te egzotyczne krajobrazy mają swoich mieszkańców, którzy borykają się z różnymi problemami i najczęściej, aby pchnąć fabułę dalej musimy im zwyczajnie pomóc. Nie od razu da się wszędzie wejść, a niektóre miejsca wymagają skombinowania odpowiedniego środka transportu. Początkowo podróżujemy pieszo, a kilka chwil później mamy możliwość zdobycia egzotycznego chocobo, przypominającego strusia. Co ja się namęczyłem, żeby go oswoić... Na bezdrożach świetnie sprawdza się lekki pojazd - buggy, natomiast w na pozór niezdobyte rejony dostaniemy się statkiem powietrznym, a nawet okrętem podwodnym!
Poruszając się zarówno po mapie świata jak i wewnętrznych lokacjach praktycznie przez cały czas trzeba się pilnować. Wszystko za sprawą losowych walk, których po prostu nie da się uniknąć. Po przejściu kilkunastu kroków zawsze mamy jak w banku, że ktoś lub coś nas zaatakuje. Dość uciążliwe jeżeli błądzimy, bo sztucznie spowalnia to (mimo zdobywanego doświadczenia) znalezienie właściwej drogi. Parę razy wyłączyłem z tego powodu konsolę - byłem po prostu zmęczony i znużony. Same walki natomiast to mistrzostwo świata. Zostaliśmy zaatakowani na moście? Arena ma dokładnie takie (pre-renderowane) tło! Przeciwnik zaskoczył nas w jaskini? Walka odbywa się właśnie w takiej scenerii. To ciekawe rozwiązanie powoduje, że tła zmieniają się bardzo dynamicznie i przez całą grę ma się wrażenie, że za każdym razem walczymy w nowym miejscu. Potyczki odbywają się w systemie turowym, a możliwości ich rozegrania są praktycznie nieograniczone. W naszej drużynie może być maksymalnie trzech herosów (wyjątkiem jest walka z ostatnim bossem) i to od nas zależy czy zaplanowana taktyka się sprawdzi. Możemy zawalczyć tylko i wyłącznie bronią (aby zaoszczędzić manę), używać czarów, albo pójść na całość i zdemolować przeciwników używając tzw. summonów.
Stwory jakie spotykamy na swojej drodze są charakterystyczne dla danej lokacji. Bestiariusz jest bardzo bogaty i widać, że twórcy inspirowali się wieloma rzeczami, np. mitologią. W Midgarze często napotykamy żołnierzy Shinry, natomiast w dżungli mogą zaskoczyć nas toksyczne żaby, a w górach gigantyczne kolosy. Poziom trudności przeciwników jest świetnie stopniowany. Pierwsi napotkani wrogowie w zasadzie nie stanowią wielkiego wyzwania. W miarę odkrywania kolejnych stworzeń widzimy jak łatwo nasza ekipa może zginąć i uczymy się odpowiednio reagować na konkretne sytuacje. Przykładowo na jednego z naszych bohaterów zostaje rzucony czar "dezorientacja". Jeśli odpowiednio szybko nie zadziałamy istnieje duża szansa, że reszta wojaków również pogrąży się w chaosie. A postacie poza naszą kontrolą robią naprawdę głupie rzeczy; bezsensownie łykają miksturki i atakują się nawzajem co nieuchronnie prowadzi do porażki. Inny przykład - jeśli cały nasz zespół zostanie zamieniony w kamień szybko ujrzymy napis "Game Over" wraz z towarzyszącym mu melancholijnym kawałkiem. Wierzcie mi, pozostałe zdolności przeciwników takie jak zmniejszenie, usypianie czy wykradanie przedmiotów też niemiłosiernie uprzykrzały życie naszej ekipie. Kiedy napotkałem na swojej drodze magiczne dzbanki (?!), których nie da się pokonać w żaden konwencjonalny sposób zdałem sobie sprawę, że wyobraźnia twórców nie zna granic. Przed złowrogimi naczyniami można było salwować się ucieczką, albo dać im to czego chciały - eliksir. Wtedy walka się kończyła, a Cloud i spółka mogli odejść bogatsi o punkty doświadczenia. Nawet mimo tego, że pod koniec gry moja drużyna wydawała się silna, zakuty w zbroję, ogromny rozpruwacz dwoma uderzeniami miecza potrafił udowodnić jak bardzo się myliłem.
Z samymi bossami jest jeszcze ciężej, bo stanowią wyzwanie już na samym starcie. Pierwszy z brzegu gigantyczny skorpion; atakowanie go w nieodpowiednim momencie kończy się srogą karą w postaci wiązki laserowej skierowanej na wszystkie nasze postacie. Najwięcej krwi napsuł mi w zasadzie główny antagonista. Musiałem poświęcić na niego dobrych kilka godzin, ale ostatecznie małymi kroczkami udało się osiągnąć sukces. Cierpliwość, miksturki i odpowiedni dobór materii to podstawa. Czym są te tajemnicze żywioły? To nic innego jak skondensowana moc w postaci kolorowych kamieni, które możemy wstawić do broni czy zbroi naszych bohaterów. Jest jeszcze trzecie miejse w ekwipunku na elementy dodatkowe takie jak pierścienie czy płaszcz, w których jednak nie można umieszczać wspomnianych mocy. Do wyboru mamy szkoły magii takie jak ogień, błyskawice, powietrze, trucizny i kilka innych. Są też materie wspomagające, powodujące np. że rzucany czar dotychczas działający na jedną postać rozprzestrzenia się na wszystkie pozostałe. Najbardziej efektowne i efektywne są tzw. summony powodujące że cała nasza drużyna zmienia się w boską istotę, która dosłownie zmiata wrogów z powierzchni ziemi. Animacje towarzyszące wszystkim czarom, a zwłaszcza przywołaniom nawet dziś robią duże wrażenie i cieszą oko wspaniałymi efektami. Zarówno prostą magię jak i zdolności przywoływania boskich istot można rozwijać, przez co stają się jeszcze bardziej śmiercionośne. Bardzo ważny jest dobór konkretnych materii pod kątem określonych przeciwników, bo są oni często wrażliwi i jednocześnie odporni na dany typ żywiołu. Rzucona błyskawica może więc nie tylko dotkliwie zranić dane stworzenie, ale również niechcący je uleczyć.
Jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do poziomu trudności we współczesnych grach, Final Fantasy VII zafunduje nam dość bolesny powrót do przeszłości. Gra aktywuje i nieustannie pobudza szare komórki; testuje zdolność logicznego myślenia, przewidywania i zapamiętywania. Szczególnie premiowana jest też spostrzegawczość. Odwracanie wzkazówek zegara, śledzenie uciekającego ducha, prowadzenie wykopalisk, znadowanie numerów do sejfu - te i wiele innych zagadek wystawią na próbę naszych herosów. Nagrody są bardzo różne: znalezienie unikatowych przedmiotów, otrzymanie mikstur zwiększających na stałe statystyki czy odblokowanie nowych, przydatnych dla drużyny postaci. Czasem sukcesem samym w sobie jest ruszenie dalej wątku fabularnego, intensywne myślenie jest więc bardzo wskazane. Dostajemy jedyną wskazówkę: "Klucz znajduje się pod ziemią". Ale gdzie dokładnie? Chodzi o daną lokację czy trzeba szukać na całej mapie? W jaskini czy może pod wodą? Ratunku!!! Odwiedzone lokacje na mapie świata nie są w żaden sposób podpisane, warto więc sobie zanotować (chyba, że macie naprawdę dobrą pamięć) co jest gdzie, bo często istnieje konieczność powrotu do któregoś z określonych miejsc. Zapisywanie stanu gry możliwe jest tylko w obszarach, gdzie umieszczony jest na ziemi odpowiedni znacznik, najczęściej w mieścinach. Możemy wtedy dokonać niezbędnych roszad w drużynie. Warto eksperymentować i rozwijać w miarę równomiernie każdą z dostępnych postaci. Poza wspomnianymi wcześniej miksturkami i kilkoma przedmiotami nie mamy co prawda wpływu na ich statystyki (punkty przydzielane są automatycznie), ale bohater znajdujący się w aktywnej trójce szybciej awansuje na wyższy poziom doświadczenia. Bardzo ważny jest za to uzupełniający się podczas walki pasek "limit", który pozwala danemu herosowi odpalić coś w stylu unikatowego combo. Wraz z naszymi postępami w grze takich bajerów przybywa i ważne, żeby co jakiś czas zerknąć czy przypadkiem któraś z prowadzonych przez nas postaci nie nabyła jakichś nowych zdolności.
Zróżnicowanie naszych, potencjalnych sojuszników najlepiej obrazuje jedna ze scen, kiedy ówczesny prezes korporacji Shinra Inc. - Rufus zadaje pytanie "Kim jesteście?". "Jestem Cloud, z elitarnego oddziału SOLDIER" odpowiada bez wahania nasz główny bohater. Barret i Tifa oświadczają, że są z AVALANCHE; Aeris mówi, że jest sprzedawczynią kwiatów ze slamsów, natomiast Red XIII przedstawia się jako "eksperyment badawczy". Komentarz Rufusa był krótki, ale treściwy - "What a crew." Sam nie potrafiłbym tego lepiej ująć. Final Fantasy VII posiada kilka barwnych postaci, które możemy przyłączyć do drużyny i które znacząco różnią się od siebie. Nie tylko samym rodzajem uzbrojenia czy unikalnymi zdolnościami, ale także swoją unikatową historią i mowytem który pchnął je do walki z korporacją Shinra. Sam Cloud początkowo wydaje się bardzo arogancki. Dołącza on do ekipy AVALANCHE tylko w jemu wiadomym celu i ani myśli dzielić się z innymi tym co nim kieruje. W miarę jak odkrywa swoją przeszłość, otwiera się w końcu na pozostałych członków drużyny. Jest też wątek miłosny, przedstawiony w sposób wyjątkowy - zupełnie inaczej niż we współczesnych produkcjach. Tutaj to uczucie jest typowo młodzieńcze... trochę głupiutkie i jednocześnie niewinne, niczym nieskalane. A wydawać by się mogło, że w pogoni za zbawieniem świata nie ma czasu na czułości i wyznania. Nasi bohaterowie nie nazywają dosłownie tego co do siebie czują, da się jednak to dokładnie dostrzec na ekranie telewizora. Randka z Aeris oraz kilka innych momentów zapada naprawdę głęboko w serce i jestem przez to pełen podziwu dla twórców.
Mimo, że przez całą grę atmosfera jest raczej ciężka (w końcu ratujemy ukochaną planetę), napotkane postacie i kuriozalne sytuacje nieraz wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Wyobraźcie sobie; jesteśmy w biurowcu Shinry i szukamy karty do wejścia na kolejny poziom, a z pomocą przychodzi nam nikt inny jak zwykły, szeregowy pracownik. Tłumaczy, że nienawidzi swojej nudnej pracy i z chęcią odda nam klucz bylebyśmy tylko skopali dupska jego szefostwu. Innym razem Cloud przebrany w mundur żołnierza Shinry bierze udział w paradzie wojskowej. Musimy wykonywać odpowiednie ruchy, obracać się i salutować w odpowiednim czasie, żeby nie spadła oglądalność występu transmitowanego na żywo w telewizji! Mało tego, po skończonym show przełożony prosi Clouda, aby pokazał żołnierzom Shinry kilka nowych ruchów i nasz bohater uczy ich swojej słynnej sztuczki z mieczem!!! A Cloud w sunkience?! Ech, takich akcji jest wiele - w końcu czego się nie robi dla ratowania świata.
Świat Final Fantasy VII pełen jest różnych atrakcji i aktywności, które skutecznie potrafią odwrócić uwagę od właściwej fabuły. W wolnej chwili warto sprawdzić co mają do zaoferowania lokalni sklepikarze. To właśnie u nich za zdobyte pieniądze (Gil'e) można (a nawet należy) uzupełnić miksturki czy zakupić lepszy sprzęt. Poza tym możemy na przykład zająć się hodowlą chocobos. Te opierzone stworzenia oprócz czysto transportowej roli mają jeszcze jedną ciekawą funkcję, mogą startować w wyścigach. Jeśli tylko mamy ochotę, nie zaszkodzi wyskoczyć na chwilę do parku rozrywki Gold Saucer i skosztować tamtejszych rozrywek w formie mini-gier. Warto wspomnieć, że część fabularna również pełna jest czysto zręcznościowych urozmaiceń. Szaleńczy zjazd na snowboardowej desce, pościg na motocyklach, ucieczka z reaktora i wyłączanie hamulców pociągu na czas - ostra jazda bez trzymanki. Mało? A co powiecie na obronę wieży przed wrogimi wojskami? Pole bitwy zmienia się wtedy w iście strategiczną planszę, gdzie rozmieszczamy nasze jednostki po to, aby skutecznie odeprzeć atak przeciwnika. Takie rzeczy niejednokrotnie powodowały, że szczęka opadała mi do samej podłogi. Tyle niesamowitych elementów w jednej grze!
Muszę przyznać, że trochę inaczej wyobrażałem sobie muzykę. Spodziewałem się żywych instrumentów, wielu podniosłych motywów czy wszechobecnych chórków, natomiast lwią część oprawy muzycznej stanowi elektronika stworzona z udziałem syntezatorów i automatów perkusyjnych. Początkowo dość ciężko było mi się przyzwyczaić, ale po odstawieniu gry na kilka godzin te wszystkie "plumkania" wracały i zaczynałem za nimi tęsknić. Podczas walki bity przyspieszają, aby dotrzymać tempa temu co dzieje się na ekranie. Z kolei gdy pojawia się tajemniczy Sephiroth muzyka zwalnia, aby wprowadzić niepokój. Szkoda jedynie, że podczas walk ze zwykłymi przeciwnikami przygrywa ciągle ten sam motyw. Po stoczeniu kilkuset bitew od czasu do czasu ściągałem słuchawki z głowy, bo prawda jest taka że jakkolwiek nie byłaby świetna muzyka, mimo wszystko po jakimś czasie się po prostu nudzi. Dobrze, że przy walkach z bossami zaserwowano nam coś innego. W ostatecznym rozrachunku, nawet teraz po ukończeniu gry jestem w stanie przywołać sobie wszystkie nutki występujące w Final Fantasy VII i jest to największy komplement jakim mogę obdarzyć kompozytorów ścieżki dźwiękowej. Muzyka jest naprawdę bardzo oryginalna.
Dźwięki robią piorunujące wrażenie, bez względu na to czy jest to świst stali przecinający powietrze, eksplozja lodowych sopli czy niszczycielski meteor spadający na ziemię. Efekt końcowy połączony z animacjami na ekranie potrafi momentami wgnieść w fotel. Grzechem byłoby nie wspomnieć także o przerywnikach filmowych, które są absolutnie pierwszoligowe i z przyjemnością się je ogląda. W życiu nie powiedziałbym, że zostały stworzone 20 lat temu! Jeszcze raz podkreślę mistrzowskie lawirowanie między akcją, cut-scenkami stworzonymi na silniku gry, a właściwymi filmami. Wszystko zostało zmontowane w perfekcyjny sposób. Czy wspominałem, że w Final Fantasy VII postacie nie mówią? Nie ma nawet lektora i wszystkie dialogi są w formie czytanej. Nasi rozmówcy poruszają głowami i gestykulują co podkreśla wyrażane przez nich emocje. Jak dla mnie takie rozwiązanie w zupełności wystarczyło i o dziwo w ogóle nie brakowało mi dialogów mówionych.
Tym sposobem właściwie dotarliśmy do podsumowania, bo o tym tytule można jeszcze pisać naprawdę długo. Moje marzenie się spełniło i przy Final Fantasy VII bawiłem się znakomicie. Ciężko mi przywołać grę, która wywołała we mnie tyle różnych emocji i wielokrotnie chwyciła za serce. Czy FFVII ma jakieś wady? Fakt jest kilka wkurzających rzeczy, które można by poprawić, ale ostatecznie są to nic nie znaczące drobnostki. Nie będę oceniał też grafiki, która zestarzała się trochę gorzej w porównaniu do niektórych tytułów w 2D. Nie da sie ukryć, twarze naszych bohaterów nie są zbyt wyraźne i dobrze widoczne, ale co z tego że czasem wyłazi pikseloza? Wieloma rzeczami można mimo upływu czasu nadal się zachwycić. Przejście gry zajęło mi niecałe 50 godzin i nadal wszystkiego nie odkryłem. To właśnie arcyciekawa fabuła powodowała, że nieraz mimo zmęczenia chciałem kontynuować rozgrywkę, żeby zobaczyć co się dalej stanie. Przepiękne wstawki filmowe, świetne animacje, unikatowa muzyka, niebanalni bohaterowie, kiełkująca w trudnych warunkach miłość... Tak idealnie zgranych elementów może pozazdrościć twórcom nawet dzisiejsza konkurencja. Jeśli lubicie idealny balans pomiędzy fabułą i akcją, nie boicie się zagadek, a turowy system walki sprawia Wam przyjemność - polecam te 3 CD wypełnione cudowną zawartością! Ooo tak, Final Fantasy VII to w wielu przypadkach wciąż niedoścignione dzieło.
Kolejne podsumowanie ubiegłorocznych gier, które udało mi się skończyć! Trochę późno, a ja już rozpocząłem kolejne tytuły na rok 2017. N...
Kolejne podsumowanie ubiegłorocznych gier, które udało mi się skończyć! Trochę późno, a ja już rozpocząłem kolejne tytuły na rok 2017. Niestety, top 10 zmalało do top 8, jednak mam na to dobre wytłumaczenie. Nie przedłużając, zaczynamy.
Miejsce: 8
Vanquish
Platforma: PS3
Grę polecił mi kolega, podkreślając, że to niedoceniony 3rd-person shooter od Platinum Games. Vanquish'a można dostać w niskiej cenie; swojego znalazłem w osiedlowym sklepiku z grami gdzie wymieniłem go za Sonica (biada obecnemu posiadaczowi). Akcja gry dzieje się w dalekiej przyszłości gdzie rozgrywa się walka o ostatnie surowce pomiędzy Rosją i Stanami Zjednoczonymi. Wcielamy się w postać Sam'a Gideon'a, wyszkolonego żołnierza, który zakłada specjalny kombinezon robiący z niego maszynkę do zabijania. Fabula prosta jak but. Vanquish jest naprawdę przyjemną odskocznią od gier, którym trzeba poświecić dużo czasu i uwagi. Miłośnicy gier akcji, jeżeli chcecie coś szybkiego, dynamicznego i w niskiej cenie to Vanquish jest dla was.
Miejsce: 7
Dragon's Crown
Platforma: PS3
W Wikipedii gra została skategoryzowana jako action role-playing, jednak nie dajcie się zmylić. Dragon's Crown to konkretny beat'em up z lekką możliwością rozwoju postaci - głownie przedmioty i drzewko umiejętności. Co jest najlepszego w tym tytule? Możliwość gry w kooperacji do 4 osób? Jest - couch coop rządzi! Wybór postaci, które znacząca się różnią od siebie - tak. Śliczna grafika, która zachwyci i nie zestarzeje się przez kolejne lata (Vanillaware jest znane z nietypowej oprawy graficznej) - jest. Niesamowita przygoda z przyjemną fabułą - tak. Gotowanie razem z przyjaciółmi miedzy kolejnymi podróżami, (ulubiona sekwencja mojej narzeczonej) smacznego! Podsumowując, Dragon's Crown to świetna przygoda umiejscowiona w świecie fantasy, gdzie napotkamy na swojej drodze od małych goblinów po ogromne cyklopy i nie tylko - a to wszystko ramię w ramię z naszymi przyjaciółmi!
Miejsce: 6
Darksiders
Platforma: PS3
O Darksiders możecie przeczytać więcej w Niedoceniane / Ograne. Jak sama nazwa wskazuje, ograłem i doceniłem. W kolejce czeka na mnie kolejna część!
Miejsce: 5
Dark Souls II: Schoolar of the First Sin
Platforma: PS3
Robię się leniwy, tak kolejna gra, o której mogliście przeczytać wcześniej tutaj. Seria Dark Souls ma specjalne miejsce w moim sercu gracza. Te gry zawsze ciągną mnie do siebie - uwielbiam dark fantasy, smoki i duże miecze (what?!)
Miejsce: 4
Uncharted 4: A Thief's End
Platforma: PS4
Niestety, nie posiadam PS4, ale mam wspaniałego kolegę (Daniela), który przed wyjazdem na wakacje użyczył mi swoją. Uncharted 4 pożyczyłem od innego kolegi i możemy lecieć! Moja reakcja po uruchomieniu gry - zmiażdżony, szczęka na podłodze, a telewizor prawie stanął w płomieniach podczas ogarniania co się dzieje na ekranie. Uncharted 4 to niesamowita przygoda ze świetnie wykreowanymi postaciami (główny antagonista najlepszy!) i dobrze napisanym scenariuszem. Czwarta część pięknie zamyka tą serię i godnie żegna nas z przygodami Nathana Drake'a i Sully'ego, czy może nie?
Miejsce: 3
Metal Gear Solid
Platforma: PS3 (PSX)
Metale uwielbiam jak i muzykę robioną przez takich ludzi. Gra ciągnęła się za mną już ładnych parę lat, jednak nigdy nie było okazji zagrać. Kiedy więc w rękach ląduje oryginalne wydanie z pierwszego PSX'a nie mogłem przejść obok gry obojętnie. Płytka załadowana do PS3 (wsteczność kompatybilna z PSX to jest to) i zaczynamy. O samych przygodach Snake'a nie będę się rozpisywać, bo o tym to książki można pisać. Naszą misją jest infiltracja bazy przeciwnika i powstrzymanie przed dojściem do nuklearnego ataku (super skrócona wersja). Akcja wyrwana jak z jakiegoś Bonda. Tyle, że wcielamy się w fajniejszego bohatera, a przygoda jest o wiele dłuższa i pełna zaskakujących zwrotów akcji. Pomimo, że gra jest stara (o matko 19 lat) to grywalność, fabuła czy scenariusz stoją na najwyższym poziomie. (dziękujemy Ci Hideo). Dla fanów Metal Gear pozycja obowiązkowa, a reszta? No cóż, jeżeli lubicie skomplikowaną fabułę rozłożoną na przestrzeni kilkudziesięciu lat i wspomaganie się dodatkową wiedzą przez internet, warto spróbować.
Miejsce: 2
Deus Ex: Human Revolution
Platforma: PS3
Zaszczytne drugie miejsce zgarnia Adam Jensen, główny bohater Deus Ex: Human Revolution. Cyber punk, cholernie dobry scenariusz i uniwersum. Więcej moich wypocin na temat Deus Ex'a znajdziecie tutaj.
Miejsce: 1
Monster Hunter Freedom Unite
Platforma: PSP
I dotarliśmy do pierwszego miejsca. Zarówno Monster'a jak i PSP dostałem w swoje ręce dość późno, lecz to nie powstrzymało mnie przed spędzeniem lekko ponad 200 godzin w grze. Najzabawniejsze jest chyba to, że wciąż jej nie ukończyłem! Nie jestem pewien czy grę w ogólę da się przejść bo zadania można powtarzać bez końca. Co do samego Monster Huntera, tytuł w singlu jest naprawdę świetny. Przypomina mi trochę Soulsy przez walkę z olbrzymimi potworami. Myślę, że gra rozwija w pełni swoje skrzydła, kiedy mamy z kim grać w coopie (bo do tego została stworzona). Możliwość tworzenia własnych zbroi i broni z nowo ubitych potworów - kombinacji jest mnóstwo. Przygotowanie się do podroży, pakowanie ekwipunku, wybór odpowiedniego orężu to esencja Monster Huntera, a wisienką na torcie jest udane polowanie. Złapać skubańca czy zatłuc i wypatroszyć? Na to pytanie każdy łowca musi odpowiedzieć sobie sam.
I to by było na tyle. W tym roku listę zdominowały konsole Sony, a dokładniej PS3. Zwycięzcą okazało się PSP, które pokazało, że mimo małej mocy i gorszej grafiki może dać bardzo dużo zabawy. Moja topka zmalała, głównie przez gry, które wymagają poświęcenia dużej ilości czasu na ich ukończenie. Dark Souls II, Monster Hunter czy Dragon's Crown to tylko kilka gier, które pochłaniały mój czas (nie żałuję) i do których na pewno wrócę! Obiecałem sobie, że w tym roku skończę więcej gier na innych konsolach. Ale jak to wyjdzie... sam nie wiem. Wszystkich serdecznie zachęcam do podzielenia się ukończonymi tytułami w komentarzach.
Poniżej pozostałe gry, które skończyłem w 2016 roku:
Obserwuj nas
Działamy nie tylko na blogu.