Ratowanie growego świata przed złem bywa męczące . Zdarzają się jednak tytuły gdzie możemy stanąć po drugiej stronie barykady. I choć zdarz...

Ratowanie growego świata przed złem bywa męczące. Zdarzają się jednak tytuły gdzie możemy stanąć po drugiej stronie barykady. I choć zdarzało mi się to wiele razy to właśnie w Plague Inc. nasza rola jest bardzo jednoznaczna. Wyprzedzając pytanie - tak, miałem pewne moralne dylematy, ale ostatecznie to tylko gra. O czym jest więc strategia Ndemic Creations? Niczym ogarnięty szaleństwem naukowiec tworzymy śmiercionośną broń biologiczną i niszczymy ludzkość na ziemi. 

Plague Inc.


Rozgrywka

Zaczynamy od wyboru rodzaju plagi i poziomu trudności. Następnie przenosimy się na mapę świata i decydujemy, które państwo zainfekujemy w pierwszej kolejności. Warto przemyśleć swój wybór, bo każdy rozwinięty kraj ma służbę zdrowia na odpowiednio wysokim poziomie. Co za tym idzie? Błędna decyzja może spowodować, że już na starcie utrudnimy sobie zadanie. Kiedy już zarazimy dane państwo w miarę upływu czasu otrzymujemy punkty DNA, które wykorzystujemy do ulepszania naszej biologicznej broni.


Drzewka ulepszeń dzielą się na trzy kategorie: transmisję, symptomy oraz zdolności. Pierwsza z cech warunkuje poszczególne drogi rozprzestrzeniania się naszej plagi i co za tym idzie - skuteczność zarażania kolejnych mieszkańców globu. Przykładowo ulepszenie insektów sprawi, że choroba znacznie szybciej opanuje kraje, w których panują wysokie temperatury. Rozwinięcie przenoszenia w drobinkach kurzu czy pyłu sprawi, że plaga ma większą szansę zawitać do państw znacznie oddalonych od naszego pierwszego celu. Symptomy to efekty oddziaływania naszego wirusa na ludzi. Począwszy od zupełnie błahych objawów takich jak krwawiące dziąsła czy bezsenność aż po prawdziwie zabójcze kombinacje. Od zdolności natomiast zależy jak nasza plaga radzi sobie w poszczególnych klimatach, a także jak skutecznie spowalnia opracowanie szczepionki przez naukowców.


Ludzkość w Plague Inc. wcale nie jest łatwym celem. Im wyższy poziom trudności tym ludzie częściej myją ręce, lekarze więcej pracują, a kolejni zarażeni są izolowani od reszty społeczeństwa. Ta gra to pełna adrenaliny wojna nerwów, bo musimy uważnie śledzić kolejne wydarzenia i szybko na nie reagować. Któreś z państw zamyka lotniska? Trzeba poszukać innej drogi. Igrzyska Olimpijskie w Londynie? Może warto uderzyć tam w następnej kolejności. Rozważne dawkowanie punktów DNA jest szczególnie istotne; ich ilość na początku rośnie bardzo powoli, kolejna faza to gwałtowny wzrost, by w kulminacyjnym momencie znowu wyhamować praktycznie do zera. Nawet na normalnym poziomie trudności kilkanaście sekund błędnych decyzji może szybko zdecydować o porażce. Przykładowo kiedy nasza plaga zacznie zabijać zbyt szybko może okazać się, że nie wszyscy ludzie zostaną zarażeni i tym samym świat przetrwa.

Nie taka plaga straszna...


Jeśli chodzi o oprawę wizualną Plague Inc. na telefonach komórkowych to jest ona dość uproszczona. Grę testowałem na iPhonie 5s, a zrzuty ekranu pochodzą bezpośrednio ze smartfona. Mamy więc mapkę świata po której poruszają się samoloty i statki. Co jakiś czas klikamy na niej, aby odebrać punkty DNA za kolejny zainfekowany kraj, a innym razem aby wstrzymać opracowywanie szczepionki przez naukowców. Bardzo pomocne są wskazówki dotyczące mocnych stron danego państwa, a także statystyki dotyczące ilości zainfekowanych i martwych mieszkańców. Oczywiście w międzyczasie warto zerkać na pasek informacji ze świata, aby odpowiednio szybko reagować na poszczególne ruchy ludzkości. Zarażony kraj jest oznaczony czerwonym kolorem, którego intensywność symbolizuje stopień infekcji. 


Muzyka to zaledwie jeden odrobinę psychodeliczny motyw, któremu towarzyszy festiwal kaszlnięć, kichnięć i tym podobnych odgłosów. Mi osobiście nie przeszkadzał, ale na pewno zwraca uwagę pozostałych domowników. Dźwięków w grze jest zaledwie kilka i usłyszymy je głównie rozbijając kolejną próbkę ze szczepionką czy odbierając kolejne punkty DNA. 


Czego zabrakło dla mnie w Plague Inc.? Przede wszystkim innej mapy, bo niezależnie od trybu rozgrywki i wybranej plagi świat zawsze wygląda tak samo. Przydałoby się także jakieś efektowne zakończenie po wygranej batalii. Może chociaż krótka animacja zwiastująca nadchodzącą zagładę? Póki co mamy zaledwie ekran podsumowujący nasze poczynania. Od czasu do czasu zdarzy nam się także odblokować jakieś osiągnięcie.
 
 Podsumowanie

 

Jeśli lubicie nietypowe gry strategiczne i nie odstrasza Was jej tematyka to koniecznie wypróbujcie Plague Inc. Mimo stosunkowo prostej oprawy tytuł potrafi wciągnąć na długie godziny. Dzieło Ndemic Creations jest dostępne za darmo w wersji na Androida lub za 0,99 EUR na urządzenia z iOS. Warto zaznaczyć, że kiedy już odkryjemy wszystkie rodzaje plagi i możliwości modyfikacji zawsze możemy pochwalić się naszymi wynikami przyjaciołom, albo odblokować za dodatkową opłatą kolejne scenariusze.

Sierpień to dla większości z nas miesiąc urlopów i dalekich wypraw. Siłą rzeczy nie możemy zabrać na urlop naszego komputera. Towarzyszka po...

Sierpień to dla większości z nas miesiąc urlopów i dalekich wypraw. Siłą rzeczy nie możemy zabrać na urlop naszego komputera. Towarzyszka podróży z pewnością nie byłaby zachwycona widokiem znajomej "metalowej puszki" wypełniającej przestrzeń całej walizki. W trakcie przemieszczania się autobusem, pociągiem czy samolotem brakuje nam gier video i na szczęście z pomocą przychodzą nam urządzenia mobilne. 


W tym miesiącu rzucę okiem na kilka tytułów, w które możemy zagrać będąc w trasie. Jednym z nich będzie Godfire: Rise of Prometheus, dziwnym zbiegiem okoliczności związanym z mitologią kraju do którego się wkrótce wybieram. Gra pozwala wcielić się w postać Prometeusza, który po wyrwaniu Boskiej Iskry musi przebrnąć przez hordy piekielnych stworzeń w świecie, gdzie historia Bogów Starożytnej Grecji miesza się ze współczesnością. A wszystko to okraszone silnikiem Unreal Engine i przeniesione na ekrany telefonów i tabletów. Zrzuty umieszczone we wpisie są żywcem wyjęte z iPhone'a 5s i prezentują się naprawdę okazale.


Grę otrzymałem w prezencie od czytelnika pisma Secret Service o którego reaktywacji wspominałem kilka postów temu. A oto krótka historia.  

Aby wygrać kod na Godfire: Rise of Prometheus trzeba było wziąć udział w konkursie na stronce. Redakcja co prawda nie wybrała mojej pracy, ale jeden ze zwycięzców - Karol Gibuła wspaniałomyślnie podarował mi swój klucz. Prezent od gracza dla gracza. Liczy się nie tyle wartość samej nagrody, co gest. Kolejny przykład na to, że na Secret Service wychowało się wielu niesamowitych, bezinteresownych ludzi. Jeszcze raz wielkie dzięki Karol!


Warto zaznaczyć, że twórcy Godfire: Rise of Prometheus świętują obecnie wydanie dodatku i w związku z tym przez krótki okres czasu możecie nabyć grę z 40% zniżką, czyli za jedyne 2,69 EUR. Tytuł na razie jest dostępny jedynie dla posiadaczy urządzeń z iOS 7.0. A jaką cenę przyjdzie zapłacić samemu Prometeuszowi za kradzież Boskiej Iskry? Przekonam się już wkrótce na ekranie mojego telefonu.

To prawda, zazdrościłem szczęśliwcom, którzy mieli tego dnia wolne i od razu mogli się cieszyć pierwszym, dużym dodatkiem do Hearthstone . J...

To prawda, zazdrościłem szczęśliwcom, którzy mieli tego dnia wolne i od razu mogli się cieszyć pierwszym, dużym dodatkiem do Hearthstone. Jak się później okazało, wcale nie było tak wesoło. Kolejki, zrywane połączenia czy w ogóle brak możliwości zagrania - cóż, nawet sam Kel'Thuzad nie przewidział takiego natłoku nieproszonych gości. 

Ja natomiast do Naxxramas wkroczyłem późnym wieczorem i dzięki uprzejmości mojej ukochanej, piękniejszej połówki z iPadem Mini (wyświetlacz Retina) w dłoni. 

Rewir Arachnidów


Zasadniczą zmianą jest oczywiście tryb przygodowy i trzech bossów do ubicia w pierwszym, udostępnionym za darmo skrzydle cytadeli. Pierwszy z nich to nieumarły nerubianin - Anub'Rekhan, który z chęcią zaleje pole bitwy armią rozmaitych pajęczaków. Druga to Wielka Wdowa Ferlina - mistrzyni trucizn i przełożona akolitów Naxxramas. Trzecim i ostatnim bossem Rewiru Arachnidów, który wystawi zmysły naszych dzielnych wojaków na próbę jest wielka pajęczyca Maexxna


Sługom Kel'Thuzada możemy stawić czoła w trybie zwykłym lub heroicznym. O ile w tym pierwszym w zasadzie większość graczy nie powinna mieć problemów, o tyle drugi tryb stanowi naprawdę niezły orzech do zgryzienia. Przeciwnicy mają w nim 45 punktów życia i dodatkowo przypakowane podstawowe umiejętności.

Ciekawe są bez wątpienia wyzwania, gdzie gramy przeciwko konkretnym bossom wybraną klasą i ustaloną przez grę talią. W ramach dostępnego skrzydła możemy sprawdzić swoje umiejętności druidem i złodziejem.

Intruzi u bram! 

Najlepsze wrażenie z całego dodatku poza wspomnianymi wyżej nowościami zrobiło na mnie udźwiękowienie. Kwestie wypowiadane przez nowych bossów oraz karty są idealnie dobrane, zabawne i co najważniejsze po polsku. Anonse Kel'Thuzada dotyczące jego sług potwierdzają, że nawet ponurym monstrom z Naxxramas dopisuje na co dzień humor.

Znakomita i klimatyczna jest także nowa miejscówka, na której odbywają się pojedynki. Interaktywne elementy takie jak stos jaj czy spętany łańcuchami kryształ aż się proszą aby na nich poklikać lub w przypadku iPada - także podotykać :P


Za wyczyszczenie Rewiru Arachnidów na poziomie normalnym i podołanie wyzwaniom klasowym otrzymamy łącznie 6 nowych kart (w tym jedną legendarną), które możemy dorzucić do własnej talii. Na pewno wprowadzi to sporo urozmaicenia zarówno do klasycznych pojedynków jak i zmagań na arenie. 

Coś chyba poszło nie tak


Mam wrażenie, że nagrody i poziom trudności nienajlepiej ze sobą współgrają. Najcenniejsze łupy zgarniamy za relatywnie proste zadania, natomiast za pokonanie wszystkich bossów (włącznie z tymi jeszcze nie udostępnionymi) na poziomie heroicznym dostajemy jedynie nowy rewers kart. Powoduje to, że chęć powrotu do Naxxramas w przyszłości będzie raczej niewielka. Może przydałaby się motywacja w postaci kilkunastu sztuk złota lub pyłu potrzebnego do stworzenia nowych kart?

Minęło już kilka dni od premiery Trybu Przygodowego, nadal jednak świat Hearthstone trapią rozmaite bugi. Gra na iPadzie często potrafi się wysypać w różnych sytuacjach, a zwłaszcza po rzuceniu karty Łowcy - Zwierzęcego towarzysza. Nadal zbyt często zdarzają się rozłączenia z serwerem gry. A po ponownym dołączeniu nazwy naszych przeciwników nie wyświetlają się prawidłowo. 

Pokonam Cię jednym palcem


Nawet powyższe problemy nie zmieniają jednak faktu, że w Hearthstone na iPadzie gra się co najmniej tak samo przyjemnie jak na komputerze. Konwersja jest dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, a rzucanie kart z użyciem dotykowego wyświetlacza jest uzależniające. A jeśli dodamy do tego perfekcyjną polską wersję językową to mamy obowiązkowego towarzysza podróży. Mam nadzieję, że już wkrótce spełnią się obietnice Blizzarda i moc przyciągania tej niesamowitej karcianki poznają także użytkownicy iPhonów oraz urządzeń z systemem Android.  

Naxxramas otwórz się


Czy warto zatem wysupłać z portfela 700 złota lub 5,99 EUR na wstęp do kolejnych skrzydeł mrocznej nekropolii? Myślę, że zdecydowanie tak. Czekają na nas nowi, wymagający przeciwnicy, ciekawe wyzwania, świeżutkie karty i inne nagrody! A dla Blizzarda pozostaje poprawienie błędów technicznych i wymyślenie jakiejś zachęty, by gracze chcieli zaglądać do Naxxramas jak najczęściej.

23 lipca 2014 Blizzard wzbogaci swoją znakomitą karciankę o tryb przygodowy. Chciałoby się powiedzieć nareszcie, bo pojedynki zarówno zwykł...

23 lipca 2014 Blizzard wzbogaci swoją znakomitą karciankę o tryb przygodowy. Chciałoby się powiedzieć nareszcie, bo pojedynki zarówno zwykłe jak i rankingowe zdążyły mnie już znudzić. Ile razy można także grać kolejne Areny?


Dostaniemy pięć smakowicie odrażających skrzydeł cytadeli Naxxramas, które zostaną otwarte w ciągu kolejnych tygodni. Stawimy w nich czoła hordom nieumarłych i przede wszystkim wymagającym bossom. Nagrodą będą skarby w postaci nowych kart, które dodamy do swojej kolekcji. Już jutro odwiedzimy absolutnie za darmo Rewir Arachnidów natomiast za każde kolejne skrzydło trzeba będzie zapłacić 700 złota, lub 5,99 EUR. Kasa odłożona? U mnie jak najbardziej!


O samym Hearthstone pisałem już przy okazji bety, pod koniec stycznia. W pełnej wersji co prawda niewiele się zmieniło, ale Klątwa Naxxramas jest bardzo istotnym powodem, aby wrócić do tematu. Spodziewajcie się obszernej relacji prosto z cuchnących, pełnych szlamu korytarzy mrocznej cytadeli już w najbliższy weekend.

Prawie pięć lat zajęło mi zainteresowanie się tytułem Riot Games mimo że jest w dużym stopniu darmowy. Powstrzymywały mnie po części krążąc...

Prawie pięć lat zajęło mi zainteresowanie się tytułem Riot Games mimo że jest w dużym stopniu darmowy. Powstrzymywały mnie po części krążące tu i ówdzie opinie, że gra w nią głównie masa rozwydrzonych i nietolerancyjnych dzieciaków. Aż w końcu na wspólną sesję namówił mnie dobry kumpel. Tak więc Panie i Panowie dzisiaj na tapecie...

League of Legends 


Zaczynamy od założenia konta i wyboru serwera gry. Ściśle związane są z tym wersje językowe. Mamy możliwość wyboru polskiego języka tylko jeśli gramy na serwerach północno-wschodniej Europy. Następnie musimy przebrnąć przez krótki samouczek po to, aby poznać podstawy. Kolejny krok to kilka starć z komputerowymi przeciwnikami. Przeciwko prawdziwym graczom możemy zagrać dopiero po wbiciu kilku poziomów doświadczenia. Nie wiem czy znajdzie się ktoś, kto perfekcyjnie umie grać choćby połową z dostępnych bohaterów. Mamy tu dosłownie zatrzęsienie charyzmatycznych postaci podzielonych na 6 klas. Możliwości wyboru potęgują dodatkowo hybrydy. Bez względu na to czy lubicie siać zniszczenie, wspomagać członków drużyny, czy też wchłaniać jak największą ilość obrażeń - na pewno znajdziecie coś dla siebie. 

Welcome to Summoner's Rift
 
 

Mój wybór padł na Veigara, niepozornego z wyglądu ale jednocześnie bardzo niebezpiecznego maga. Wraz z awansem na kolejny poziom doświadczenia odblokowywałem kolejne umiejętności. Nękałem przeciwników złowrogim uderzeniem, zamykałem ich w krawędziach przestrzeni, zadawałem masowe obrażenia ciemną materią po to, aby na koniec potraktować ich przedwiecznym wybuchem. Czy wspomniałem już, że moja regeneracja many zwiększała się proporcjonalnie to tego jak jej ubywało? Mamy więc cztery umiejętności aktywne i jedną pasywną, a jeśli przemnożymy je przez ilość dostępnych czempionów wychodzi ogromna liczba kombinacji. Trzeba wiedzieć w które zdolności inwestować na początku, ponieważ znacznie ułatwia to rozgrywkę, a w ostatecznym rozrachunku przechyla szalę zwycięstwa na naszą stronę.


W League of Legends mamy spory wybór trybów gry, ja jednak póki co skupiłem się na klasycznym 5v5. W skrócie trzeba przedrzeć się przez hordy mięska armatniego kontrolowanego przez komputer, zniszczyć wieżyczki przeciwnika, pokonać wrogich herosów i zniszczyć magiczną budowlę - Nexus umiejscowiony w bazie wroga. Po drodze oczywiście starać się samemu nie ginąć zbyt często. Proste, prawda? 


O ile zgłębienie podstaw idzie z górki to już ogarnięcie przedmiotów w sklepie, rozwijanie drzewka wzmacniającego umiejętności czy odkrywanie dostępnych run i znaków nastręcza pewnych trudności. Do tego dochodzi jeszcze system zależności między postaciami. W końcu niektórzy czempioni znakomicie się uzupełniają, a inni mniej. Część bohaterów jest diabelsko skutecznych przeciwko pozostałym. Niektóre postacie powinny szczególnie nękać wrogich bohaterów, a niektóre skupiać się na mięsku. Dylematy czy udać się do miasta podleczyć i zrobić zakupy czy też pozostać na polu bitwy są tutaj na porządku dziennym. Byle zbyt długo się nie zastanawiać.


Poszukajcie towarzyszy broni


Po pierwsze dlatego, że bardziej doświadczony kolega zawsze coś podpowie. Po drugie zawsze można stworzyć drużynę i dobrać taką kombinację bohaterów jaka nam właśnie pasuje. Po trzecie zawsze przyjemniej się gra z kimś kogo się zna. Koniecznością są także słuchawki z mikrofonem, bo zanim zaczniemy rozumieć się bez słów minie trochę czasu. A tak serio to o wiele łatwiej jest zgrać umiejętności czy decydować o ataku na wspólny cel. Owszem, od tego są znaczniki czy wbudowany czat, ale nic nie zastąpi ludzkiej mowy. Zawsze można przecież bardziej dosadnie zwalić na kogoś winę za przegrany mecz ;)

"I will report you noob"


Usłyszycie to zdanie wiele razy i grunt to się nie przejmować. Tak tak, gracze League of Legends mają o sobie wysokie mniemanie. Niezależnie od poziomu na którym grają. Wystarczy, że coś nie idzie po ich myśli i zaraz zaczyna się festiwal epitetów. A to, że nie pomagamy, a to że poszliśmy nie na tą stronę co trzeba, a to że atakujemy niewłaściwe cele... Pół biedy jeśli faktycznie ma to uzasadnienie. Najczęściej tacy delikwenci potrafią dyskutować 3/4 gry na czacie wysnuwając coraz to lepsze argumenty. Nie jestem w stanie sobie zrozumieć jak można jednocześnie skupić się na rozgrywce. Zauważyłem też, że gracze w League of Legends chętnie korzystają z opcji poddania się; wystarczy że kilka razy zginą i zaczyna się marudzenie. A czasem wystarczy zawrzeć szeregi, przestać jęczeć i wspólnymi siłami zmiażdżyć nawet nieco bardziej doświadczonych przeciwników.

IP i RP


Co można mieć za friko, a za co zapłacimy Riot Games prawdziwymi pieniędzmi? Bardzo mnie cieszy, że lwia część League of Legends jest darmowa. Najważniejsze rzeczy można kupić za IP (Influence Points) czyli punkty zasług, uzyskane za nasze postępy w grze. Wchodzi w to stały dostęp do czempionów, runy czy znaki. Co tydzień mamy rotację bohaterów, która pozwala za darmo wypróbować kolejne postacie. Natomiast za RP (Riot Points) można zakupić dodatkowe skórki dla naszych postaci i totemów, zwiększenie zdobywanych IP czy transfer konta na inny serwer. To uczciwe rozwiązanie i nie dziwię się że dzięki temu gra zyskała tak wielką popularność. 

Grafika i dźwięk
  

Jeśli chodzi o grafikę to gra łudząco przypomina mi kultowego Warcrafta III. Bajecznie kolorowe postacie, mnogość animacji, ale za to dość prosta sceneria; jakieś drzewka, zarośla w których można się skryć czy oszczędne w detale budowle. Nie jest to z pewnością szczyt graficznych osiągnięć, ale z pewnością Riot Games chcieli, aby gra działała na jak największej liczbie konfiguracji i tym samym dotrzeć do wielu odbiorców. W każdym razie u mnie League of Legends hula na pełnych detalach aż miło. Podsumowując, grafika może być tyle że bez fajerwerków. 

Bardzo mi się spodobała za to warstwa dźwiękowa, a w szczególności mnóstwo zabawnych kwestii wypowiadanych przez postacie, które dodatkowo można rozszerzyć po zakupieniu specjalnych skórek. Muzyka przygrywająca w tle nie przeszkadza, natomiast komentarze spikerki pomagają w lepszej orientacji co aktualnie dzieje się na polu bitwy. 

Ciemne strony LoL'a


Największą i w zasadzie jedyną znaczącą wadą gry są dla mnie czasy ładowania poszczególnych mapek. Wystarczy, że trafi się ktoś grający na "kalkulatorze" i cała drużyna musi na niego czekać. W skrajnych przypadkach zdążymy nawet wziąć szybki prysznic przed załadowaniem sesji. Niestety w trakcie gry nie da się zmienić członków drużyny, możliwe jest tylko rozłączenie i ponowne podłączenie. Wystarczy więc, że ktoś na dłużej odejdzie od klawiatury albo po prostu ma problemy z łączem i szanse jego drużyny na wygraną drastycznie maleją. Mecz trwa średnio 30-45 minut i niestety czasem przez jednego pechowca gra jest spisana na straty.

Dorzuciłbym jeszcze bardzo wymagającą (szkoda, że nie od siebie) społeczność, aczkolwiek nie jest to już wina twórców. Gra jest w większości darmowa i stąd duże zainteresowanie tytułem. Żeby nie było, daje się spotkać także naprawdę sympatyczne i pomocne osoby. 

Trzeba zagrać. Chociaż raz!


Kiedy już załapiemy podstawy League of Legends, przychodzą pierwsze zwycięstwa i gra się naprawdę bardzo przyjemnie. Nie warto tracić zbyt wiele czasu z komputerowymi przeciwnikami. Zdecydowanie trzeba grać z prawdziwymi ludźmi, bo wtedy zaczyna się właściwa zabawa. Zdarzają się mecze totalnie nieprzewidywalne. A jeżeli mamy jeszcze do pomocy dobrego kompana to gra staje się dodatkowo o wiele łatwiejsza i jeszcze bardziej miodna. Dorzucając do tego fakt, że League of Legends jest w dużym stopniu tytułem darmowym - po prostu grzech nie spróbować. 

Grałem na:
Intel Core i7 3770K 3,5GHz @ 4,2GHz
Asus GeForce GTX 670 2048MB DDR5/256bit
Corsair Vengeance 2x4GB DIMM 1600MHz DDR3

Zdaję sobie sprawę, że dwa miesiące wakacji od bloga stają się w moim przypadku niechlubną tradycją. Zawsze jednak znajdzie się impuls, jaka...

Zdaję sobie sprawę, że dwa miesiące wakacji od bloga stają się w moim przypadku niechlubną tradycją. Zawsze jednak znajdzie się impuls, jakaś niezwykła rzecz, wydarzenie, czyli jednym słowem dobry powód aby wrócić do wirtualnego pisania. W ubiegłym roku były to targi E3, a w tym roku wracam na bloga za sprawą mojego ukochanego czasopisma o grach video, Secret Service. Reaktywacja po przeszło 13 latach? Ja chyba śnię...


Nawet nie marzyłem o powrocie w takim składzie. Większość starych wyjadaczy  wspomaganych przez młode wilczki. Tak, mamy czasy kiedy prasa papierowa umiera, a oni i tak na przekór wszystkiemu postanowili zrealizować swój plan. Malkontenci twierdzili, że to przedsięwzięcie nie ma żadnej racji bytu. Było mnóstwo głosów krytycznych. A sentymentalni gracze, czy może po prostu znudzeni, poszukujący czegoś innego niż CD-Action i PSX Extreme zagłosowali swoimi portfelami na polakpotrafi.pl. Tym samym sprawili że reaktywacja Secret Service w wersji papierowej stała się faktem po zaledwie 20 godzinach i 24 minutach od rozpoczęcia zbiórki!

Koszulka Secret Service jako jedna z nagród dla wspierających inicjatywę osób

Jeśli chcecie mieć szansę skosztowania magicznego klimatu pisma z lat 90-tych, którego autorzy pisali swego czasu najciekawiej o grach to również możecie dołożyć własną cegiełkę. A że póki co ma to być tylko kwartalnik? Co z tego! Najważniejsze, że wracają. Chętnie przypomnę sobie czasy kiedy jeszcze jako małolat z bananem na twarzy biegłem do sklepu po nowy numer Secret Service.

Diablo III to relatywnie dobry tytuł. Mimo, że spędziłem przy tej grze dobre kilkaset godzin to jednak nie spełniła ona moich oczekiwań. Mo...

Diablo III to relatywnie dobry tytuł. Mimo, że spędziłem przy tej grze dobre kilkaset godzin to jednak nie spełniła ona moich oczekiwań. Może od czasu kiedy triumfy święciło Diablo II wraz z dodatkiem Lord of Destruction po prostu dorosłem? Może już nie potrafię siekać całych rzeszy stworków bez opamiętania, a samo uniwersum nie wzbudza już we mnie tak wielkich emocji jak kiedyś? 


Na początku 2013 roku z pozycją głównego projektanta pożegnał się Jay Wilson, a jego miejsce zajął Josh Mosqueira. Świeża krew bardzo się przydała, bo już w sierpniu Blizzard zapowiedział na Gamescomie pierwszy oficjalny dodatek do Diablo III o podtytule Reaper of Souls. Rozpalił on na nowo nadzieje w sercach fanów, że gra nareszcie może być właśnie taką jaką sobie wymarzyli. Przecież Diablo II przed wydaniem dodatku też dalekie było od ideału. Doskonale to pamiętam.


Kiedy 25 marca zegar wybił godzinę dwunastą nieustraszeni Nefalemowie ponownie wkroczyli do Świata Sanktuarium, aby ratować ludzkość przed niechybną zagładą. Mimo, że mój bohater wydawał się świetnie przygotowany, brutalna rzeczywistość szybko zweryfikowała jego słabe punkty. A ja zamiast obniżyć poziom trudności, z każdą kolejną śmiercią mojej postaci uśmiechałem się i na przekór wszystkiemu brnąłem do przodu. W kilka chwil przekonałem się, że jednak nie wydoroślałem, a Diablo III: Reaper of Souls totalnie mnie wessało! Ocknąłem się dobre kilka dni później, zmęczony... co ja mówię, wypompowany ale za to bardzo szczęśliwy.

Prolog
 

Na wstępie chciałbym pochwalić Blizzarda za przygotowanie serwerów do premiery Reaper of Souls. Doskonale dały sobie radę z natłokiem spragnionych rzezi i legendarnych przedmiotów graczy, którzy już od północy szturmowali Zachodnią Marchię. Nie ma nic gorszego kiedy czekamy z przyjaciółmi o godzinie zero; jest gorąca pizza i schłodzone piwko, a gra nie działa. Firma wyciągnęła wnioski ze swoich poprzednich premier, w tym także podstawki Diablo III i tym razem wszystko przebiegło bez przeszkód. Mało tego, podczas premierowej nocy nie uświadczyłem ani jednego laga.


Fabułę dodatku da się właściwie streścić w jednym zdaniu. Kamień Dusz został skradziony przez Anioła Śmierci - Maltaela który jak przystało na tego prawdziwego złego - chce doprowadzić do zagłady ludzkości. Naszym zadaniem jest temu zapobiec co nie będzie łatwym zadaniem. W miarę postępów odkryjemy, że nawet w obliczu zagłady ludzie nie potrafią się zjednoczyć a Zachodnie Królestwo trawią wewnętrzne wojny i konflikty. Zadania poboczne w Reaper of Souls tworzą mroczną atmosferę w większości przypadków pokazując bezsilność mieszkańców wobec wszechogarniającego świat zła. Jest ich naprawdę wiele, a szczególnie podobało mi się, że Blizzard rozbudował je w stosunku do oryginału. Zaledwie kilka dialogów więcej między postaciami zdecydowanie wpływa budująco na klimat gry.

Gramy!


Nie jest tajemnicą, że Reaper of Souls jest dużo trudniejsze od podstawki. W każdym razie dla nas już nie było, kiedy okazało się że nasze wykoksane postacie giną na każdym kroku dziurawione przez szkieletowych łuczników i masakrowane przez służebnice śmierci. Byłbym zapomniał, w międzyczasie egzekutorzy wyssali nasze dusze. Przesunięcie suwaka poziomu trudności z Udręki II na Udrękę I zaowocowało poprawą, choć nadal gra była wymagająca. 


Potęgę i niszczycielską moc Maltaela widać na każdym kroku. Nieraz przyjdzie nam patrzeć na tragedie mieszkańców Zachodniej Marchii, a także ratować tych których się da z opresji. Warto zwiedzać wszystkie miejscówki, nawet te nie związane z głównym wątkiem. Prawie każda z nich ma swoją historię do opowiedzenia poprzez znalezione księgi czy też dialogi z napotkanymi postaciami. Płonące wille, nawiedzone magazyny, splądrowane mieszkania czy wypełnione zwłokami tunele robią naprawdę duże wrażenie.


Potwory, które spotkamy na swojej drodze tylko czekają, aby pozbawić życia nasze ukochane postacie. Są przy tym bardziej inteligentne. Szkielety nauczyły się robić krok w tył, w celu uniknięcia ciosu natomiast nowi przeciwnicy chętnie atakują w grupach wzmacniając umiejętności swoich pobratymców. Bestiariusz Zachodniej Marchii jest bogaty i nie sposób odmówić ekipie Blizzarda pomysłowości. Walki z największymi złymi są wymagające, a pokonanie takiego Uzraela - nawet za dziesiątym razem sprawia wielką satysfakcję. Nie jest to oczywiście poziom bossów rodem z World of Warcraft, ale i tak sieją oni zniszczenie wśród Nefalemów. Trzeba kilka razy zginąć, aby nauczyć się poszczególnych walk. Można oczywiście obniżyć poziom trudności, ale czy jest to czyn godny prawdziwych bohaterów?

Najświetniejszy z najświętszych


Nie pytajcie mnie czym się różni Krzyżowiec od Paladyna. Może tym, że jest bardziej niż ktokolwiek związany ze swoją tarczą? To znaczy, może się z nią rozstać, ale stracimy w ten sposób wiele profitów zapewnianych przez umiejętności. Bez wątpienia jest to świetna postać, jak dla mnie znacznie bardziej dynamiczna niż Mnich czy Barbarzyńca. I choć nie ma 30% redukcji obrażeń to z pewnością może robić zarówno za prawdziwego "tanka" jak i zadawać konkretne obrażenia. Drzewko jego umiejętności jest bardzo różnorodne; znajdziemy tam wiele umiejętności: od skupiających potwory na naszej postaci, poprzez inkantacje - wpływające na naszych sojuszników, a skończywszy na prawdziwie niszczycielskich mocach. 


Krzyżowiec jest też jedyną postacią która może nosić dwuręczną broń i tarczę. Okupione jest to jedynie nieco wolniejszym poruszaniem się, ale ten brak można skutecznie uzupełnić przedmiotami czy punktami mistrzowskimi. Możemy też przywołać rumaka, dzięki któremu możemy przez te kilka sekund poruszać się znacznie szybciej. Jeśli komuś brakowało Paladyna z Diablo II; tęsknicie za latającymi świętymi młotami i gromami z niebios - z otwartymi ramionami powitacie Krzyżowca. To naprawdę diabelnie skuteczna i przy tym bardzo widowiskowa postać.


A co z naszymi dawnymi bohaterami? W związku z tym, że w Reaper of Souls możemy awansować na 70 poziom doświadczenia każda z klas otrzymała jedną nową umiejętność aktywną oraz trzy pasywne. Ooo tak, mój Szaman uwielbia topić wrogów w stawie z piraniami! 

Wieszczka i pozostali rzemieślnicy

Wprowadzenie wieszczki o wdzięcznym imieniu Myriam to absolutnie strzał w dziesiątkę. Zdarzało Wam się, że wypadł praktycznie idealny przedmiot gdyby tylko nie jeden mały feler? Teraz w każdej rzeczy można przerobić jeden, niechciany bonus - ogranicza Was tylko ilość esencji i zasobność portfela. Jest oczywiście kilka haczyków; nie każdą właściwość można wylosować i każda kolejna przeróbka tego samego przedmiotu kosztuje coraz więcej złota. Skorzystanie z tej zdolności powoduje także przypisanie rzadkiego przedmiotu do konta naszej postaci. 


Dzięki Myriam możemy także zafundować naszym przedmiotom wizualny lifting. Na pewno znaleźliście kiedyś świetny przedmiot, ale jednocześnie wyglądający tak paskudnie że szkoda było nim szpecić postać. Wieszczka może zmienić wygląd danej rzeczy na dowolny zwykły lub nawet określonej legendarki (jeśli posiadamy takowe w naszej kolekcji). Sami więc widzicie, że Myriam to bardzo przemyślana i przydatna postać, na pewno nie dodana na siłę. 


Osobny akapit warto poświęcić naszym dawnym, wysłużonym rzemieślnikom - kowalowi i złotnikowi. Otrzymali oni mnóstwo nowych, potężnych przepisów wymagających specjalnych materiałów. Zarówno receptury jak i składniki można znaleźć polując na określone kreatury ze Świata Sanktuarium. Zanim ubierzemy w te unikatowe zestawy naszą postać upłynie z pewnością wiele czasu. Nie wiem jak Wy, ale ja z pewnością przetrząsnę każdą szczelinę w poszukiwaniu potrzebnych składników!

Tryb przygodowy czyli Zlecenia i Szczeliny Nefalemów


Tryb przygodowy jest tym czymś, czego zdecydowanie brakowało podstawce Diablo III. Dostępny po ukończeniu kampanii, prawdziwy pożeracz czasu i jednocześnie sowicie wynagradzający nas za trudy podejmowanych wyzwań. Po pojawieniu się na mapie możemy wykonać szereg zadań, po 5 na każdy akt. Może to być ubicie określonego potwora, oczyszczenie określonego poziomu ze sługusów zła czy też obrona konkretnej miejscówki. Zleceń jest całe mnóstwo i są one za każdym razem generowane losowo. Za ich wykonanie jesteśmy nagradzani, złotem, krwawymi odłamkami, fragmentami klucza szczeliny i doświadczeniem, a jeśli uda nam się zrobić je wszystkie - Tyrael dorzuci nam skrzynię ze skarbem. Mogą się w niej znajdować klejnoty, przedmioty rzadkie, a nawet legendarne. 


Kiedy uzbieramy wystarczająco dużo fragmentów kluczy możemy stworzyć szczelinę, w której czeka na nas mnóstwo wymagających potworów i czempionów umiejscowionych praktycznie jeden na drugim! W walce z nimi pomagają nam nietypowe kapliczki dające chwilową nieśmiertelność czy zwiększające obrażenia naszych bohaterów o 400%. Po wybiciu określonej ilości maszkar pojawia się ostateczny boss, który rzuca mnóstwo ciekawych rzeczy, a także krwawe odłamki. Najważniejsze, że nie ma już sytuacji kiedy gramy pięć godzin i nie wypada żaden przedmiot legendarny. Teraz siadając nawet na godzinkę mamy duże szanse znaleźć coś interesującego.


Krwawe odłamki możemy natomiast wykorzystać do kupna przedmiotów u Kadali. Posiada ona sprzęt, którego właściwości nie znamy dopóki nie zdecydujemy się na zakup. Trafiają się głównie przedmioty rzadkie i ponoć legendarki, choć dotychczas nie miałem tyle szczęścia. Tym sposobem historia zatacza koło i hazard wraca do gry.

Grafika i udźwiękowienie


Diablo III nigdy nie było nastawione na graficzne fajerwerki i ogólnie rzecz biorąc w dodatku niewiele się zmieniło. W piątym akcie dominuje mroczna, gotycka stylistyka. Oprócz skąpanego w ogniu miasta, zwiedzimy także spowite mgłą krwawe moczary, krypty, okoliczne pustkowia i Fortecę Pandemonium. Poza różnorodnymi sceneriami cieszą oko także przepiękne tła. Warto się czasem na chwilę zatrzymać by się im dokładniej przyjrzeć. Gra śmiga płynnie poza jedną lokacją - Przejściem Rakkisa w III akcie. Już w podstawce było kiepsko, a w Reaper of Souls momentami animacja spada w tym miejscu do 5 klatek. Staram się omijać to miejsce szerokim łukiem, bo nie wierzę że Blizzard jeszcze coś zdziała w tej kwestii. Oni sami chyba nie wiedzą w czym tkwi problem. 


O dźwiękach nie będę się rozpisywał, bo wszystko jest tutaj na swoim miejscu. Chrzęst stali i jęki nieszczęśników złowrogo płyną z głośników potęgując pozytywne wrażenia z rozgrywki. Polski dubbing jak to w produkcjach Blizzarda wypada bardzo dobrze i gra nic a nic nie traci przez to na swoim klimacie. Tym razem to muzyka zwróciła bardziej moją uwagę. W Reaper of Souls poszczególne instrumenty są dużo bardziej wyeksponowane. Wyraźnie słychać skrzypce czy instrumenty dęte, które stopniują narastające napięcie po to by w kulminacyjnym momencie przejść w delikatny, chóralny śpiew kojący naszą duszę. Pięknie zostały też wkomponowane dzwony, a uderzenia w gong nieraz powodowały u mnie ciarki na całym ciele. Ścieżka dźwiękowa jest absolutnie genialna, jedna z najlepszych jakie słyszałem przez ostatnie kilka lat w grach video.

Werdykt



Na właśnie takie Diablo III czekałem!!! Jeśli jeszcze choć przez chwilę zastanawiacie się czy warto wydać stówę na ten dodatek to nie róbcie tego ani chwili dłużej. Reaper of Souls to lekarstwo na wszystkie bolączki podstawki, jest dokładnie to czym było Lord of Destruction dla Diablo II. Mało która gra przykuła mnie do monitora na tak długi czas, przerywany jedynie litrami kawy i kilkoma godzinami snu. Przejście V aktu Szamanem zajęło mi około 10 godzin, ale zaznaczam że starałem się zwiedzić wszystko co się dało i delektowałem się każdym jego aspektem. Krzyżowiec, mnóstwo ciekawych przedmiotów legendarnych, Zlecenia i Szczeliny Nefalemów to natomiast kolejne powody aby nie odchodzić od gry przez kolejne kilkadziesiąt (kilkaset?!) godzin. Blizzard tym razem praktycznie w każdym aspekcie pokazał klasę i przywrócił mi wiarę w to wspaniałe uniwersum. A czy Wasi bohaterowie są gotowi zmierzyć się ze śmiercią? Jeśli tak to dobrze Wam radzę, przed zainstalowaniem Diablo III: Reaper of Souls weźcie kilka dni urlopu.

OCENA 
10/10

Zalety:
- piękny, mroczny i nostalgiczny akt V
- wiele zadań pobocznych
- mistrzowska muzyka
- polski dubbing
- krzyżowiec i wieszczka
- nowe umiejętności dla pozostałych klas postaci
- wysoce konfigurowalny poziom trudności  
- zróżnicowane, bardziej inteligentne monstra 
- mnóstwo nowych zestawów, przedmiotów legendarnych i ich wyjątkowych właściwości 
- usprawniony "drop"
- tryb przygodowy; Zlecenia i Szczeliny Nefalemów

Wady:
- animacja lubi chrupnąć w Przejściu Rakkisa 
- poza filmem wprowadzającym słabsze przerywniki niż w podstawce

Grałem na:

Intel Core i7 3770K 3,5GHz @ 4,2GHz

Asus GeForce GTX 670 2048MB DDR5/256bit

Corsair Vengeance 2x4GB DIMM 1600MHz DDR3

25 marca to dzień premiery jakże wyczekiwanego dodatku do Diablo III , niestety póki co jedynie w wersji na blaszaki. Zaledwie przed chwilą ...

25 marca to dzień premiery jakże wyczekiwanego dodatku do Diablo III, niestety póki co jedynie w wersji na blaszaki. Zaledwie przed chwilą odebrałem "jeszcze ciepłą" Edycję Kolekcjonerską Reaper of Souls i z wielką chęcią ją dla Was rozpakuję. 

Diablo III: Reaper of Souls - prezentacja Edycji Kolekcjonerskiej (unboxing)


Opakowanie dodatku jest prawie takiej samej wielkości co kolekcjonerka podstawowej wersji gry. Pudło od Reaper of Souls jest zaledwie 1cm wyższe. Będzie się świetnie prezentowało na półce.



 A co się kryje w środku?


Płyta CD z pełną ścieżką dźwiękową Diablo III: Reaper of Souls. Miałem już okazję usłyszeć próbkę i wierzcie mi - muzyka zawarta w grze jest warta przesłuchania nie tylko jako dodatek podczas siekania kolejnych hord potworów. 



Kulisy produkcji na DVD i Blu-Ray, czyli masa ciekawostek w postaci różnorakich nagrań oraz wywiadów z twórcami. 


Pudełko, płytka dvd z grą, instrukcja, a także 3 ulotki z kluczami. Dla mnie najbardziej warte uwagi są trzy darmowe paczki kart do Blizzardowskiej karcianki - Hearthstone, które na pewno wykorzystam.


Wielokrotnie chwaliłem Blizzarda za niesamowite artbooki i zrobię to także w tym przypadku. Skoro firma ma w swoich szeregach tak niesamowicie utalentowanych ludzi to dlaczego by nie pochwalić się ich pracami? W dodatku w tak pięknej oprawie...




Podkładka pod mysz z wizerunkiem Anioła Śmierci, Maltaela. Nadal nie jest to produkt z najwyższej półki, ale śmiem twierdzić że jego jakość poprawiła się od czasów Starcraftowej kolekcjonerki rozpakowanej jakiś czas temu na blogu. Nadruk wygląda znacznie lepiej w stosunku do nieco bladego poprzednika.


Dodatki cyfrowe:

- widmowy ogar, towarzysz do Diablo III

- trzy wyjątkowe skórki hełmów, które możemy wykorzystać w transmogryfikacji,


- unikatowe skórki do oręża, dzięki którym możemy upodobnić się do Maltaela,

- goblin skarbnik, towarzysz do World of Warcraft,

- kilka portretów oraz zdobień do Starcrafta II

Na deser Edycja Kolekcjonerska Diablo III: Reaper of Souls w całej okazałości 
 

Mimo, że Blizzard nie dorzucił do zestawu żadnych zbieraczy kurzu w postaci figurek to i tak jestem tą kolekcjonerką bardzo usatysfakcjonowany. Jesteście ciekawi jak prezentuje się w akcji sam dodatek i jakie wprowadza zmiany? Recenzja już wkrótce. Teraz wybaczcie, idę ratować świat przez Aniołem Śmierci!